czwartek, 23 lipca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Czy słuchając piosenek w radiu, a potem przesłuchując je na płycie nie odnieśliście czasem wrażenia, jak bardzo się od siebie różnią? I że czasem to wersje radiowe są od nich po prostu lepsze? W tym rankingu przedstawię osiem najlepszych RADIOWYCH EDYCJI PIOSENEK. Zaczynamy.


8, The Beatles, „Revolution”

Radiowe edycje znanych piosenek poniekąd można przyrównać do remiksów. Wykonawcy są ci sami (więc żadną miarą nie są to covery), tylko linia melodyjna uległa drobnej zmianie: a to ją wydłużono, a to skrócono (ta bezczelna radiowa maniera ucinania piosenek tuż przed samym ich faktycznym zakończeniem!), a to poddano cenzurze. Niekiedy jednak radiowa edycja przerabiała oryginalną kompozycję na podobnej zasadzie co nowe edycje książek, zwłaszcza dla młodzieży: by przypodobać się nowemu pokoleniu. I to słychać w omawianej tu piosence Beatlesów.

omawiana piosenka: https://youtu.be/BGLGzRXY5Bw?si=3YB6Jp8-VkZDxDM2 

radiowa edycja: https://youtu.be/GoOEagU2xSs?si=n55UQKFsRvJnC0wZ 


By przypodobać się słuchaczom, radiowe edycje dostosowują do nich odpowiednią aranżację. Słychać to wyraźnie w radiowej wersji piosenki „God is a Girl” zespołu Grove Coverage.


7, Grove Coverage, „God is a Girl”

Duet Grove Coverage ma w swoim dorobku niejedną rąbankę (choćby cover „Poision” z repertuaru Alice’a Coopera). Nie każdy takie rąbanki toleruje (a już na pewno nie uszy słuchaczy - moje wręcz krwawią). Dlatego radiowe edycje takich rąbanek walących w bębenki uszne mają większe wzięcie. Szok może jednak nastąpić kiedy po wysłuchaniu radiowej wersji danej piosenki, ktoś puści sobie oryginał z płyty, albo wideoklip na YouTubie: dokładnie tak sam się czułem, kiedy przed kilkoma laty, mając w pamięci radiową wersję „God is a Girl”, zapoznałem się z jej teledyskiem.

omawiana piosenka: https://youtu.be/h5tRWl4b_hI?si=L5kS47qnhNz4g1_t 

radiowa edycja: https://youtu.be/Kw5BKqYNd5I?si=5dgAM2GN2cKkngoD 


Bo radiowe edycje potrafią naprawdę wprowadzić słuchaczy w błąd (że nie użyję w tym momencie bardziej dosadnego stwierdzenia). Świetny przykład to cover „Truly, Madly, Deeply” nagrany przez zespół Cascada.


6, Cascada, „Truly, Madly, Deeply”

Ci to potrafią zrobić istną rąbankę. Inaczej niż Groove Coverage, karierę zbudowali jednak tylko na coverowaniu piosenek. Rozgłośnie radiowe wybroniły się przed zupełnym pogrążeniem Cascady i gdy w 2006 r. premierę miał „Truly, Madly, Deeply” coverujący jeden z najpiękniejszych utworów Savage Garden, upodobniono nową wersję do oryginału. Łatwo więc wyobrazić sobie moje rozczarowanie, gdy potem wysłuchałem powstały wcześniej cover „Everytime We Touch”: jak można było z tak uroczej piosenki Maggie Reilly zrobić taką łupankę?

omawiana piosenka: https://youtu.be/yD8uQu52q2E?si=qXq_-TFv3bEc7GE9 

radiowa edycja: https://youtu.be/DJGPPuYpxO8?si=j6baKvRyfREwPIhK 


Ciekawym zjawiskiem jest wydłużanie piosenek w edycjach radiowych, jak to miało miejsce w przypadku „Creep” Radiohead. 


5, Radiohead, „Creep”

Przeciętna radiowa edycja jest skracana względem oryginału (bo, niestety, trzeba np. zarobić na reklamach). Są jednak edycje radiowe dłuższe od tego, co można znaleźć na płycie. Powodem jest np. forma (bez obawy o jej przeroście nad treścią): Radiowa edycja „Creep” ma 4-sekundowe odliczanie pałeczkami przed standardową pierwszą sekundą. Zdarzają się też sytuacje, kiedy wersje radiowe wydłużają jedne fragmenty utworu, a skracają inne. Edycja radiowa „Thinking Out Loud” Eda Sheerana ma 6-sekundowy wstęp przed pierwszą zwrotką, ale później przechodzi od końca drugiej zwrotki do początku ostatniego refrenu, pomijając drugi refren i gitarową solówkę.

omawiana piosenka: https://youtu.be/XFkzRNyygfk?si=73Vt3ECq5sz4BLNs 

radiowa edycja: https://youtu.be/1wvhIF5tJ9o?si=4PEZrLHOCgavS_Yz 


Rozsadza was od środka ze złości, że jakaś piosenka jest bezczelnie skracana w radiu? Madonna na to: „Potrzymajcie mi mikrofon”.


