poniedziałek, 16 marca 2026


 PAUL THOMAS ANDERSON Z PIERWSZYM OSCAREM!

"JEDNA BITWA PO DRUGIEJ" ZWYCIĘZCĄ GALI, A "WIELKI MARTY" PRZEGRANYM.


Marcin Klimczuk.


Znamy laureatów wczorajszej oscarowej gali wręczania nagród filmowych. Zwycięzcami zostali zarówno "Jedna bitwa po drugiej" jak i "Grzesznicy". Pierwszy z tych filmów, na 13 nominacji, zgarnął sześć Oscarów, w tym za Najlepszy Film Roku, a także za Reżyserię (jest to pierwszy Oscar dla Paula Thomasa Andersona). Z kolei drugi z tych filmów, na rekordowe 16 nominacji, zgarnął tylko cztery statuetki, w tym za scenariusz i główną rolę męską. Wielkim (nomen omen) przegranym okazał się za to film "Wielki Marty", który na 9 nominacji nie dostał żadnej statuetki.

Na gali pojawił się również polski akcent: w kategorii najlepszy krótkometrażowy film Oscara dostał "The Girl Who Crying Pearls" współprodukowany przez Macieja Szczerbowskiego

niedziela, 15 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „PROGRAM W ODCINKACH”


Cześć wszystkim. Przed wami trzeci tegoroczny odcinek „Programu w odcinkach”. Z tej okazji zapraszam wszystkich na pokład pirackiego statku, gdzie obierzemy kurs na niebezpieczny Grand Line. Posłuchajcie moich wrażeń po obejrzeniu długo wyczekiwanego drugiego sezonu aktorskiej wersji „ONE PIECE’A”. Zaczynamy.


ONE PIECE : INTO THE GRAND LINE” *****


twórcy: Matt Owens & Joe Tracz

obsada: Inaki Godoy, Emily Rudd, Mackenyu, Jacob Romero, Taz Skylar, Charithra Chandran, Callum Kerr, Julia Rehwald, Katey Segal, Mikaela Hoover, Mark Harelik, Brendan Murray, Werner Coester, Rob Colletti, Lera Abova


Zwykle gdy mówimy o produkcjach Netflixa, szczególnie tych adaptujących materiały źródłowe, częściej padają gorzkie słowa, niż komplementy (fani „Wiedźmina”, łączymy się w bólu…). Zwykle gdy mówimy o aktorskich adaptacjach mang i anime, częściej padają słowa o upraszczaniu materiału źródłowego (fani „Ghost in the Shell” łączymy się w bólu), lub dorzucaniu absurdalnych rozwiązań fabularnych (fani „Dragonball”, łączymy się w bólu…). Dlatego gdy Netflix zaczął pracę nad aktorską wersją „One Piece’a” - mangi uznawanej za nieadaptacyjną z powodu ogromu wątków i abstrakcyjnego humoru - nawet najwierniejsi fani przyjmowali to z politowaniem. Tymczasem „One Piece” w wersji live action stał się ogromnym przebojem i tylko kwestią czasu było, kiedy powstanie drugi sezon (i to pomimo odbywającego się w międzyczasie strajku scenarzystów).  


FABUŁA

Grand Line wita wszystkich was, zapewniając moc atrakcji. W programie wycieczkowym mamy Reverse Mountain okupowaną przez wieloryba Laboona, westernową Whiskey Peak zamieszkaną przez wielbiących piratów mieszkańców, Little Garden z dwoma walczącymi od stulecia olbrzymami, wreszcie: mroźne Drum Island zamieszkaną przez Dr Kurehę i jej tajemniczego pomagiera. Naszymi przewodnikami niezmiennie pozostaną załoganci Monkey D. Luffy’ego, po których piętach depczą tym razem członkowie organizacji Baroque Works.


