sobota, 4 lipca 2026


BACKROOMS : BEZ WYJŚCIA ****


Na początku była creepypasta, która zadebiutowała w 2019 roku na łamach forum 4chan, a potem stała się tak popularna, że szumnie przeniknęła do innych mediów, zaadaptowano ją na gry, pojawiła się też na YouTubie. W końcu upomniało się o nią kino. Czyli coś jak w przypadku serii „Transformers”, gdzie najpierw były zabawki, potem komiksy i seriale animowane, a finalnie w 2007 roku: film live action. Jest to swoisty ewenement, bo zwykle gdy mowa o jakimś horrorze, wywodzi się on z książki - czasem jest to klasyczny gotyk jak „Frankenstein” czy „Dracula”, innym razem twórczość Stephena Kinga - lub ze slashera, który ktoś remake’uje. Sytuację z „Backrooms: Bez wyjścia” można porównać do „Blair Witch Project”: tak jak film Daniela Myricka i Eduarda Sáncheza wprowadzał na salony found footage (technikę filmową stylizującą fikcyjny film na autentyczny materiał audiowizualny), tak w przypadku filmu Parsona wszystko zaczęło się właśnie od creepypasty.

Rzecz jasna, film Parsona to nie pierwsza próba takiej adaptacji, podobnie jak „Blair Witch Project” nie był pierwszym filmem próbującym urealnić grozę na ekranie (ta miała miejsce już w l 70, jak nie wcześniej, vide: „Cannibal Holocaust”). W 2018 r. nakręcono bowiem horror „Slender Man”, również inspirowany creepypastą (o grubo ponad dwumetrowym mężczyźnie w garniturze, który miał bardzo długie ręce i nie posiadał twarzy), który został zrównany z błotem. Z „Blair Witch Project” było podobnie: w chwili premiery w 1999 roku został przyjęty chłodno przez krytyków, dla których found footage był czymś nowym (a dziś robi się o tej technice wykłady na studiach filmoznawczych), podczas gdy część widzów uznała go za film kultowy.

Ogólnie trudno oprzeć się wrażeniu, że z creepypastami jest jak kiedyś z found footage. Chyba dopiero teraz można mówić o renesansie zainteresowania upiornymi historiami udostępnianymi w Internecie (co powinno trafić szczególnie do Pokolenia Z, chyba że będzie obgadywać film jak to miało miejsce na niektórych seansach), tak jak renesans horrorów found footage pojawił się dopiero w 2008 roku po premierze znakomitego hiszpańskiego „[REC]”. Po prostu w latach 2000 pojawiło się więcej chętnych do oglądania nowej jakości kina grozy, a dzisiejsze pokolenie woli raczej nie odrywać oczu od tabletów, laptopów czy iPadów i tylko historie internetowe z dreszczykiem mogą wzbudzić jakieś zainteresowanie (z naciskiem na „jakieś”).

Zainteresowanie 20-letnimi widzami jest możliwe, jeśli za kręcenie filmu weźmie się ich rówieśnik. I tu przechodzę płynnie do kolejnego punktu, który czyni z „Backrooms” fenomen: Kane Parson (rocznik 2006!) zaczynał jako youtuber (co łączy go z 26-letnim Curry Bakerem, reżyserem dopiero co wyświetlanego u nas horroru „Obsesja”). Któż lepiej nadawałby się na narratora dla Pokolenia Z siedzącego całe dnie w YouTubie, na TikToku czy Platformie X (ongiś zwanej Twitterem), jak nie ktoś, kto sam w tym medium siedzi. Na początku youtubowej działalności Parson rozpowszechniał filmiki inspirowane creepypastami o Backrooms (powstał z tego cały serial!), które poszerzały horrorowe uniwersum: kolejne potwory, czy organizacja badająca czym w ogóle jest to całe Backrooms. Wydawać by się mogło, że - pomijając wiedzę o tym uniwersum - chłopak niczym się nie wykaże na stołku reżyserskim. Tymczasem debiutant, ku zaskoczeniu sceptyków, umiejętnie poprowadził doświadczonych i dużo od niego starszych aktorów: Chiwetela Ejifora oraz Renate Reinsve. Zupełnie jak Spielberg, który w chwili kręcenia „Szczęk” sam nie miał jeszcze 30 lat (mimo to umiejętnie poprowadził Roya Schildera, Richarda Dreyfussa i Roberta Shawa), a który ostatnio zachwalał tak „Backrooms” jak i „Obsesję”. Czyżby przyszłość branży filmowej miała należeć teraz do youtuberów?