4, Madonna, „Frozen”

„Frozen” Madonny był moją muzyczną (a w zasadzie teledyskową) traumą z dzieciństwa. Nie przez wydłużony czas trwania, ale przez to, co klip pokazywał. Przez lata dzwoniła mi w uszach głównie edycja radiowa, a gdy natrafiłem na wersję z płyty „Ray of Light” z 1998 r., byłem zaskoczony jak bardzo jest ona długa. Oryginał ma zdecydowanie za długi wstęp, który w wersji radiowej dało się bezproblemowo skrócić. Z korzyścią dla samej piosenki, w której przypadku siła drzemała przede wszystkim w przyprawiającej o gęsią skórkę linii melodyjnej i horrorowym teledysku.

omawiana piosenka: https://youtu.be/Pk_OKXjD24c?si=ThXhfGNX9olXx2gU 

radiowa edycja: https://youtu.be/DcK0H0Ca1ug?si=Lo8DR3elop6NEuhn 


Na podium uplasowały się najczęstsze cechy radiowych edycji. Pierwsza z nich dotyczy m.in. utworu Brunona Marsa i Traviego McCoya. 


3, Bruno Mars feat Travie McCoy, „Billionaire”

Na początku piosenki Bruno Mars śpiewa: „I wanna be a billionaire so freaking bad”… stop, czy tak jednak było w oryginale? Przewińmy i posłuchajmy od początku. W oryginalnej wersji Bruno Mars śpiewa: „I wanna be a billionaire so fucking bad”. Radio, niczym TV, dba o dobry PR i stosuje cenzurę (pamiętam jak w telewizyjnej emisji „Wilka z Wall Street” wszystkie „fucki” tłumaczono jako… „cholery”). Brak cenzury może skutkować niesłusznym osądem (Michael Jackson coś by o tym powiedział: po premierze „They Don’t Care About Us” posądzono go o antysemityzm).

omawiana piosenka: https://youtu.be/8aRor905cCw?si=MbATpn9JO2-0eSNq 

radiowa edycja: https://youtu.be/_H0BkaJ3-1w?si=f8bbdWBLOVdxjcgc 


Ktoś się teraz zapyta: po co jest stosowana ta cholerna cenzura? Jak to, po co? Chociażby dla uniknięcia skandalu. Przykład na miejscu 2.


2, Lizzo, „Truth Hurts”

Wydany w 2017 r. utwór Lizzo „Truth Hurts” został zmontowany lokalnie w czerwcu 2019 r. przez wiodącą na rynku stację WIXX z Green Bay, która znalazła się w czołówce 40 najpopularniejszych stacji radiowych. Powodem nie były jednak nieodpowiednie treści jak w przypadku Jacksona, czy wulgaryzmy jak w przypadku Marsa, ale odniesienia do zawodnika drużyny Minnesota Vikings. W tej sytuacji również zadbano o odpowiedni PR tyle że samej stacji radiowej, tym bardziej że WIXX oferująca treści związane z drużyną, uznała że ​​pozytywne nawiązanie do największego rywala ich lokalnej drużyny futbolowej byłoby drażniące dla lokalnych słuchaczy.

omawiana piosenka: https://youtu.be/P00HMxdsVZI?si=5VC3Nc_h7-SZlOqd 

radiowa edycja: https://youtu.be/0EwucqavVIY?si=wjWllOlnLW7qgY79 


Najważniejszy cecha edycji radiowych może się wydawać banalna, ale jakże prawdziwa: po prostu czasem może chodzić o lepsze brzmienie niż w wersji płytowej. Idealnie to słychać w „Wonders” Michaela Patricka Kelly’ego.


1, Michael Patrick Kelly, „Wonders”

Niżej podpisany zdecydowanie bardziej preferuje edycję radiową hitu byłego członka zespołu The Kelly Family, niż jej oryginał na płycie. Piosenkarz do nagrania piosenki zaprosił rapera Rakima. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Okazuje się bowiem, że raperskie wstawki kompletnie kłócą się z resztą piosenki (co przyznają nawet fani samego Rakima). Edycje radiowe doskonale to wyczuły dając nam wersję nie tylko krótszą o minutę, ale też jednolicie wpadającą w ucho. I przynosząc jej większą popularność, niż wersję dostępną na specjalnej edycji albumu „B.O.A.T.S”.

omawiana piosenka: https://youtu.be/Jjo7xWkD1Cs?si=gKO7p0lEmVwKQHDd 

radiowa edycja: https://youtu.be/7gsq8lEzBjs?si=eItZbSNYq-LbXnkY 



To była moja lista najlepszych radiowych edycji znanych piosenek. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

środa, 22 lipca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. Zapraszam na kolejną fantastyczną podróż – tym razem do uniwersum Eranu stworzonego przez Michaela J. Sullivana, autora „ODKRYĆ RIYRII”. Zaczynamy.