OCENA

Rok 2026 niewątpliwie należy do „One Piece’a”. W styczniu zakończono adaptację storyarcu „Egghead” (tym samym anime przeszło w tryb sezonowy, a nowy storyarc - „Elbaph” - zadebiutuje na początku kwietnia; co, w sumie, jest o tyle zabawne, bo dla Amerykanów „One Piece” od początku jest podzielony na sezony i liczy ich - bagatelka - 25). Nim jednak postawimy stopę na wyspie olbrzymów, otrzymaliśmy z dawna wyczekiwany drugi sezon aktorskiego „One Piece’a” adoptujący pierwsze storyarci obszernej sagi „Alabasta”). Tym samym Netflix znów dowiózł, wprawiając w osłupienie zarówno sceptyków w kwestii adaptowania mang i anime jak i antyfanów samej platformy wytykających jej promowanie wątków LGBT.

Podobnie jak poprzednio, ostatnie zdanie zależało od autora mangi, Eiichirō Ody, który decydował, co ma zostać, co usunąć; co uprościć, a czego nie. W efekcie sezon drugi z dodanym podtytułem „Into the Grand Line” utrzymał poziom swojego poprzednika, a chwilami nawet go przebił. Ma o wiele szybsze tempo niż w pierwszym sezonie i bardziej dopracowane sceny walk. Showrunnerzy - Steve’a Maedę zastąpił tu Joe Tracz, co nie zaniżyło poziomu produkcji - dorzucają tu easter eggi odnoszące się do poźniejszych sag: postaci (poznajemy m.in. Bartolomeo i Brooka), historie (dostajemy zalążek backstory Sanji’ego ze storyarcu „Whole Cake Island”) czy artefakty. Wszystko by późniejsze historie uprościć, a dla poźniejszych bohaterów wylać odpowiedni fundament. Podobnie też jak w poprzednim sezonie, z innych postaci albo rezygnują albo przedwcześnie je uśmiercają. Z kolei te, które występują, mają albo bardziej rozbudowany wątek niż w anime (Stoker i Tashigi), albo są bardziej poprawione. To drugie najlepiej widać na przykładzie Wapola, który w mandze i anime był przeraźliwie irytujący (nie mówiąc już o tym, że zjedzony przez niego Diabelski Owoc miał turbo absurdalną moc, nawet w ramach „One Piece’a), a tu nabrał większej głębi i autentycznie przerażał swoim charakterem. Z kolei realizatorzy znacznie lepiej oddają charakter backstories niż miało to miejsce w anime: historia Choppera w tej wersji złamie serca o wiele bardziej niż w adaptacji od Toei Animation. Widać więc w dalszym ciągu, ile włożono serca w adaptowany materiał źródłowy i jak godną podziwu postawę przyjął jej autor - nie to, co w przypadku takiego Sapkowskiemu, który adaptatorom „Wiedźmina” dał zbyt wolną rękę, bo najwyraźniej bardziej mu zależało na dolarach.

Dotychczasowa obsada jak zwykle spisuje się świetnie, a nowo nabyci aktorzy wiernie dotrzymują im kroku. Szczególne wrażenie robi Smoker, kapitan marynarki i użytkownik Diabelskiego Owocu o dymnej mocy. Patrząc na grającego go Calluma Kerra odniosłem wrażenie, że lepiej pasowałby na następcę Henry’ego Cavilla w roli Geralta niż Liam Hemsworth. Były, oczywiście, kontrowersje castingowe, czepiano się koloru skóry Charithry Chandrany i narodowości Lery Abovy oraz tego, że Julia Rehwald w roli Tashigi za bardzo przypomina Velmę ze „Scooby-Doo”. Nie mają jednak znaczenia, bo Oda bronił tych decyzji, uzasadniając np wybór Chandrany i Abovy stwierdzeniem, że gdyby „One Piece” rozgrywałyby się w realnym świecie, Vivi pochodziłaby z kraju arabskiego, a Nico Robin z Rosji.

Oddzielny akapit należy się Dr Kurehy. Początkowo w postać tą miała wcielić się Jamie Lee Curtis, prywatnie fanka zarówno mangi „One Piece” jak i adaptacji anime. Musiała jednak zrezygnować z roli, a jej miejsce zajęła Katey Segal (dla niezorientowanych: Peggy Bundy z sitcomu „Świat według Bundych”). Nie wiem jaki ma stosunek do mang i anime, ale słynną Doktorinę zagrała na tyle przekonująco, że Curtis powinna żałować, że zrezygnowała z roli w adaptacji anime za którą odpowiada ekipa szanująca materiał źródłowy na rzecz kuriozalnej adaptacji gry „Borderlands”, która za namową wytwórni filmowej z ultra brutalnego materiału źródłowego zrobiła przygodówkę typu family frendly (co skończyło się nie lada klapą finansową 2025 roku).