Na pierwszy rzut oka samo to brzmi jak jakiś horror. Parson świetnie buduje klimat i bezbłędnie prowadzi aktorów, choć w drugiej połowie film wyraźnie traci na jakości. Zgodziłbym się, zresztą, z zarzutami, że „Backrooms” wygląda jakby zrobili go dwaj filmowcy: Parson i ktoś, kto albo nie rozumie to całe creepypastowe uniwersum, albo woli sycić się hektolitrami krwi zamiast budowanym napięciem (które Parsonowi też wychodzi zaskakująco dobrze jak na youtubera). Dobrze to widać zestawiając początek i koniec filmu: na początku nie widzimy stworów, które zamieszkują Backrooms i nie widzimy kto atakuje przebywającego tam nieszczęśnika (słyszymy tylko jego spanikowany głos). W końcówce jest już tylko zwyczajna, masochistyczna, ekspozycja jak w najgorszych remake’ach slasherów. Ale spokojna głowa, Parson. Kiedyś za reżyserowanie pełnometrażowych filmów brali się twórcy seriali lub nawet teledysków. Nie wszystkim udawało się zaistnieć w kinie już swoimi debiutami (głównie z winy producentów) i dopiero za kolejnym podejściem zyskiwali popularność (jak uwielbiam uniwersum „Obcego”, tak trzecią część w reżyserii Davida Finchera nie znoszę i dopiero jego późniejsze „Seven” oraz „Fight Club” zrobiły na mnie wrażenie). Jeśli Parson dalej będzie coś kręcił - a niech to bedą kolejne horrory - to wyjdą mu lepiej niż sam debiut. Zresztą, „Backrooms” ma doczekać się wersji reżyserskiej, możliwe więc że będzie mniej ekspozycji i jatki, a więcej suspensu. 

Na koniec podzielę się małą dygresją, skoro już robiłem porównania z młodym Spielbergiem: „Szczęki” swego czasu skutecznie zniechęcały widzów do, co najwyżej, wyjazdów nad morze (a nuż wynurzy się jakiś rekin po obiad…). „Backrooms: Bez wyjścia” ma potencjał by zniechęcić widzów do odwiedzenia sieci sklepów typu IKEA… 


Reż. Kane Parson

Czas trwania: 105 min

Gatunek: horror

Tytuł oryg. „Backrooms

czwartek, 2 lipca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Powoli przymierzam się do obejrzenia i zrecenzowania „Backrooms” w reżyserii Kane’a Pearsona. Reżyser wspomnianego filmu swoje pierwsze kroki stawiał w nieco pokrewnej branży, mianowicie na YouTubie. Nie on jeden tak robił. Przygotowałem dla was ranking FILMÓW FABULARNYCH NAKRĘCONYCH PRZEZ YOUTUBERÓW. Zaczynamy.


8, „Mów do mnie”, reż. The Philippou Brothers

Gdy myślimy o filmach fabularnych nakręconych przez youtuberów, projekt braci Philippou zwykle przychodzi jako pierwszy do głowy. Panowie zaczynali od kanału RackaRacka, na którym publikowali humorystyczne filmiki. Skok z jednego gatunku (komediowego) na drugi (horrorowy) był za pewne ryzykowny, ale opłacił się. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że w czasie promocji filmu próbowano przemilczeć youtube’ową przeszłość braci-reżyserów w obawie przed potencjalną klapą. Jednak czujni widzowie (tak YouTube’a jak i kina) nie dali się wyrolować.


W przeważającej liczbie youtube’owi reżyserzy debiutujący na pełnym metrażu biorą na warsztat horrory. Jeden z nich był jednym z najwiekszych hitów tego roku.


7, „Obsesja”, reż. Curry Baker

Nakręcony przez Curry’ego Bakera horror był nie mniejszym wyzwaniem niż „Mów do mnie” dla braci Philippou. Choć filmy realizowane przez youtuberów powstają od dłuższego czasu, wciąż ciężko było komukolwiek się do nich przyzwyczaić (to trochę case „Blair Witch Project” i zjawiska found footage, do którego z trudem przekonali się i krytycy, i niektórzy widzowie). Kiedy Bakerowi przyszło debiutować, medialny krajobraz zdążył się jednak zmienić. Ten stan rzeczy zaczął się powoli zmieniać, a dziś reżyser-youtuber nie wydaje się synonimem obciachu i beztalencia.


Zwykle reżyser-youtuber stroni od kontaktów z producentami gotowych wyciągnąć pomocną dłoń dla dystrybucji kinowej. Na szczęście nie brakuje też przykładów sukcesów autoprodukcyjnych. Przykład na miejscu 5.


6, „Iron Lung”, reż. Mark Fischbach 

Mark Fischbach, na YouTube znany jako Letsplayer, na własne barki wziął całość filmowego procesu (coś jak pisarze decydujący się na selfpublishing, bo żadne wydawnictwo nie chce wydać książki nad którą tyle się męczyli). „Iron Lung” wydano w modelu limited release – w Ameryce pokazywany był przez kilka dni, zza Oceanem: tylko w wybranych kinach. Teoretycznie z taką promocją film się nie sprzeda. Stało się inaczej. Mimo takiej formy dystrybucji, film okazał się komercyjnym sukcesem z zarobkami w wysokości 40 milionów dolarów.


Autopromocja filmów fabularnych kręconych przez youtuberów zwykle okazuje się jednak bardziej uciążliwa. Coś na ten temat mógłby powiedzieć Chris Stuckmann.


