Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”
Cześć wszystkim. W tym odcinku pochylimy się jeszcze nad adaptacjami znanych książek. Tym razem jednak skupimy się na PRZYSTĘPNOŚCI ADAPTOWANYCH KSIĄŻEK DLA WIDZÓW. Bo jak wiadomo, książki/komiksy/dramaty nie są dla czytelników (nawet dla wielbicieli materiałów źródłowych), tylko dla masowej widowni, która niekoniecznie miała styczność z tymże materiałem źródłowym. I choć zdarzały się w tej kwestii niejedne kontrowersje (jak wokół netflixowej „Lalki”), nie brakowało również wyjątków od tej reguły. Zaczynamy.
8, „Stara Baśń. Kiedy Słońce było bogiem”, reż. Jerzy Hoffman
Zaczynamy od przykładu z polskiego podwórka (niejedyny raz na tej liście). Książkowa „Stara Baśń”, choć pisana jako powieść historyczna „z czasów IX wieku”, inspirowana była legendą o Popielu i myszach. Hoffman adaptując książkę Kraszewskiego znalazł w tej historii paralele z „Makbetem” Szekspira. W obu przypadkach chodzi o walkę o władzę i studium despotycznych rządów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeżeli ktoś zechce zaadaptować „Balladynę” Juliusza Słowackiego, pisaną w ogóle na modłę szekspirowskich dramatów, to inspiracji również będzie szukał w „Makbecie”.
Jak wiadomo, książki rządzą się swoimi prawami, a adaptacje: swoimi. Dlatego typowym zabiegiem dla uatrakcyjnienia adaptacji czytelnikowi mogą być np. skróty fabularne.
7, „Tożsamość Bourne`a”, reż. Doug Liman
Powieść Roberta Ludluma, pierwszy tom trylogii o Jasonie Bourne, była adaptowana dwa razy. Pierwsza z nich, nakręcona pod koniec l. 80 jako telewizyjny miniserial, miał bardziej rozbudowaną fabułę, która dla współczesnego widza mogłaby się ciągnąć i ciągnąć. Z tego powodu film Douga Limana niweluje ewentualne dłużyzny i nie pozwala widzowi na choćby jeden oddech. Nie mówiąc już o tym, że zrobił z Matta Damona gwiazdę kina akcji. Fakt, że gdy do adaptacji dwóch kolejnych tomów zasiadł Paul Greengrass, wszystko zostało pozamiatane, jest tematem na inny ranking.
Miejsce 6. jest specjalnie dla osób, które obejrzały już netflixową „Lalkę” i niekoniecznie były zadowolone ze sposobów przystępności zastosowane przez Pawła Maślonę.
6, „Lalka”, reż. Wojciech Jerzy Has
Paweł Maślona postąpił wobec powieści Prusa niczym Luhrmann wobec „Romea i Julii” Szekspira: zachował jedno, unowocześnił drugie (w jego przypadku: unowocześnił język, zachował epokę), co może zakłócić odbiór adaptacji. A wystarczyło skupić się na głównym wątku i zrobić z adaptowanej (odczytywanej na różne sposoby) książki to, czym nie jest. Has zrobił z Prusa autora melodramatu, co było świetne. Dlatego z nowych wersji „Lalki” czekam na film Kawalskiego. Z pierwszych recenzji wynika, że twórcy konkurencyjnej adaptacji zrobili z Prusa polską… Jane Austen. Też odważna interpretacja.
Uwspółcześnianie akcji w adaptacji samo w sobie nie jest złym pomysłem, o ile jest dobrze przemyślanym. Jak to miało miejsce w adaptacji „Klubu Włóczykijów”.
5, „Klub Włóczykijów”, reż. Tomasz Szafrański
W netflixowej „Lalce” drażnić mogą nagminnie stosowane wulgaryzmy, bez których serial i tak by się obył (wystarczy szybsze tempo, nawet względem adaptacji Hasa). Czyż nie lepiej by było uwspółcześnić sam czas akcji adaptacji by lepiej wstrzelić się w gusta widzów (tak, „Lalka” Maślony, nawet z wulgaryzmami, powodowałaby mniejszy zgrzyt, gdyby jej akcja toczyła się współcześnie). „Klub Włóczykijów” Tomasza Szafrańskiego przenoszący akcję powieści Niziurskiego z l. 60 do XXI w., nie jest jedynym tego typu przykładem, bo podobny zabieg zastosowano w „Szatanie z VII klasy” z 1962 r.