Pojawiły się również zarzuty co do słabszych efektów specjalnych i tu jestem skłonny się zgodzić. Rozciąganie się Luffy’ego nadal robi wrażenie, Chopper w wersji podstawowej jest (że użyję japońskiego sformułowania) kawaii, ale poza tym CGI wypada zaskakująco sztucznie. Trudno dać wiarę, że showrunnerzy potrzebowali większego budżetu by bardziej zagłębić się w przedstawiony świat (chyba, że postanowili go spożytkować na sezon trzeci adaptujący storyarc „Alabasta” - jeśli ktoś to zauważył, w podróży Słomkowych nie bierze udział pewna urocza kaczuszka…). Jeszcze charakteryzacja wypada bardzo dobrze (choć złośliwcy prawdopodobnie przyrównaliby Choppera w formie reniferoludzkiej do Chubacci z „Gwiezdnych Wojen”). Miejmy nadzieję, CGI wypadnie lepiej w przyszłorocznym sezonie trzecim.

Tak jak można mieć nadzieję, że włodarze Netflixa będą w dalszym ciągu słuchać się wytycznych Eiichirō Ody i będą dostarczać widzom nieznającym ani anime, ani mangi w miarę przystępną adaptację, która jednocześnie odda klimat i charakter materiału źródłowego. Cieszmy więc z tego, co mamy, bo nie wiadomo jak długo będzie to trwać (oby jak najdłużej, a najlepiej do samego końca).

sobota, 14 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Zagłębmy się w lata 80, by posłuchać historii i analizy piosenki F. R. Davida pt. „WORDS”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Words” to utwór skomponowany i zaśpiewany w 1981 r. przez francusko-tunezyjskiego piosenkarza i tekściarza F. R. Davida. Tekst do piosenki napisali jednak w tym przypadku Martin Kupersmith i Louis S. Yaguda. W momencie nagrywania, David miał kłopoty finansowe, więc za radą swojego agenta napisał piosenkę taneczną z nadzieją na większy sukces w rozgłośniach radiowych.

Prace nad piosenką rozpoczęły się po odbytej trasie koncertowej F. R. Davida, która miała miejsce w Stanach Zjednoczonych. W tym okresie piosenkarz współpracował także z takimi zespołami jak Toto. Utwór Wordsnagrano zimą 1981 roku, początkowo przy użyciu syntezatorów, gdyż David zapomniał gitary elektrycznej przed wyjazdem do studia nagraniowego.

Chociaż piosenka stała się wielkim przebojem, kolejne utwory F. R. Davida już jej nie powtórzyły. F.R. David powrócił na niektóre listy przebojów dopiero w 1986 roku za sprawą singla "Sahara Night". Tym samym utwór „Words” stał się przekleństwem artysty, który dał się zaszufladkować do kategorii gwiazdy jednego przeboju.


ANALIZA

Kompozycja Davida opowiada o trudach relacji międzyludzkich. Jak podkreśla podmiot liryczny, „słowa nie przychodzą łatwo”. Oznacza to, że trudno jest ubrać słowa w emocje, które najczęściej górują nad komunikacją werbalną. Bardzo często zdarzają się sytuacje, gdy ktoś nie zwraca uwagi na to, co kto mówi, tylko na to, kto jak mówi. Dlatego dla lepszej komunikacji lepiej jest spuścić z tonu i mówić spokojniejszym tonem.

Słowa nie przychodzą łatwo w wielu emocjonalnych sytuacjach. Nawet wtedy gdy jedna osoba wyznaje drugiej miłość. Podmiot liryczny wychodzi z założenia, że lepszym nośnikiem emocji okazuje się muzyka, która potrafi wyrazić więcej niż tysiąc słów. W ten sposób „Words” staje się utworem z prostym przekazem o chęci bycia z drugą połówką, pomimo problemów z komunikacją.