5, „Miasteczko Shelby Oaks”, reż. Chris Stuckmann

Stuckmann zaczynał jako youtube’owy krytyk filmowy publikujący swoje wideorecenzje. Swoją wiedzę i doświadczenie z oceniania warsztatu filmowego postanowił przekuć w branżę filmową i własnoręcznie nakręcić horror „Miasteczko Shelby Oaks”. Jednak horror spotkał się z chłodnym przyjęciem recenzentów i widzów. Stuckmanowi zarzucano, że zaprzepaścił to, co chciał pokazać na ekranie. Okazuje się więc, że w fenomenie reżyserów-youtuberów chodzi o coś więcej niż tylko sławę i marketingową siłę ciekawostek. 


Są i takie sytuacje, gdy YouTube bywa wykorzystywany jako forma autopromocji. Skorzystał na tym Dylan Clarke, reżyser shorta „Portait of God” i jego pełnometrażowej wersji. 


4, „Portrait of God”, reż. Dylan Clarke

Ty za przykład mógłby też posłużyć Fede Alvarez, który najpierw usilnie starał się znaleźć dystrybutorów chętnych rozpowszechniać jego krótkometrażówki (w końcu zaczął je udostępniać na YouTubie), a potem zadebiutował nową wersją „Martwego zła”. Jednak identyczna historia wydarzyła się niedawno, kiedy sukces religijno-horrorowego shorta „Portrait of God” załatwił ich twórcom prostą drogę do realizacji pełnometrażowej wersji, którą wyprodukują Jordan Peele i Sam Raimi. Tak oto Youtube stał się niemal nowym, bardziej demokratycznym, Marché du Film


Sieć to kopalnia talentów. Zaczęło się od aktorów, którzy swoją bytność zaczynali od YouTube’a, a w następnej kolejności pojawili się reżyserzy-youtuberzy. Liderem był David F. Sandberg.


3, „Lights Out”, reż. David F. Sandberg

David F. Sandberg zaczynał od youtube’owych shortów grozy. Jeden z nich, „Lights Out” okazał się niemałym sukcesem, zdobywając ponad 11 tysięcy wyświetleń. Koncept był prosty: gdy gasną światła, budzą się upiory. Bohaterce shorta po zgaszeniu światła wydawało się, że widzi upiorną sylwetkę, a po kolejnych zapaleniach, postać znikała. W dalszej części shorta, gdy światła znów gasły i zapalały, okazywało się, że odpowiada za to upiorna postać. Po sukcesie pełnometrażowej wersji, drzwi dla szwedzkiego reżysera stanęły otworem, czego dowodem np. „Shazam!”.


Początki youtuberów w branży filmowej bywają trudne i wyboiste, tak jak w przypadku twórców seriali lub teledysków, którzy przestawiają się na pełny metraż. Najlepiej na tym skorzystał Shane Dawson.


2, „Not Cool”, reż. Shane Dawson

Zanim pojawili się reżyserzy-youtuberzy, kino próbowali podbić aktorzy-youtuberzy. Występowali w filmach młodzieżowych, bo jak wiadomo: tylko młodzież zagląda do YouTube’a. Dlatego przed reżyserem-youtuberem Shanem Dawsonem, niewiele starszy ode mnie (urodzony w 1988 r), stanęło łatwe zadanie: realizacja młodzieżowej komedii. Produkcja pełna niewymuszonego, trafiającego w gust widzów, żartów okazała się połowicznym sukcesem. Mimo to dała możliwość realizacji filmów fabularnym innym youtuberom. 


A ci, co zastanawiające, bardziej skupili się na horrorach niż młodzieżowych komediach. Istnym fenomenem okazał się niskobudżetowy horror, który wyciekł do Internetu stając się hitem sieci i doczekując się dystrybucji kinowej: „Skinamarink” Kyle’a Edwarda Balla.


1, „Skinamarink”, reż. Kyle Edward Ball

Nie da się ukryć, że influencerzy zajmują się gościnnymi występami, a młodzi filmowcy traktują Internet jako narzędzie do przeskoczenia przeszkód, które stawia przed nimi branża. Do niedawna sytuacja była jednak mniej kolorowa. W 2022 roku, znany z youtube’owego kanału z creepypastami Kyle Edward Ball objeździł z „Skinamarink” festiwale kina niezależnego w Ameryce Północnej. Aż nagle film wyciekł do sieci, gdzie rozprzestrzenił się w ekspresowym tempie. Już kilka dni później został okrzyknięty „najstraszniejszym filmem roku”, a pojedyncze sceny śmigały po TikToku.


To był mój ranking filmów fabularnych w reżyserii youtuberów. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje propozycje, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

wtorek, 30 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. W ten upalny, letni wieczór przenosimy się z lat 90 do lat 2000. Zapoznamy się dziś z historią albumu Urszuli pt. „DZIŚ JUŻ WIEM”. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Album jest szczególny w dorobku Urszuli, ponieważ wydając go piosenkarka powróciła po kilku latach płytowego niebytu. Koncertowała, udzielała się również w zespołach innych wykonawców, ale nie wydawała własnych płyt. Zawieszenie kariery muzycznej było związane z osobistą trgedią: w 2001 roku zmarł jej mąż, Stanisław Zybowski, który zmagał się z nowotworem. 