KILKA SŁÓW O SERII

Odkrycia Riyrii" to popularny cykl powieści fantasy autorstwa Michaela J. Sullivana. Głównymi bohaterami jest duet najemników: cyniczny złodziej Royce Melborn oraz szlachetny wojownik Hadrian Blackwater. Wspólnie wykonują zlecenia, wplątując się w wielką politykę, intrygi i magię.

Sullivan zaczął pisać książki już w młodym wieku dla własnej rozrywki. W latach 1975-1994 napisał trzynaście powieści i cztery opowiadania, które nigdy nie zostały wydane. Sam twierdzi, że pierwsze osiem książek nie było przeznaczonych do publikacji. To były wprawki na których uczyłem się pisać.

Kolejne powieści próbował wydać, jednak nie udało mu się znaleźć wydawcy. Z tego powodu postanowił przestać tworzyć. Po 10 latach od skończenia poprzedniej powieści, czyli w 2004 roku, skończył pisać książkę „Królewska krew”. Rozpoczął pisanie cyklu „Odkrycia Riyrii”, aby nauczyć czytać swą córkę cierpiącą na dysleksję. Powieść została wydana najpierw jako selfpublishing, a potem została wznowiona przez popularne wydawnictwo.


OMÓWIENIE TOMÓW.

Pościgi, pojedynki, magia, spiski i zamachowcy – u Sullivana znajdziecie wszystko, za co pokochaliście fantasy!

W dwóch pierwszych tomach cyklu, „Królewskiej krwi” i „Wieży Elfów”, zamordowany został król. Władza przeszła w ręce spiskowców, którzy sądzili, że każdy element ich planu był doskonały. Poza jednym. Winą próbowali obarczyć Royce’a i Hadriana. Ci nie są jednak byle złodziejaszkami i nie pójdą dobrowolnie pod pręgierz. To okryty złą sławą duet Riyira, i nikt nie powstrzyma ich przed krwawą zemstą! Los królestwa spoczywa w rękach dwóch najemników.

W dwóch kolejnych tomach cyklu, „Nowym Imperium” i „Szmaragdowym Sztormie”, bohaterowie zostają wezwani, by pomóc swojej ojczyźnie. Królestwo Melengar potrzebuje ich w nierównej walce z zagrażającym mu imperium. Dwaj złodzieje zostają wysłani z samobójczą misją za linie wroga, gdzie będą starali się pozyskać sojuszników dla swojej sprawy. Tymczasem wychodzi na jaw, że potężny mag Esrahaddon ma ambicje przejęcia władzy w królestwie.

Cztery pierwsze tomy początkowo zostały wydane w Polsce w dwóch zbiorczych tomach, za to dwa ostatnie tomy, z uwagi na ich objętość, wydano w oddzielnych tomach.

W „Zdradzieckim planiewładze Nowego Imperium planują uczcić swoje zwycięstwo wyjątkowo krwawą ceremonią. W dniu święta zimonaliów księżniczka Arista zostanie zmuszona do małżeństwa, po czym przydarzy się jej nieszczęśliwy wypadek. Odbędzie się także podwójna egzekucja – kat straci słynną wiedźmę z Melengaru oraz spadkobiercę Novronu. Nowym władcom wydaje się, że ich triumf jest całkowity. Nie wzięli jednak pod uwagę, że ich plan może się nie spodobać pewnym dwóch złodziejom. Royce i Hadrian po raz kolejny uratują swoją ojczyznę.

Wreszcie w tomie finałowym pt. „Pradawna stolica” spadkobierca Novrona został odnaleziony, wojny ustały, a architekci nowego imperium nie żyją. Powinien nastać czas pokoju i dobrobytu, ale skończył się Uli Vermar i nadciąga armia elfów, siejąc po drodze spustoszenie. Ludzkość i świat Elanu może ocalić jedynie starożytny przedmiot, lecz jego odzyskanie wymaga dotarcia do miasta, które zniknęło przed wiekami. Imperatorka Modina wysyła grupę starannie dobranych ludzi na niebezpieczną wyprawę do Percepliquisu...


PODSUMOWANIE

Twórczość Michaela J. Sullivana oscyluje wokół przygodowo-łotrzykowskiej fabuły. Po jego książkach można się zatem spodziewać dużej ilości przygód i zwrotów akcji, od których nie dane będzie łatwo się oderwać. To wszystko ma do zaoferowania „Odkrycia Riyrii”, które inauguruje ogromne uniwersum Eranu.