PREMIERA I SUKCES

Piosenka stała się wielkim europejskim hitem, osiągając pierwsze miejsce na listach przebojów w wielu krajach europejskich, w tym: W Niemczech Zachodnich, Szwajcarii, Hiszpanii, Włoszech, Szwecji, Austrii, Danii, Irlandii, Belgii oraz Norwegii. Na początku 1983 r. osiągnęła drugie miejsce na brytyjskiej liście hitów, a pod koniec 1982 r. osiągnęła pierwsze miejsce w Republice Południowej Afryki, spędzając 25 tygodni na listach przebojów, stając się ostatecznie najpopularniejszym hitem na liście przebojów kończących rok w tym kraju. Z kolei w Australii singiel osiągnął 12. miejsce i spędził 41 tygodni w pierwszej setce w dwóch seriach przebojów w 1983 i na początku 1984 r.


link: https://youtu.be/PTsSk0r_Tq8?si=c4fhMKMF2oZ7Eh1v


F. R. David


SŁOWA”

tytuł oryg. „Words”


Słowa nie przychodzą mi łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zobaczyła, że cię kocham?
Słowa nie przychodzą mi łatwo

Słowa nie przychodzą mi łatwo
To jedyny sposób, żebym powiedział, że cię kocham
Słowa nie przychodzą mi łatwo

Cóż, jestem tylko muzykiem
Melodia jest jak dotąd moim najlepszym przyjacielem
Ale moje słowa wołają źle
A ja, ja, otwieram przed tobą moje serce i
Mam nadzieję, że uwierzysz, że to prawda, ponieważ

Słowa nie przychodzą mi łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zobaczyła, że cię kocham?
Słowa nie przychodzą mi łatwo

To tylko prosta piosenka
Którą sama dla ciebie stworzyłam
Nie ma ukrytego znaczenia, wiesz, kiedy ja
Kiedy mówię, że cię kocham, kochanie
Proszę, uwierz, że naprawdę tak jest, ponieważ

Słowa nie przychodzą mi łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zobaczyła, że cię kocham?

Słowa nie przychodzą łatwo

To nie jest łatwe, słowa nie przychodzą łatwo
Słowa nie przychodzą łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zrozumiał, że cię kocham?
Słowa nie przychodzą łatwo

Nie przychodzą łatwo
To jedyny sposób, żebym powiedział, że cię kocham
Słowa nie przychodzą łatwo
Słowa nie przychodzą łatwo


ZNAMY LAUREATÓW ZŁOTYCH MALIN 2026.

"WOJNA ŚWIATÓW" Z ICE CUBEM NAJGORSZYM FILMEM.


Marcin Klimczuk.


W nocy z piątku na sobotę czasu polskiego przyznano tegoroczne Złote Maliny, nagrody dla najgorszych filmów mijającego roku. Główna (anty)nagroda, wbrew przewidywaniom, nie powędrowała do "Śnieżki" (aktorskiego remake`u filmu Disneya sprzed 90 lat), lecz do produkcji Amazon Prime Video "Wojna światów". Wcielający się tam w główną rolę Ice Cube został, z kolei, laureatem Złotej Maliny w kategorii Najgorszy Aktor. W sumie "adaptacja" powieści H. G. Wellsa zdobyła pięć Złotych Malin. Z kolei "Śnieżka" dostała Złote Maliny w kategoriach (jeśli można tak to ująć) technicznych, bo otrzymali je głównie krasnoludki. 

Niżej zamieszczam link z newesem o laureatach Złotych Malin z listą "wyróżnionych". Wszystkim nagrodzonym serdecznie "gratulujemy":

https://www.filmweb.pl/news/Z%C5%82ote+Maliny+2026%3A+%22Wojna+%C5%9Bwiat%C3%B3w%22+najgorszym+filmem.+Ice+Cube+najgorszym+re%C5%BCyserem.+%22%C5%9Anie%C5%BCka%22+dosta%C5%82a+2+statuetki-165618

czwartek, 12 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Kon’nichiwa, min’na. Na Netflixie można oglądać długo wyczekiwany drugi sezon aktorskiej adaptacji mangi „One Piece” (recenzja na dniach na moim blogu). Z tej okazji zapoznałem się z popularnymi ONEPIECE’OWYMI KINÓWKAMI, które podobnie jak fillery, stanowią niekanoniczne historie w znanym japońskim uniwersum. Zaczynamy.