17 czerwca 2002 do sprzedaży trafił dwupłytowy album kompilacyjny „The Best” przygotowany przez Urszulę i Zybowskiego z okazji 20-lecia pracy artystycznej; na pierwszej płycie zebrano 12 ich wspólnie nagranych przebojów oraz premierowy singiel „To, co było teraz (nie wróci już)”, a na drugiej umieszczono 11 utworów w wersjach koncertowych – pięć przebojów z lat 80. i pięć z lat 90. . Album uzyskał status złotej płyty, osiągając sprzedaż w nakładzie ponad 35 tys. sztuk. Sama Urszula natomiast nagrała co najwyżej dwa polskie covery zagranicznych piosenek na album „RMF FM - Moja i twoja muzyka”: „Kto by cię chciał (kochać tak)” (w oryg. „Could You Be Love” Boba Marleya) oraz „Jeśli mnie nie znasz” (w oryg. „If You Don’t Know me By Know” Simply Red).

W maju 2004 roku Urszula wzięła udział w koncercie Budki Suflera, zorganizowanym podczas festiwalu w Opolu dla uczczenia 30-lecia działalności zespołu. 5 lipca w sprzedaży ukazała się jeszcze jedna kompilacja przebojów artystki – „Gwiazdy XX wieku: Urszula, największe przeboje, część 1”, która zawierała piosenki z płyty „Akustycznie”. 20 września wydano drugą część tej kompilacji, zawierającej hity wylansowane przez Urszulę po jej powrocie na rynek muzyczny w połowie lat 90. 

W lutym 2005 wspólnie z innymi polskimi wokalistami nagrała utwór „Pokonamy fale” w ramach akcji charytatywnej na rzecz ofiar tsunami na Oceanie Indyjskim. W tym samym roku Urszula zaczęła pracę nad pierwszym od kilku lat albumem. 12 września tego samego roku ukazał się pierwszy promujący go utwór: „Dziś już wiem”. Taki miał być też tytuł albumu.


UTWORY PROMUJĄCE

12 września 2005 r. ukazał się pierwszy, tytułowy [nr 3], singiel. Do piosenki został zrealizowany również teledysk. Sukces piosenki został przypieczętowany w czerwcu 2006 roku, gdy znalazł się w pierwszej trójce konkursu „Superjedynki” w kategorii „Przebój roku”. Na kolejny utwór promujący słuchacze musieli jednak długo czekać, bo aż cztery lata. Singiel pt. „Wstaje nowy dzień” [nr 10] premierę radiową miał dopiero 5 czerwca 2009 roku. 

Trzeci singiel pt. „Każdy z nas ma” [nr 2] ukazał się 1 marca 2010 roku. Teledysk do utworu został nakręcony w warszawskim Teatrze Komedia. Z kolei 11 czerwca tego samego roku ukazał się czwarty utwór promujący pt. „Skaczę na dach” [nr 4]. 5 listopada 2010 roku w radiu po raz pierwszy zabrzmiał piąty utwór promujący pt. „Ten drugi” [nr 1], który promował reedycję albumu Urszuli.


PREMIERA I SUKCES

Album „Dziś już wiem” ukazał się 9 kwietnia 2010 roku nakładem wytwórni muzycznej Magic Records. 6 sierpnia album wydano w formie Flash Music, jako pierwsze polskie wydawnictwo. 29 października ukazała się reedycja albumu z dołączoną płytą DVD zawierającą teledyski Urszuli z lat 1982-2010.

Płyta dotarła do 7. miejsca listy OLiS w Polsce. W lipcu 2010 roku album został nominowany do nagrody „Superjedynki” w kategorii „Płyta pop”. Album uzyskał status złotej płyty.


link: https://music.youtube.com/playlist?list=OLAK5uy_lypR0fAM2H8Q3Mq-W5FM5-O1gJKIBRNQA


BĘDZIE ROZSZERZONA WERSJA HORRORU „BACKROOMS”

Marcin Klimczuk.

Wygląda na to, że youtube’owy horror „Backrooms. Bez wyjścia” okazał się na tyle sukcesem, że gotowy film doczeka się wersji reżyserskiej. Czy zasłużenie, o tym przekonam się na dniach, gdy oryginalną wersję będę miał w końcu okazję obejrzeć.

Niżej zamieszczam link z informacją o rozszerzonej wersji „Backrooms. Bez wyjścia”:

sobota, 27 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Wczoraj odbyło się rozdanie świadectw (jej, dzieci się cieszą… a ich rodzice już trochę mniej). Z tej okazji cofniemy się do lat 80, gdzie Bryan Adams opowie nam o pamiętnym „SUMMER `69”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Piosenka powstała w bardzo trudnych warunkach i poddana była wielokrotnym przeróbkom, zanim ostatecznie została wydana.

Według współautora utworu, Jima Vallance'a, utwór pierwotnie nosił tytuł „Best Days of My Life”, a fraza „Summer of '69” pojawiła się tylko raz. Vallance uważa, że ​​tytuł mógł być inspirowany filmem „Lato '42” i piosenką Jacksona Browne'a „Running on Empty”, która brzmi: 


„W '69 miałem 21 lat”.