Tuż przed podium uplasowała się metoda, dzięki której swój trium odniósł „Władca Pierścieni” Petera Jacksona, a dziś to samo powtarza trylogia „Diuny” Villeneuve`a.
4, „Diuna”/„Diuna. Część druga”, reż. Denis Villeneuve/„Władca Pierścieni”, reż. Peter Jackson
Kto chciałby oglądać ciągnące się w nieskończoność (skądinąd malownicze) plenery Nowej Zelandii (odnoszące się do rozwleczonych opisów Śródziemia), lub słuchać ekologiczno-teologiczno-psychologicznych rozważań rodem z książkowej „Diuny”. Dla widza liczy się akcja. Żeby jednak adaptacja nie została położona przez przerost formy (w tym przypadku CGI) nad treścią, adaptatorzy dopuszczają się (minimalnego, ale jednak) zachowania poglądów autora. Bo choć adaptacje są realizowane dla masowych widzów, na seans chodzą też fani książek. Tak oto przysłowiowy wilk jest syty, a owca cała.
Podium otwiera film będący kwintesencją amerykańskiej popkultury l. 2000, gdy (m.in.) kino musiało się urealnić. Wśród zalewu tego typu filmów z tamtego okresu wybrałem „Troję”.
3, „Troja”, reż. Wolfgang Petersen
Podobnie jak tegoroczną „Odyseję” Nolana można odebrać jako film o PTSD, tak „Troję” sprzed 22 lat można odebrać jako film urealniający (na tyle, na ile byłoby to możliwe…) historię wojny trojańskiej. Film Petersena wpisał się w trend, który dotyczył wtedy niemal wszystkich popkulturowych historii: od komiksów (trylogia Nolana o Batmanie) przez legendy („Tristan i Izolda” Kevina Reynoldsa) po adaptacje książek („Casino Royale” z Craigiem w roli Bonda). Urealniając swoje filmy, reżyserzy sprawili że zwietrzałe historie nabrały nowego blasku i stały się bardziej przystępne dla widzów sprzed 20 lat.
O powodzeniu dobrej adaptacji na ekranie, nawet odbiegającej od materiału źródłowego, może też świadczyć żywsze tempo względem książki. Za przykład niech posłuży filmowy „Fight Club”.
2, „Podziemny krąg”, reż. David Fincher
W teorii, film Finchera oparty na powieści Chucka Palamiuka „Fight Club” podpada pod ten sam punkt, co „Tożsamość Bourne`a” Douga Limana, chociaż w tym przypadku o wiele lepszą robotę odwalił Paul Greengrass adaptując dalsze trylogii Roberta Ludluma o Jasonie Bourne. W przypadku „Fight Club”, powieściowy oryginał charakteryzował się rwanym, pełnym powtórzeń, stylem, co charakteryzowało stan psychiczny anonimowego bohatera. By zbliżyć się do książki, i nie zamulić umysłu widzów, Fincher użył rwanego montażu, szybkich monologów zza kamery i teledyskową estetykę. I wyszło zacnie.
Złoto, jak zwykle u mnie: przewrotne, dla głośnej trylogii Pier Paolo Pasolliniego inspirowanej klasykami literatury: „Księgą 1001 nocy”, „Opowieściami kanterberyjskimi” i „Dekameronem”.
1, „Trylogia życia”, reż. Pier Paolo Pasolini
Tzw „trylogia życia” Pasoliniego bierze na warsztat trzy teksty kultury, które w ujęciu włoskiego skandalisty mającego na koncie także adaptacje antycznych dramatów łączy erotyczny wydźwięk. Widać to szczególnie w „Kwiecie tysiąca i jednej nocy” oraz w „Dekameronie”, ale obecne jest także w „Opowieściach kanterberyjskich”. Pasolini dość luźno adaptuje wszystkie trzy zbiory historii, wyciągając z nich jednak ich esencję. A że za życia wzbudzał niejeden raz kontrowersje, podobnie jak adaptowane teksty, trudno o lepsze adaptacje przystępne dla widzów, niezależnie od czasów.
To była moja lista adaptacji przystępnych dla widzów. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy w komentarzach. A my widzimy się w następnym odcinku. Cześć.





.png)