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/879/odkrycia-riyrii


ODYSEJA
 *****


Najnowsza adaptacja klasycznego poematu Homera wzbudzała kontrowersje jeszcze na etapie postprodukcji. Wytykano rażące błędy merytoryczne (inny typ zbroi Odyseusza od tego, który nosiło się w epoce mykeńskiej, czyli kiedy potencjalnie mogła wybuchnąć wojna trojańska), uwspółcześnienie języka (sformułowania typu „Let’s go!”), oraz obsadzenie rapera Travisa Scotta w roli antycznego pieśniarza czy w ogóle - jakże by inaczej w dzisiejszych czasach - poprawność polityczną (obsadzenie Afroamerykanki Lupity Nyongo w roli Heleny i Klitajmestry). Prawda jest jednak taka, że czasy się zmieniają, a co za tym idzie każda epoka i każdy naród, ma swoje własne wyobrażenie popkultury, zwłaszcza gdy bierze się na warsztat tak ponadczasowe dzieło jak eposy Homera. Jeszcze 22 lata temu, kiedy Wolfgang Petersen adaptując „Iliadę” (a bardziej inspirując się nią) kręcił „Troję” z Bradem Pittem, pokazał znany mit o wojnie trojańskiej zgodnie z ówczesną modą, gdy popkultura musiała być bardziej realistyczna (odbiło się to przy okazji na ówczesnym przedstawianiu takich postaci jak James Bond czy Batman). A dziś, gdy kinowe sale są oblegane przez super bohaterów z komiksów? Trzeba widzom przedstawić starożytnych super bohaterów. Co z kolei zrobić, kiedy obecne kino przeżarte jest poprawnością polityczną? Niestety, trzeba jej ulec, gdy nie ma innego wyjścia.

Nie dziwmy się więc takiej a nie innej obsadzie, kojarzącej się dziś z Marvelem (Tom Holland, Zendaya, Jon Bernthal, Lupita Nyongo) czy DC Comics (Robert Pattinson). Kim innym byli dla starożytnych Greków Odyseusz, Telemach, Agamemnon czy Menelaos, jeśli nie mitycznymi super bohaterami (dość rzec, że niektórzy herosi byli na wpół bogami i mieli swoje super moce w postaci nieśmiertelności). To oni mogą skusić widzów na kolejny seans, nawet jeśli MCU mocno dziś szwankuje, a DCU raptem raczkuje. Ale żeby przyciągnąć widza, potrzebny jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nolan, tak jak Tim Burton, lubi przefiltrowywać materiały źródłowe przez swoją wrażliwość i w jego przypadku odbywa się to przez pryzmat czasów, w jakich żyjemy. To on 22 lata temu, gdy Petersen kręcił „Troję”, dał nam bardziej realistycznego Batmana o aparycji Christiana Bale’a. Cztery lata potem, po premierze „Iron Mana” Jona Favreau, rozpoczął się boom na kino super bohaterskie (sam termin został ukuty właśnie w tym okresie, wcześniej o adaptacjach komiksów mówiło się: „film fantasy/SF” albo „film przygodowy”) i tej modzie Nolan w końcu też musiał ulec, niekoniecznie znowu adaptując przygody jakiegoś obrazkowego herosa w trykotach. Aż przypominają się lata 90, kiedy to ówczesne kino i TV były podporządkowane estetyce stacji MTV, w efekcie czego w filmach i serialach m.in. pojawiał się szybki i rwany montaż, obsadę zasilali w większości młodzi aktorzy (którzy do dziś podtrzymują popularność), a przy napisach końcowych rozbrzmiewała jakaś piosenka Bryana Adamsa lub Jona Bon Jovi. Tyczy się to też, niestety, poprawności politycznej: skoro inni obecnie jej ulegają, spędzając sen z powiek widzom, Nolan również musiał jej ulec (stąd Lupita Nyongo jako Helena i Klitajmestra… która, gdyby zmontować wszystkie sceny z jej udziałem, w całym filmie pojawia się przez raptem 10 minut czasu antenowego).

Ulegając dzisiejszej popkulturowej modzie, reżyser pod względem fabuły pozostał jednak wierny Homerowi (bardziej, niż Wolfgang Petersen, któremu swego czasu również wytykano nieścisłości historyczne i mitologiczne, a kręcąc „Troję” zachował takie elementy jak konia trojańskiego czy piętę Achillesa). Zaczynamy więc nietypowo na Itace, nie pod Troją, gdzie na nieobecnego Odysa czeka z utęsknieniem wierna Penelopa (Anne Hathaway) odpychająca od siebie cały tabun zalotników, na czele z Antinoosem (odpychający, nomen omen, Robert Patinson). W tym czasie Odyseusz (Matt Damon) przebywa od kilku lat na wyspie Kalipso (Charlize Theron), której opowiada o początkach swojej tułaczki. Jasne, z pewnych motywów musiał zrezygnować (brak Lotofagów, choć motyw lotosów wywołujących amnezję akurat się pojawia, i Feaków, a także takich postaci jak Eol, Alkinoos i Nauzikaa czy Nestor), ale takie były wymogi antenowe.