Warto jednak zaznaczyć, że piosenka ma charakter autobiograficzny. Dla Adamsa i Vallance’a wyzwaniem było napisanie piosenki nostalgicznej za dzieciństwem w Kanadzie w latach 60., podobnej do sposobu, w jaki John Lennon i Paul McCartney rozmyślali o Liverpoolu w „Penny Lane” (1967) lub „Strawberry Fields Forever” (1967). Teksty piosenek były inspirowane ważnymi wydarzeniami kulturalnymi 1969 roku (notabene, Adams - rocznik 1960 - w tytułowym 1969 roku miał dziewięć lat), takimi jak: lądowanie na Księżycu Apollo 11, rozpad Beatlesów i festiwal Woodstock. We wczesnych wersjach wers „Jimmy quit and Jody got married” brzmiał pierwotnie „Chuck quit and Gordy got married” (lub „Whitty quit”), w oparciu o prawdziwych przyjaciół Vallance'a. Koncepcja tekstu o pracy na stacji kolejowej została odrzucona, ponieważ Adams obawiał się, że zbyt mocno przypomina styl Bruce'a Springsteena.

„Summer of '69” był jedną z piosenek napisanych i wybranych na album „Reckless”. Został napisany w styczniu 1984 roku w West Vancouver. Adams stwierdził, że był to najtrudniejszy utwór do napisania i wyprodukowania na „Reckless” i przeszedł więcej poprawek niż jakikolwiek inny utwór na albumie. Po odrzuceniu pierwotnego tytułu, Vallence i Adams uznali, że „Summer of '69” to lepszy wybór. Fraza ta pojawiła się pierwotnie we wczesnych wersjach, ponieważ rymowała się z „Five and Dime”. 


ANALIZA

Jak wspomniałem, piosenka „Summer 69’” ma charakter autobiograficzny i odwołuje się do wydarzeń kulturowych oraz historycznych dla Stanów Zjednoczonych, które ukształtowały gust Adamsa. Dodatkowo sam wykonawca odwoływał się do metafory dojrzewania, która zachodzi latem, a z czasem doszukiwano się w piosence również podtekstów seksualnych (szczególnie w kontekście liczby 69…).


PREMIERA I SUKCES

Piosenka znalazła się na szczycie europejskich list przebojów i dotarła do piątego miejsca na liście Hot 100. W 2000 roku piosenka zajęła czwarte miejsce na liście 50 najlepszych kanadyjskich singli wszech czasów magazynu Chart Attack, a w 2005 roku Blender umieścił ją na siedemdziesiątym miejscu na swojej liście 500 najlepszych piosenek lat 80. i 00.. W 2009 roku „Summer of '69” wygrała w plebiscycie brazylijskiego producenta rumu Sagatiba na ulubioną anglojęzyczną piosenkę letnią.


link: https://youtu.be/9f06QZCVUHg?si=Ppka0xJLQ5qbXVH6 


TŁUMACZENIE


Bryan Adams


„LATO `69”

tytuł oryg. „Summer `69”


Kupiłem swoją pierwszą prawdziwą sześciostrunową gitarę

Kupiłem ją w sklepie za pięć i dziesięć centów

Grałem, aż krwawiły mi palce

To było lato '69 roku


Ja i kilku kumpli ze szkoły

Mieliśmy zespół i bardzo się staraliśmy

Jimmy odszedł, a Jody wyszła za mąż

Powinienem był wiedzieć, że daleko nie zajdziemy


Och, kiedy teraz patrzę wstecz

Lato wydawało się trwać wiecznie

I gdybym miał wybór

Tak, zawsze chciałbym tam być

To były najlepsze dni mojego życia


Nie ma sensu narzekać

Kiedy dostałeś pracę do wykonania

Spędzałem wieczory w kinie samochodowym

I wtedy cię poznałem


Stojąc na ganku twojej mamy

Powiedziałeś mi, że będziesz czekać wiecznie

Och, a kiedy trzymałeś mnie za rękę

Wiedziałem, że to teraz albo nigdy

To były najlepsze dni mojego życia Och, tak


Latem '69 roku


Stary, zabijaliśmy czas

Byliśmy  Młody i niespokojny

Musieliśmy się odprężyć

Chyba nic nie może trwać wiecznie, wiecznie nie


A teraz czasy się zmieniają

Spójrz na wszystko, co przyszło i odeszło

Czasami, kiedy gram na tej starej sześciostrunowej gitarze

Myślę o tobie i zastanawiam się, co poszło nie tak


Stojąc na ganku u mamy

Mówiłeś mi, że to będzie trwało wiecznie

Och, kiedy trzymałeś mnie za rękę

Wiedziałem, że to teraz albo nigdy

To były najlepsze dni mojego życia 

O tak


Latem '69 roku (x2)

piątek, 26 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKA VS FILM”


Cześć wszystkim. W kolejnym odcinku cyklu „Książka vs film” wyprawimy się do odległej Ery Hyboryjskiej. Na tapet bierzemy tym razem klasykę fantasy: tak filmowej, jak i literackiej, czyli „CONANA BARBARZYŃCĘ” Johna Miliusa zestawionego z wybranymi opowiadaniami Roberta E. Howarda. Zaczynamy.