8, „One Piece: Clockwork Island Adventure”/„One Piece: Chopper's Kingdom on the Island of Strange Animals”

  Pierwsze kinówki z uniwersum „One Piece” charakteryzowały się tym, że… nie powalały fabułą. Pod tym względem „Przygoda na Nakręcanej Wyspie” i „Królestwo Choppera na wyspie dziwnych zwierząt” bronią się przynajmniej inspiracją zachodnią popkulturą, co w moich oczach zawsze było mile widziane (saga „Whole Cake Island” zachwyciła mnie nie tylko designem wyspy). Pierwsza z tych kinówek stanowiła inspirację steampunkiem, z kolei w drugiej można znaleźć odwołania do „Księgi dżungli” czy „Tarzana”. Nawet w takiej scenerii Słomkowi świetnie się odnajdują.


Jeśli „Królestwo Choppera…” skupiało się na tytułowym członku załogi, to kinówka z miejsca 7. skupiała się na innym załogancie Luffy’ego: jego prawej ręce.


7, „One Piece: The Cursed Holy Sword”

Film, jak u Hitchcocka, zaczyna się nietypowo dla „onepiece’owych” standardów, a potem robi się coraz bardziej intrygująco. Animatorzy ze studia Toei Animation serwują nam bowiem wstęp jak z jakiegoś horroru opowiadającego o jakiejś pradawnej klątwie. Zresztą, niespodzianki szerzą się w tej kinówce z niemal aptekarską precyzją, dostarczając widzom coraz więcej niespodzianek. By nic nie zdradzać, powiem tyle że fabuła koncentruje się wokół Roronora Zoro, o którym jak widać nie wszystko zostało powiedziane (choć de facto zostało). Na nudę więc nie ma co narzekać.


Toei Animation i Eiichirō Oda przyzwyczaili nas do przygodowej formuły „One Piece’a”. Jednak kinówka z miejsca 6. okazała się wyjątkowo nietypowa dla uniwersum.


6, „One Piece: Baron Omatsuri and the Secret Island”

Pierwsza nietypowa rzecz rzucająca się w oczy podczas oglądania, to kreska (przy której ten film wydaje się zrealizowany przy niskim budżecie). Jednak wraz z kolejnymi minutami największe wrażenie w tej kinówce robi klimat. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się nawiązywać do sagi „Thriller Bark”, okazuje się że przy niej przygody na wyspie Brooka to burtonowska czarna komedia. Tymczasem „Baron Omatsuri and the Secret Island” ma bardziej psychodeliczny, jakby animatorzy z Toei Animation dosypywali sobie jakiś dodatek do zupek błyskawicznych.


W „One Piece”, jak w klasycznej historii o piratach, nieodłącznym elementem jest poszukiwanie skarbów. Animatorzy z Toei Animation zadbali o to w kinówce „Dead End Adventure”. 


5, „One Piece: Dead End Adventure”

W tej kinówce wyścig po skarb jest tylko punktem wyjściowym. Dość szybko bowiem załoganci z Going Merry mieszają się w piracką kabałę z udziałem tajemniczego pirata Gasparde’a. A i tak na widza czeka wiele atrakcji, jak poruszający wątek chłopca i jego dziadka służącego głównemu antagoniście filmu. Sam Gasparde to jeden z najciekawszych - i najtrudniejszych - przeciwników, z jakimi mierzył się Luffy. Mówimy tu jednak o chłopaku, który walczył i z Crocodilem, i z Hodym, i z Kaidou, więc z użytkownikiem cuk-cukierkowocu sobie nie poradzi?


Jeśli jednak ktoś naprawdę chce wyruszyć na poszukiwanie skarbów, powinien wziąć udział w pirackim festiwalu. Kto się zgłasza?