Przystosowując się do dzisiejszych czasów, Nolan pozostał również wierny swojemu stylowi reżyserskiemu. Reżyser bawiący się filmową formą (najczęściej manipulując czasem), w tym przypadku pobawił się narracją. Wrzucając co chwilę czyjąś retrospekcję, przeskakuje z jednej opowieści do drugiej. Każdy ma coś do powiedzenia: a to o Odyseuszu sprzed tułaczki, a to o Odyseuszu w czasie tułaczki (już zacieram rączki na ewentualny hollywoodzki remake „Rashomona” Kurosawy – ktokolwiek by to spartolił, byłby mistrzem). A mimo to blisko trzy godziny przelatują jak z bicza strzelił. Co więcej, w natłoku różnych perspektyw i opinii na temat Odyseusza, poemat Homera przestaje być baśniową historią o powrocie do domu, a staje się na wskroś współczesną opowieścią antywojenną. Odyseusz, zwykle przedstawiany jako archetyp przemyślności, tu staje się wątpiącą w skuteczność swoich działań jednostką, kierującą się swoimi działaniami i narażającą na szwank swoją załogę. Zwykle jakiekolwiek ingerencje w mitologię doprowadziłyby mnie do szewskiej pasji, a tutaj wszystko działało. Zwłaszcza po realizacji „Oppenheimera”, którego tytułowy bohater poniekąd też zaczął wątpić w swoje działania.

W ogóle obsada daje tu prawdziwy koncert aktorski. Zwłaszcza Robert Pattinson chyba definitywnie zrywa z siebie łatkę wampira-lovelasa z „Sagi Zmierzch”: najpierw zaczął grać u wartościowych reżyserów, ale mimo to dalej był kojarzony z Edwardem Cullenem z pretensjonalnego cyklu Stephenie Meyer. Nie trzeba też obawiać się kontrowersji wokół Lupity Nyongo czy nawet Travisa Scotta, bo ich czas antenowy (tyczy się to zwłaszcza Lupity Nyongo) jest ograniczony. Szczególne obawy wzbudzał we mnie raper Travis Scott – ok, żaden aojda nie był czarnoskóry, ale w jego przypadku obawiałem się dodatkowo raperskich odzywek w rodzaju: „Yo, yo, yo, posłuchajcie opowieści o dzielnym Odyseuszu i wojnie trojańskiej toczącej się przez dziesięć lat”. Tak samo ograniczony czas ma tutaj Zendaya, niekoniecznie grająca Atenę (chyba że nolanowska bogini mądrości ma w zwyczaju przybierać postać zamordowanej mieszkanki Troi) – aktorka pojawia się tylko raz na jakiś czas i to w charakterze głosu sumienia (ani razu u boku swojego męża, Toma Hollanda), co tylko podkreśla pacyfistyczny wymiar nolanowskiej „Odysei”.

Jeszcze przed wejściem na salę kinową, zastanawiałem się jak Nolan – reżyser unikający CGI i wykorzystujący tradycyjne filmowe tricki – upora się z warstwą fantastyczną. Łatwiej byłoby bowiem urealnić „Iliadę” (co, zresztą, zrobił Wolfgang Petersen 22 lata temu), niż „Odyseję”. Tułaczka Odyseusza bez fantastycznych stworów byłby zupełnie inną historią. Tymczasem Christopher Nolan wycwanił się, porównując fantastyczne elementy do różnych podgatunków horroru. Cyklop Polifem wygląda jakby zszedł z obrazów Pablo Picassa, czary Kirke przywodzą na myśl body horror, a ataki Scylli wywołują niezłe jump scary. Równie pomysłowo wygląda też wyprawa do świata podziemnego.

Przy tych wszystkich ochach i achach, przyczepiłbym się tylko do kostiumów – abstrahując od wierności historycznej, albo od tego że nolanowski Agamemnon wygląda jak antyczny Batman, niektóre kostiumy wyglądały śmiesznie (zwłaszcza zbroje Lajstrygonów, albo w najlepszym wypadku Trojańczyków…). O wiele bardziej niż zdjęcia, którym zarzucano że są zbyt ponure. Bez przesady, filmowa Grecja nie zawsze musi wyglądać jak z foldera turystycznego, zachęcająca do wakacji w basenie Morza Śródziemnego. Przez cały seans zastanawiałem się, kto został zatrudniony na operatora. Bo Szwed Ludwig Goransson ze swoją partyturą dorównał akurat najlepszym soundtrackom Niemca Hansa Zimmera.

Warto więc było wyprawić się na kolejną „Odyseją”. I przy okazji zignorować wszystkie kontrowersje wokół filmu. Czego i wam radzę.


Reż. Christopher Nolan

Czas trwania: 175 min

Gatunek: przygodowy

Tytuł oryg. „The Odyssey

wtorek, 21 lipca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. Chociaż wracamy ze słonecznej Grecji, nie porzucamy wakacyjnego klimatu. Na dobrą sprawę dopiero się rozkręcamy. W tym odcinku muzycznej podróży w czasie wizytujemy Szwecję lat 2000, gdy wydając swój album „FINALLY” debiutowała piosenkarka o pseudonimie Velvet. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Velvet (a właściwie Jenny Marielle Pettersson) została odkryta przez szwedzką wytwórnię Bonnier Amigo w 2005 roku, z którą podpisała kontrakt. Wybrała pseudonim Velvet po tym, jak jej wytwórnia płytowa zasugerowała kilka innych nazw, które nie przypadły jej do gustu.