OGÓLNY ZARYS FABUŁY

Historia Conana rozgrywa się w zamierzchłych czasach, o których milczą nawet kroniki. A jest to historia dramatyczna, pełna heroicznych czynów, magii i okrucieństwa. Conan będąc kilkuletnim chłopcem, staje się świadkiem morderstwa popełnionego na jego rodzicach. Od bycia niewolnikiem przez zostanie gladiatorem, nosi się z zamiarem dokonania straszliwej zemsty na przerażającym Thulsie Doomie, odpowiedzialnym za smierć rodziny. W drodze do zwycięstwa Conan uwalnia także córkę króla Osrica, dziewczynę, która jak wiele jej podobnych, dała się uwieść potężnemu kapłanowi kultu węża Seta.



RÓŻNICE MIĘDZY OPOWIADANIAMI, A FILMEM


Za scenariusz odpowiada Oliver Stone, który inspirował się czterema opowiadaniami autorstwa Roberta E. Howarda. Gotowy scenariusz, mocno odstający od prozy Howarda, o czym za chwilę, przerobił reżyser filmu, który zachował odwołania do wspomnianych opowiadań Howarda: „Czarny kolos”, „Wieża słonia”, „Narodzi się wiedźma” i „Dom pełen łotrów”.


DZIECIŃSTWO CONANA

Cały wątek dzieciństwa Conana i motywowana nią zemsta została wprowadzona przez piszącego scenariusz Olivera Stone’a, który dodatkowo zamierzał umieścić akcję w postapokaliptycznej przyszłości. Dopiero potem gotowy skrypt został przerobiony przez Miliusa, który zachowując ogólny zarys fabuły, przeniósł akcję z powrotem do Ery Hyboryjskiej. Osobą odpowiedzialną za śmierć rodziców Conana jest Thulsa Doom, postać wyjątkowo nie wymyślona przez scenarzystów, ale wywodząca się z prozy Howarda, choć mocno różniąca się od swojego filmowego wizerunku. Przede wszystkim literacki Thulsa Doom nie był przeciwnikiem Conana, lecz Kulla, innego herosa wymyślonego przez Roberta E. Howarda, i nie był czcicielem boga Seta, jak w filmie Miliusa. Dodatkowo, filmowy Thulsa Doom posiada cechy również antagonistów, z którymi Conan stacza walki w adaptowanych opowiadaniach Howarda.

Kolejną różnicą, na którą warto zwrócić uwagę, jest charakter Conana. W świadomości widzów postać ta jawi się jako bezmózgi osiłek wywijający mieczem na prawo i na lewo (co ukształtowały późniejsze seriale). Tymczasem Conan z opowiadań Howarda był dość inteligentnym człowiekiem - może nie jakimś mędrcem prawiącym głębokie rozprawki filozoficzne, ale jednocześnie nie był pospolitą maszyną stworzoną tylko do zabijania: jeśli zabijał, to z konkretnych powodów. W adaptacji zbliżono się nieco do tego motywu, dodając scenę, w której Conan w czasie niewoli jest uczony czytać m.in. starożytnych poetów i filozofów.

Co ciekawe jednak, podobny motyw można znaleźć również w animowanym serialu „Conan: łowca przygód” z początku lat 90, gdzie główny antagonista - Gniew Amon - również jest wyznawcą boga Seta i podobnie jak filmowy Thulsa Doom, potrafi przemienić się w węża. Różnica jest tylko taka, że w filmie Miliusa rodzice Conana zostali zamordowani, a w serialu - z racji dziecięcego adresata - zostali przemieni w posągi.


WYPRAWA CONANA

W trakcie swojej wyprawy na poszukiwania Thulsy Dooma, Conan spotyka najpierw czarownicę, która  Hyrkańczyka Subokai, który staje się jego towarzyszem, a także złodziejkę Valerię, w której Conan się zakochuje. Razem włamują się do Wieży Węża, w której cześć Setowi oddają poplecznicy Thulsy Dooma i kradną stamtąd klejnot o nazwie Oko Węża. Wątek ten nawiązuje do opowiadania „Wieża Słonia”, w której Conan wraz z towarzyszami wykrada z tytułowej wieży klejnot noszący u Howarda nazwę Serce Słonia.

Podczas świętowania zwycięstwa, Conan i jego kompania zostają pojmani i przyprowadzeni przed oblicze króla Osrica, który zleca im odnalezienie uprowadzonej córki, księżniczki Yasminy, co stanowi nawiązanie do opowiadania „Czarny kolos”. Trójka towarzyszy wyrusza do Świątyni Seta, gdzie przetrzymywana jest porwana księżniczka. Infiltrujący świątynię Conan zostaje pojmany, torturowany, wreszcie skazany na ukrzyżowanie; scena ta nawiązuje z kolei do innej historii Howarda, tym razem opowiadania „Narodzi się wiedźma”. Od pewnej śmierci wojownika ratują Subokai i Valeria, którzy zaprowadzają go do czarodzieja Akiry (co ciekawe, narratora filmu), który przywraca Conanowi siły. 