4, „One Piece: Stampede”

„One Piece: Stampede” to de facto „Dead End Adventure”, tyle że bardziej epickie i z większą liczbą gościnnych występów postaci znanych z mangi Ody. No i bardziej nastawiona na szukanie skarbów niż dopiero co omawiana kinówka. Punktem wyjścia jest festiwal, w ramach którego uczestnicy szukają innego niż „One Piece” legendarnego skarbu zostawionego przez Gold Rogera. W poszukiwaniu udział galeria wszystkich znanych z anime postaci, od uwielbianych (Buggy) po znienawidzone (Foxy…), co stanowi dodatkową atrakcję dla tego naładowanego akcją filmu.


Nie ma „One Piece’a” bez wyrazistego przeciwnika. Z żadnym nie było tak trudno się zmierzyć, jak w jednej z najbardziej znanych kinówek.


3, „One Piece Film: Z”

Pierwsza kinówka rozgrywająca się po tzw Timeskipie i od razu mocna historia. Zwyczajowo na przeciwko Słomkowym Piratom staje marynarka bezskutecznie starająca się ich złapać. Ta sama marynarka ma jednak w tej kinówce o wiele większy orzech do zgryzienia. Tytułowe „Z” to były admirał marynarki, Zephyr, który posiadł moc tzw Kamieni Dyna. Jeśli ktoś w tej sytuacji liczy na sojusz marynarki ze Słomkowymi, ten się zawiedzie. W zamian dostanie wciągającą fabułę z epicką walką przeciwko dwulicowemu antagoniście. A tacy przeciwnicy są na wagę złota.


Srebro dla kinówki szczególne zwłaszcza dla samego twórcy mangi, Eiichirō Ody, czyli dla „Strong World”.


2, „One Piece: Strong World”

To była pierwsza „onepiece’owa” kinówka, która zrobiła na mnie spore wrażenie. Także ten film zaczyna się od hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, ale szybko karty są wystawiane na stół. Za scenariusz odpowiedzialny jest m.in. sam Eiichirō Oda, dla którego było to pierwsze tak czynne uczestnictwo w produkcji filmu „One Piece”. Tak oto mangaka uczcił dziesięciolecie premiery swojej mangi. A gdyby ktoś pokusiłby się o umiejscowienie filmu między sagami (co nie zawsze jest oczywiste), to jej akcja toczy się między „Thriller Bark”, a „Archipelagiem Sabaody”.


Za pewne wielu z was czuje się zawiedzionych, że na rankingu nie uplasował się „Film Red”. W zamian za najlepszy film uznałem jednak siódmą kinówkę.


1, „One Piece: The Giant Mechanical Soldier of Karakorum Castle”

Co moglibyście zrobić, byle tylko zdobyć wymarzony skarb? Okazuje się, że Luffy zrobiłby niemal wszystko. Nawet dałby sobie wmówić, że gdzieś na Grand Line znajduje się jakiś inny legendarny skarb. A to wszystko okraszone typowym dla Japończyków humorem, przy którym nawet brytyjski humor wydaje się normalny. Ale to nie wszystko. Ten film to nie tylko kwintesencja całej serii Eiichirō Ody, ale też japońskiej popkultury w ogóle. W końcu nie od dziś wiadomo, że Japończycy jarają się robotami i potworami. Tak jak fani mangi Ody jarają się „One Piece’em”.


To była moja lista kinówek ze świata „One Piece”. Które tytuły wam przychodzą do głowy. Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

wtorek, 10 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. W pierwszym tegorocznym odcinku „Muzycznej podróży w czasie” cofniemy się do lat 80, by zapoznać się z historią albumu grupy Van Halen „1984”. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Album „1984” (oznaczony cyframi rzymskimi jako „MCMLXXXIV”) jest szóstym w dorobku rockowego zespołu Van Halen. Był to zarazem ostatni krążek grupy z udziałem wokalisty Davida Lee Rotha, który opuścił zespół w 1985 r. z powodu różnic twórczych, aż do wydania „A Different Kind of Truth” (2012).