Bardzo szybko ukazał się jego pierwszy singiel „Rock Down to (Electric Avenue)”, który stał się hitem zarówno w jego ojczyźnie, jak i w niektórych krajach sąsiednich. Drugi singiel, „Don't Stop Movin'”, również odniósł znaczny sukces i został promowany trasą koncertową.

W 2006 roku Velvet wzięła udział w Melodifestivalen, aby reprezentować Szwecję w Konkursie Piosenki Eurowizji, ale nie została wybrana, przegrywając z Caroliną. Tam zaśpiewała swój nowy utwór „Mi Amore”. Utwór osiągnął również dobre pozycje na listach przebojów w Polsce, na Węgrzech, w Grecji i we Włoszech.


UTWORY PROMUJĄCE

Na pierwszy utwór promujący debiutancki krążek Velvet wybrała singiel „Rock Down To (Electric Avenue)[nr 2; wykorzystujący refren utworu „Electric Avenue” Eddy’ego Granta] wydany 13 kwietnia 2005 roku, który stał się wielkim hitem w Szwecji i na świecie. Singiel, nadal często grany w klubach w całej Szwecji, przez 22 tygodnie utrzymywał się na pierwszym miejscu szwedzkiej listy przebojów tanecznych. Jej kolejny singiel, „Don't Stop Movin'[nr 10], został wydany 19 sierpnia tego samego roku.

Kolejny utwór, dynamiczne „Mi Amore” [nr 3] wydano 16 marca 2006 roku. Szybko stał się hitem i odniósł ogromny sukces na arenie międzynarodowej, zdobywając tytuł Piosenki Roku 2006 w Bułgarii. Utwór utrzymywał się na wysokich miejscach list przebojów w Rosji, Polsce, na Węgrzech, w Grecji i we Włoszech. Czwarty utwór promujący, „Fix Me” [nr 13; reedycja] został wydany 3 lutego 2007 roku pojawił się na specjalnej edycji płyty Velvet. Utwór nie osiągnął tak wysokiego miejsca na listach przebojów jak poprzednie single Velvet w Polsce, ale za to odniósł duży sukces w Stanach Zjednoczonych, osiągając 14. miejsce.


PREMIERA I SUKCES

Album Velvet został wydany 7 sierpnia 2006 roku. Z miejsca zyskał popularność wśród słuchaczy i doczekał się reedycji, którą promowała wspomniana piosenka „Fix Me”. Poza karierą wokalną, Velvet pracowała też jako producentka kilku gal bożonarodzeniowych w Szwecji, gdzie również brała udział jako artystka.


link: https://music.apple.com/gb/album/finally/337808172


poniedziałek, 20 lipca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


WOLFGANG PETERSEN : GATUNKOWY WIZJONER


Cześć wszystkim. W tym odcinku przybliżę sylwetkę nieżyjącego już niemieckiego reżysera Wolfganga Petersena, który niewątpliwie przysłużył się kinu gatunkowemu. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Wolfgang Petersen urodził się 14 marca 1941 roku w północnym mieście portowym Emden, zaledwie kilka mil od Holandii, jako syn oficera marynarki wojennej. W latach 1953–1960 Petersen uczęszczał do Gelehrtenschule des Johanneums w Hamburgu.

Swoje pierwsze filmy nakręcił kamerą 8 mm jeszcze w szkole. W l. 60. reżyserował sztuki w hamburskim Ernst Deutsch Theater. Po studiach teatralnych w Berlinie i Hamburgu Petersen studiował w berlińskiej Akademii Filmowej i Telewizyjnej (1966–1970).


KARIERA

Na początku swej kariery Wolfgang Petersen szlifował swój styl w telewizji. W 1965 r. nakręcił czarno-biały film telewizyjny „Miasto na szczudłach”. Reżyserował także filmy krótkometrażowe, np. „Czerwony sztandar” (1968), „Nie ja” (1969) i „Jeden z nas dwóch” (1969). Następnie nakręcił dramat „Zabiję cię, Wolf” (1971) z Wolfem Rothem w roli głównej. W l. 1971–1977 wyreżyserował sześć odcinków serialu kryminalnego „Tatort”, emitowanego na kanale ARD, do którego napisał również scenariusz. Za reżyserię thrillera akcji „Któryś z nas” (1974) z Jürgenem Prochnowem w roli głównej otrzymał Niemiecką Nagrodę Filmową dla najlepszego nowego reżysera. Jego kolejny film, dramat „The Consequence” (1977), poruszał temat homoseksualizmu i wywołał skandal, gdy BR odmówiło emisji filmu na ARD, co ostatecznie doprowadziło do premiery kinowej.

Po międzynarodowym sukcesie dramatu wojennego „OKRĘT” (1981), Petersen zyskał znaczącą pozycję w Hollywood. Zanim jednak wyemigrował do Los Angeles w 1986 roku, wyreżyserował w Niemczech kolejny hit kasowy, który do dziś cieszy się statusem kultowego – anglojęzyczny film fantasy „NIEKOŃCZĄCA SIĘ OPOWIEŚĆ” (1983), oparty na powieści młodzieżowej autorstwa Michaela Endego, za który otrzymał nagrodę Bambi. Za pośrednictwem własnej firmy producenckiej Radian Productions, we współpracy z Amerykanami, nakręcił dramat SF „MÓJ WŁASNY WRÓG” (1985), który był nominowany do nagrody Saturn w kategorii najlepszy film science fiction oraz do nagrody Hugo w kategorii najlepsza prezentacja dramatyczna.