ZEMSTA CONANA

Ozdrowiony Conan postanawia wypełnić zlecenie króla Osrica i jednocześnie prywatną zemstę za zagładę swojej rodziny, a Subokai i Valeria decydują się mu w tym pomóc. Podczas gdy kult oddaje się kanibalistycznej orgii, złodzieje atakują i uciekają z księżniczką, ale Doom strzela Valerii magiczną strzałą węża i ucieka Conanowi, przemieniając się w wielkiego węża. Valeria umiera w ramionach Conana, uznając opłatę, którą czarodziej ostrzegł, że zostanie pobrana w zamian za życie Conana.  Conan kremuje ją w Kopcach i wraz z Subotai i czarodziejem przygotowuje się do walki z Doomem. Dochodzi wkrótce do walki z armią Thulsy Dooma, która zostaje zwyciężona przez Conana. Thulsie Doomowi udaje się jednak uciec.

W tym momencie zaczyna się część nawiązująca do czwartego opowiadania Howarda: „Domu pełnego łotrów”. Z pomocą księżniczki, uwolnionej spod władzy Dooma, Conan zakrada się z powrotem do świątyni Seta i konfrontuje się z Doomem na oczach swoich wyznawców Seta. Doom próbuje go oczarować, ale barbarzyńca stawia opór i używa złamanego miecza swojego ojca, by ściąć głowę swojemu przeciwnikowi. Po złamaniu zaklęć Dooma, rozczarowani kultyści gaszą pochodnie i rozchodzą się. Conan podpala świątynię i odchodzi, by zwrócić księżniczkę ojcu.



To była moja analiza różnic między opowiadaniami Roberta E. Howarda o Conanie z Cymerii, a filmową adaptacją z 1982 roku. Co o niej sądzicie? Piszcie swoje wrażenia w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nową analizą. Cześć.

czwartek, 25 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Kończy się czerwiec, za moment zakończenie roku szkolnego. Czas pomyśleć o urlopie, lub wakacjach z rodziną. By ułatwić wam rozwiązanie problemu, przychodzę do was z pomocą, oferując wam rezerwacje w ośmiu FILMOWYCH HOTELACH. Biuletyny przygotowane, możemy więc zaczynać.


8, The Plaza Hotel New York [„Kevin sam w Nowym Jorku”, reż. Chris Columbus] 

Na początek zaoferować mogę wam nowojorski hotel, gdzie zarezerwował się Kevin McCullister po tym jak w czasie pośpiechu nieopatrznie wsiadł do innego samolotu niż jego rodzice. Jeśli chcecie spędzić w nim czas, macie do dyspozycji np. ogromny basen. Problemem będzie tylko ówczesny właściciel, który aktualnie bezcześci Biały Dom. Hotel należał bowiem do Donalda Trumpa, który dał zgodę na kręcenie zdjęć pod warunkiem, że sam zagra epizod. Ekipa pewnie pytała go o doświadczenia aktorskie, a Trump ze swoim narcystycznym uśmiechem zapewniał, że da sobie radę. 


Hotele potrafią być świadkami nawet najbardziej dramatycznych sytuacji, zwłaszcza w czyjejś rodzinie. Kto wie, co takiego mogą skrywać mury hotelu New Hampshire.


7, Hotel New Hampshire [„Hotel New Hampshire”, reż. Tony Richardson]

Adaptacja powieści Johna Irvinga to na pierwszy rzut oka jedna z wielu sag rodzinnych. Irving pokazał jednak, że rodzinny dramat w równym stopniu może się rozegrać w domu rodzinnym, jak i w prowadzonym przez rodzinę hotelu. Nieszczęścia towarzyszą bowiem Berrym od chwili otwarcia hotelu, kiedy to nagle umiera nestor rodziny, a najmłodsza członkini (grana przez młodziutką Jodie Foster) zostaje zgwałcona. Gdy nadchodzi list zapraszający do Wiednia, by tam wspólnie prowadzić hotel, rodzina decyduje się na wyjazd. Mimo to ból przebyty w hotelu pozostaje.


Urok filmowych hoteli polega jednak na tym, że można je odwiedzić w realu. I nie, nie chodzi mi o to, że można sobie pozwiedzać scenografię. Zdarza się, że one istnieją naprawdę. Np w Tokio.


6, Park Hyatt Tokio [„Między słowami”, reż. Sofia Coppola]

Omawiany tu hotel jest jedyny w swoim rodzaju. Nie tylko dlatego, bo istnieje naprawdę. Obejmujący górne 14 z 52 pięter budynku w centrum Shinjuku obiekt z lat 90 wciąż zachwyca nowoczesną architekturą. Główną atrakcją jest tutaj New York Bar and Grill na najwyższym piętrze, gdzie bohaterowie (grani przez Billa Murraya i Scarlett Johansson) spotykali się na whisky. Klasyk Sofii Coppoli dodaje tokijskiemu hotelowi także melancholijnego romantyzmu, wartego wysokiego rachunku. A i widok z najwyższych pięter jest naprawdę spektakularny.