Po trasie koncertowej promującej czwarty album studyjny, Fair Warning, zespół początkowo chciał zwolnić tempo i zrobić sobie przerwę. Wydali tylko jeden singiel, „(Oh) Pretty Woman”/„Happy Trails”, który miał być samodzielnym wydawnictwem. Jednak wytwórnia zespołu zażądała kolejnego albumu i zespół bardzo szybko nagrał swój piąty album studyjny, „Diver Down”. Po nagraniu albumu Eddie Van Halen był niezadowolony z ustępstw, jakie poczynił wobec frontmana Van Halen, Davida Lee Rotha, i producenta Warner Bros., Teda Templemana. Obaj zniechęcali Eddiego do uczynienia z instrumentów klawiszowych ważnego instrumentu w muzyce zespołu.

W 1983 r. Eddie Van Halen budował własne studio, nadając mu nazwę 5150, nawiązując do kalifornijskiego kodeksu prawnego dotyczącego tymczasowego, przymusowego leczenia psychiatrycznego. Współpracował z nim Donn Landee, wieloletni inżynier dźwięku zespołu (a później producent nagrań na 5150 i OU812). Podczas gdy instalowano konsolety i magnetofony, Eddie Van Halen zaczął pracować nad syntezatorami, aby zabić czas. Rezultatem był kompromis między dwoma twórczymi stronami zespołu: mieszanką utworów z przewagą instrumentów klawiszowych i gitarowego hard rocka, z którego słynął zespół. 

Nagranie albumu „1984” zajęło około trzech miesięcy, w porównaniu z większością ich poprzednich albumów, które powstawały w mniej niż dwa tygodnie, a ich pierwszy album w zaledwie pięć dni, wszystkie w Sunset Studios. W retrospektywnej recenzji „Rolling Stone” z 1984 r., zawartej na liście „100 najlepszych albumów lat 80”, Templeman powiedział: „Dla mnie jest oczywiste dlaczego 1984 rok przyniósł Van Halen szerszą i szerszą publiczność. Eddie Van Halen odkrył syntezator”.


UTWORY PROMUJĄCE

Album był promowany przez cztery piosenki i już pierwsza z nich stała się wielkim hitem w dorobku Van Halen. Mowa tu o słynnym „Jump” [nr 2], który został wydany w grudniu 1983 roku. Kolejne trzy utwory były promowane w 1984 roku. 

W kwietniu 1984 roku w rozgłośniach radiowych zadebiutował drugi singiel promujący, tym razem zatytułowany „I’ll Wait” [nr 7]. Dwa miesiące później wydany został trzeci utwór promujący, tym razem zatytułowany „Panama” [nr 3]. W październiku 1984 roku ukazał się czwarty, ostatni, utwór promujący - „Hot for Teacher” [nr 6].


PREMIERA I SUKCES

Płyta stała się jednym z najpopularniejszych albumów zespołu (pod względem sprzedaży i pozycji na listach przebojów), osiągnęła 2. miejsce na liście Billboardu (w tamtym czasie numerem jeden był album Michaela Jacksona „Thriller”). To również drugi z dwóch albumów, które sprzedały się w Stanach Zjednoczonych w nakładzie 10 milionów egzemplarzy.


link: https://youtube.com/playlist?list=PLUPLEaMRcaetgdU9TWyiMsDiFxc0nYZ2u&si=xy-SrLj_AEm0tXdT

poniedziałek, 9 marca 2026

 

ORŁY 2026 ROZDANE

„DOM DOBRY” NAJLEPSZYM FILMEM.


Marcin Klimczuk.


Za nami gala wręczania Orłów 2026. Na ceremonii triumfowały filmy „Dom dobry” zgarniając nagrody za reżyserię, film roku i pierwszoplanowe role oraz „Chopin, Chopin” zdobywając nagrody w kategoriach technicznych: zdjęcia, kostiumy, scenografię i charakteryzację. 

Niżej zamieszczam link z informacją o tegorocznych Orłach wraz z listą laureatów. Wszystkim zwycięzcom serdecznie gratuluję:

https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114438,32648031,orly-2026-rozdane-poznalismy-tytuly-najlepszych-polskich-produkcji.html