Passa szczęścia reżysera trwała w kolejnej dekadzie. Nakręcił kryminał „OKRUCHY WSPOMNIEŃ” (1991) z Tomem Berengerem, Gretą Scacchi, Bobem Hoskinsem, Joanne Whalley-Kilmer i Corbinem Bernsenem. Jego film akcji „NA LINII WROGA” (1993) z Johnem Malkovichem i Clintem Eastwoodem w rolach głównych odniósł ogromny sukces kasowy. To samo można powiedzieć o dramacie akcji „EPIDEMIA” (1995) z Dustinem Hoffmanem, Rene Russo i Morganem Freemanem, który zdobył nagrodę Bambi. „AIR FORCE ONE” (1997) z Harrisonem Fordem też odniósł sukces kasowy, za który otrzymał nagrodę Bambi dla najlepszego reżysera.


STYL

Wolfgang Petersen obracał się w niejednym gatunku filmowym, których wspólnym motywem jest chęć przetrwania, spektakularne katastrofy i klaustrofobiczne napięcie. Najlepiej czuł się w wielkich, wysokobudżetowych widowiskach. Bliskie mu było kino gatunkowe. Reżyser rozpoczynając swoją karierę, postawił na innowacyjność na ekranie, której pozostał wierny do końca swojej kariery.


SZUKAJĄC MIEJSCA W NOWYM TYSIĄCLECIU

W l. 2000 wyraźnie szukał swojego miejsca w amerykańskim kinie, a jego filmy z tamtej dekady nie odnosiły takich sukcesów jak w l. 90. Jeszcze wstrząsający, oparty na faktach, dramat „GNIEW OCEANU” (2000) spotkał się z ogromnym uznaniem. Proponowano mu swego czasu reżyserię „Sumy wszystkich strachów” (ostatecznie nakręconej Jednak późniejsza „TROJA” (2004), choć w gwiazdorskiej obsadzie i z sukcesem frekwencyjnym, zebrała mieszane opinie krytyków (większość z nich zarzucała reżyserowi nieścisłości historyczne i nietrzymanie się fabuły „Iliady”, którą film był inspirowany). Niewiele lepiej poszło z „POSEJDONEM” (2006), remakiem katastroficznego filmu z l. 70 „Tragedia Posejdona”, o którym krytyka pisała żartobliwie że jest „trzecią częścią morskiej trylogii Petersena” (w skład której miałyby wchodzić jego filmy „Okręt” i „Gniew oceanu”).

Rozgoryczony niepowodzeniami zza Oceanem, Petersen wrócił do Niemiec, w których nakręcił pierwszy od czasu „Okrętu” film w ojczystym języku. Tym filmem była komedia kryminalna z 2016 roku. „Napad na bank” z Tilem Schweigerem będący, co ciekawe, autorskim remakiem jego wcześniejszego telewizyjnego filmu (niemieckojęzycznego) z lat 70: „Vier gegen die Bank” z Haraldem Leipnitzem w roli głównej. Nie porzucił kontaktu ze Stanami Zjednoczonymi, choć już nic nie nakręcił. Wolfgang Petersen zmarł 12 sierpnia 2022 r. w wieku 81 lat na raka trzustki w swoim domu w Brentwood w Los Angeles.



Wolfganga Petersena warto docenić za spektakularne, wysokobudżetowe (niezależnie w jakiej dekadzie powstałych) widowiska – od fantasy po kino sensacyjne i katastroficzne – w gwiazdorskiej obsadzie.


link: https://www.filmweb.pl/person/Wolfgang+Petersen-383

sobota, 18 lipca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Tym razem zapraszam was w podróż do lat 80, by dla nadania romantycznego, letniego wieczoru zapoznać się z historią piosenki „NOTHING GONNA CHANGE MY LOVE FOR YOU” Glenna Medeirosa. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Chociaż piosenka nierozerwalnie kojarzy się z młodziutkim wówczas Glennem Medeirosem (który miał wtedy 17 lat), oryginalną wersję dwa lata wcześniej nagrał George Benson.


https://youtu.be/Qy7z_oiN6nQ?si=BOWValCBinBrzTps


Piosenka napisana została przez kompozytora Michaela Massera i tekściarza Gerry'ego Goffina. Za piosenkę odpowiadał współautor Michael Masser i ukazała się jako singel w Europie dopiero w 1985 roku.

Jednak to wersja Glenna Medeirosa najbardziej zapisała się w pamięci słuchaczy. Pierwotnie Medeiros wydał swoją wersję w małej, niezależnej wytwórni w 1986 roku, po wygraniu „Brown Bags to Stardom”, lokalnego konkursu talentów radiowych w radiu KIKI, w swoim rodzinnym Honolulu. Jay Stone, dyrektor programowy i przyszły producent piosenki, przekonał Medeirosa do nagrania jej i wydania jako swojego pierwszego utworu, ponieważ „The Greatest Love of All” Bensona, kolejna kompozycja Michaela Massera, była hitem numer jeden. 