Jak przystało na agenta Jej Królewskiej Mości, James Bond w byle spelunce rezerwować się nie będzie. Spośród bogatego hotelowego zaplecza, wybrałem czeski Grandhotel Pupp. 


5, Grandhotel Pupp [„Casino Royale”, reż. Martin Campbell]

Chociaż lwia akcja filmu rozgrywa się w zupełnie innym miejscu, czeski hotel z powodzeniem odgrywał czarnogórski hotel wewnątrz którego rozgrywała się partyjka pokera. Trzeba bowiem przyznać, że gdy filmowcy wybierają hotele do scenografii filmów o Jamesie Bondzie, mają bardzo specyficzne wymagania, które spełniają nieliczne obiekty. Grunt, że wybranie tak luksusowego hotelu pozwoliło na ulokowanie w nim morderczego pokerowego starcia, po którym rozgoryczony Bond zamawiał wódkę z martini, nie dbając (jeszcze) czy ma być wstrząśnięte czy zmieszane.


By nie było, że zupełnie o dzieciakach zapomniałem, zapraszam do pewnego uroczego zakątka prowadzonego przez słynnego wampira. Podwoje otworzy teraz przed wami hotel Transylwania.


4, hotel Transylwania [„Hotel Transylwania”, reż. Genny Tartakowsky]

Hotel prowadzony przez hrabiego Draculę może przywodzić na myśl karczmę z cyklu Marcina Mortki „Drużyna do zadań specjalnych”: rezyduje go nie tylko Dracula, ale też jego starzy znajomi inspirowani klasycznymi horrorami Universalu: Monstrum Frankensteina, Niewidzialny Człowiek, Mumia i Wilkołak. Tartakowsky z humorem znanym z jego słynnych seriali (na czele ze świetnym „Laboratorium Dextera”) wprowadza tu chaos, w trakcie którego nikomu nie powinno się nudzić. Nawet jeśli przy okazji czwartej części trochę się już nam zasiedziało… 


Podium otwiera jeden z najbardziej ikonicznych hoteli w popkulturze, prowadzony przez pewnego podejrzanego właściciela. 


3, Bates Motel [„Psychoza”, reż. Alfred Hitchcock]

Trudno o bardziej szemrane miejsce na tej liście (chyba że mówimy o jakiejś spelunce z kryminału noir). Bates Motel swoim wyglądem, przywodzącym na myśl obraz „Dom przy torach” Edwarda Hoppera, mógłby napędzić stracha niejednej osobie. I to nic, że właściciel motelu, Norman Bates, sprawia wrażenie sympatycznego młodzieńca - wystarczyło raz wziąć prysznic, by już nie wyjść stamtąd żywym. Bates Motel straszył skutecznie w dwóch pierwszych częściach, jednak (podobnie jak w przypadku „Hotelu Transylwania”) w pewnym momencie lepiej było w porę zawrócić.


Gdy mówimy o hotelach z przepychem, tylko jedno miasto przychodzi nam do głowy: ociekający kiczem Las Vegas. Dlatego srebro przypadło w udziale niejednemu znajdującemu się tam hotelowi.


2, The Bellagio [„Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra”, reż. Steven Soderbergh]/Caesars Palace [„Kac Vegas”, reż. Todd Philips]

Na upartego mógłbym tu jeszcze wymienić Fontainebleau Miami Beach, w którym rezerwował swój pokój Tony „Scarface” Montana, ale ostatecznie padło na hotelowe skupisko w Las Vegas. W końcu, co by nie mówić o filmowcach, umieli oddać kiczowatą aurę tego miasta. Na tle hotelowych korytarzy bohaterowie filmu Soderbergha obmyślali plan okradzenia pobliskich kasyn, a z kolei w komedii Todda Philipsa paczka przyjaciół wizytując Caesars Palace spotkała na swojej drodze samego Mike’a Tysona zasłuchanego w „In the air tonight” Phila Collinsa (powinszować gustu).


Choć filmowe „Lśnienie” mocno odstaje od książkowego pierwowzoru, trudno o bardziej pamiętny hotel w popkulturze, niż słynny Overlook, w którym rozgrywa się akcja.


1, hotel Overlook [„Lśnienie”, reż. Stanley Kubrick]

Malowniczo położy hotel ma do zaoferowania wiele atrakcji: duchy balujących gości, dwie upiorne bliźniaczki zachęcające do zabawy, czy jedną starszą, rozkładającą się, kobietę. A na deser opętany facet gotowy porąbać żonę i syna na kawałki. Jeśli ktoś nie jest przekonany, że hotel Overlook to idealna miejscówka na wakacje (bynajmniej nie z powodu umiejscowienia akcji książki Kinga w okresie zimowym), to co powiecie na to, że pierwowzorem upiornego hotelu był (ponoć nawiedzony) hotel Stanley, gdzie King spędził jedną noc.



To był mój ranking popkulturowych hoteli. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje propozycje, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć. I przebojowej nocy życzę.