Guy Zapoleon, dyrektor programowy KZZP w Phoenix, był na wakacjach w Honolulu, gdzie jego przyjaciel Jay Stone poprosił go o wysłuchanie piosenki w KIKI. Zapoleonowi bardzo spodobała się ta piosenka i zabrał ją z powrotem do Phoenix, gdzie zadebiutowała na antenie KZZP w październiku 1986 roku. Do stycznia 1987 roku piosenka przez cztery tygodnie zajmowała 2. miejsce na listach przebojów, a następnie, dzięki poczcie pantoflowej wśród innych dyrektorów programowych, jej emisja rozprzestrzeniła się na inne stacje, które osiągnęły dzięki niej miejsca w pierwszej piątce, a do czerwca 1987 roku piosenka stała się ogólnokrajowym hitem.


ANALIZA

Wykonanie Glenna Medeirosa zostało wydane latem 1987 roku - trudno o bardziej nastrojowy czas na wyznanie miłości i pokazanie głębokiego uczucia do drugiej osoby. Niezależnie o której wersji „Nothing’s Gonna Change My Love for You” mówimy, piosenka jest wyznaniem głębokiej miłości i zapewnieniem zakochanego podmiotu lirycznego, że dla ukochanej osoby zrobi dosłownie wszystko - choćby wskoczy w ogień. Nic dla niego nie jest ważniejsze, poza miłością do drugiej osoby. 


PREMIERA I SUKCES

Wersja Medeirosa okazała się murowanym hitem, zajmując szczyty list przebojów w krajach europejskich (Francja, Irlandia, Holandia, Hiszpania, Wielka Brytania) oraz w Kanadzie. Sukces w tych krajach sprawił, że wersja Medeirosa otrzymała certyfikat złotej płyty. 

Popularność „Nothing’s Gonna Change My Love for You” sprawila, że wykorzystano ją w wielu serialach. Piosenka pojawiła się w odcinku amerykańskiej opery mydlanej „Days of Our Lives” z końca 1987 roku. Została również wykorzystana w odcinku „Santa Barbara” z 1989 roku. Piosenka osiągnęła nr 1 w czerwcu 1988 roku w Wielkiej Brytanii i utrzymywała się na szczycie przez cztery tygodnie. 

W 2009 roku piosenka została wykorzystana we Francji w reklamie telewizyjnej gąbek Spontex. Piosenka została dodatkowo wykorzystana w reklamie Thinkbox w Wielkiej Brytanii w 2015 roku. W tym samym roku piosenkę wykorzystano w odcinku brytyjskiej opery mydlanej „Coronation Street”, w którym postacie Beth Tinker i Kirk Sutherland wzięli ślub.


link: https://youtu.be/mUg5aEy-8CQ?si=zK3YZPu5v5casnWT 


TŁUMACZENIE


Glenn Medeiros 


„NIC NIE ZMIENI MEJ MIŁOŚCI DO CIEBIE”

tytuł oryg. „Nothing’s Gonna Change My Love for You”


Gdybym musiał przeżyć życie bez ciebie u boku

Dni byłyby puste

Noce wydawałyby się takie długie, z tobą widzę wieczność

Och, tak wyraźnie, mogłem być zakochany wcześniej

Ale nigdy nie czułem tego tak mocno


Nasze marzenia są młode i oboje wiemy,

Zaprowadzą nas tam, dokąd chcemy iść

Przytul mnie teraz

Dotknij mnie teraz

Nie chcę żyć bez ciebie


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Jednego możesz być pewna:

Nigdy nie poproszę o nic więcej niż twoją miłość


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Świat może zmienić całe moje życie, ale

Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie


Jeśli droga przede mną nie jest taka łatwa

Nasza miłość wskaże nam drogę

Jak gwiazda przewodnia

Będę przy tobie, jeśli będziesz mnie potrzebować

Nie musisz niczego zmieniać

Kocham cię dokładnie takiego, jakim jesteś  są


Więc chodź ze mną i podziel się tym widokiem

Pomogę ci też zobaczyć wieczność

Przytul mnie teraz

Dotknij mnie teraz

Nie chcę żyć bez ciebie


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Jednego możesz być pewna:

Nigdy nie poproszę o nic więcej niż twoją miłość


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Świat może zmienić całe moje życie, ale

Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Jednego możesz być pewna:

Nigdy nie poproszę o nic więcej niż twoją miłość


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Jednego możesz być pewna:

Nigdy nie poproszę o nic więcej niż twoją miłość


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Świat może zmienić całe moje życie, ale

Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie


Nic nie zmieni mojej miłości do ciebie

Powinnaś już wiedzieć, jak bardzo cię kocham

Jednego możesz być pewna:

Nigdy nie poproszę o nic więcej niż twoją miłość