czwartek, 23 kwietnia 2026


ZAPOWIADA SIĘ HORROR W FILMOWYM UNIWERSUM DC.

TEASER "CLAYFACE'A" JUŻ W SIECI.


Marcin Klimczuk.


Czyżby zapowiadał się pierwszy horror w filmowym uniwersum DC Comics kreowanym przez Jamesa Gunna? W sieci pojawił się pierwszy teaser filmu "Clayface", do którego scenariusz napisał Mike Flanagan (choć nie on sam będzie reżyserem). Ze zwiastunu można wywnioskować, że czeka nas body horror w stylu Davida Cronenberga.

Niżej zamieszczam link z informacją o teaserze "Clayface'a" z samym teaserem. Czekacie?

https://www.filmweb.pl/news/DC+Studios+przedstawia+zwiastun+komiksowego+horroru+%22Clayface%22-166242


Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Na wspomnienie tematu, chciało by się powiedzieć: MEMY, memy wszędzie” (kto w tym momencie ma w oczach Buzza Astrala i Chudego z „Toy Story”, ręka w górę). Memy faktycznie są wszechobecne i to nie tylko jako zwykle obrazki, bo mogą się nimi okazać również piosenki. Przygotowałem dla was osiem przykładów. Słuchawki na uszy i zaczynamy.


8, „Shooting Stars” Bag Raiders

Memiczna piosenka, tak jak memiczny obrazek, ma charakter prześmiewczy. Dobrze to obrazuje mem z utworem „Shooting Stars” duetu Bag Raiders. Utwór znalazł się na EP-ce zespołu, „Turbo Love”, która ukazała się w 2008 r, a drugą młodość zawdzięcza scenkom, w których ktoś zostaje wyrzucony w powietrze lub skacze - niby tak wysoko, że dociera do galaktyki. Podobną funkcję pełni hit R Kelly’ego z lat 90 „I Believe I Can Fly” wykorzystywany w scenkach gdy ktoś zostaje wyrzucony w powietrze w slow motion - tu pomocne okazują się same słowa piosenki.

  omawiana piosenka: https://youtu.be/feA64wXhbjo?si=5Ub9ME1NZ0aeE-dH 

  omawiany mem-piosenka: https://youtu.be/EaPKJ1dqhok?si=2En1ZdJjVFcvbE3Y 

Czym byłyby memy bez „Władcy Pierścieni”? Po prostu niczym. Nic dziwnego, że zrobiły furorę także audiowizualnie. Wszystko dzięki dwóm, niekoniecznie tolkienowskim, kompozycjom.

7, „I am Glad, cause I’m Finally Returning Back Home" Eduarda Khila/„Carless Whisper” George’a Michaela

Pierwszy z dwóch utworów powszechnie jest znany jako „Trolololo”. I w tym momencie wszystko powinno być już dla was jasne, zwłaszcza gdy w scenie pertraktacji z jedną z postaci z reżyserskiej wersji „Władcy Pierścieni: Powrotu Króla” wyskakuje wesoło jodłujący Saruman Biały (rozumiem, że Christopher Lee miał zapędy wokalne, ale nie sądziłem że aż tak…). Druga piosenka-mem wykorzystuje plotkę jakoby Frodo Bagginsa i Sama Gamgee łączyła o wiele silniejsza relacja (fakt, że „Carless Whisper” wykonuje George Michael powinien podkreślić wykorzystanie).

  omawiana piosenka (1): https://youtu.be/xsveiPJcxlE?si=x_c5AU3QTTv2wON5 

  omawiany mem piosenka (1): https://youtu.be/KaqC5FnvAEc?si=L4BRaBtapSH2tMl5 

  omawiana piosenka (2): https://youtu.be/izGwDsrQ1eQ?si=CRrItqunoshQ2ZR1 

  omawiany mem-piosenka (2): https://youtu.be/dys_i4O8Hvk?si=ujUPKVa87M0uMCs2 

Christopher Lee niewątpliwie talent muzyczny posiadał talent muzyczny. To co dopiero Terry Crews wykonujący piosenkę Vanessy Carlton „A Thousand Miles”.

6, „A Thousand Miles” Vanessy Carlton

Omawiana scena, która stała się memem, pochodzi z trzeciorzędnej komedii sensacyjnej braci Wayans „Agenci bardzo specjalni”. Choć sam film do rewelacyjnych nie należy, scena wokalna z Terrym Crewsem należy do najlepszych. Przy okazji pokazała, że zwykła scena filmowa, w której aktorzy wykonują znane piosenki może się sprawdzić jako mem. Najlepiej to było widać w scenie z komedii sensacyjnej „Cztery lwy” z 2010 r., w której trzech złodziejaszków podśpiewuje w rytmie „Dancing in the Moonlight” Toploader, a czwarty z nich gapi się na nich jak na wariatów.

  omawiana piosenka: https://youtu.be/Cwkej79U3ek?si=6Ml2my_anDJsmTEZ 

  omawiany mem-piosenka: https://youtu.be/ctDkpNPjZac?si=hgLMKpth4SeRuKaw 

Skoro mem - nawet w formie piosenki - ma pełnić formę żartu, za pewne żaden nie spełnił swojego zadania lepiej niż utwór „Never Gonna Give You Up” Ricka Astleya.

5, „Never Gonna Give You Up” Ricka Astleya

Powszechnie o kimś bardzo popularnym, niemal celebrycie, mówi się że jest go tak dosłownie wszędzie, że praktycznie mógłby wyskoczyć z otwartej lodówki. Podobną formę pełni mem z piosenką Ricka Astleya. Nie chodzi w nim, co prawda, o to że Astley był popularny (jak dla mnie to powinien być synonim obciachu), ale o rodzaj komediowego suspensu. Gdy wydaje się, że zaraz, za moment, nastąpi jakiś zwrot akcji, nagle (niczym Tomasz Karolak z lodówki) wyskakuje lekko kołyszący biodrami rudzielec. Normalnie, można oszaleć… 

  omawiana piosenka: https://youtu.be/dQw4w9WgXcQ?si=gg1GiwDJNHdePLcy 

  omawiany mem-piosenka: https://youtu.be/N8belcUA4hk?si=aUNYJtlfYdsE_29g 

A jeśli potrzebujemy piosenki, która zwieńczy pełną emocji scenę, wystarczy telefon do chłopaków z Linkin Park. 

4, „What I’ve Done” Linkin Park

Wydany w 2007 roku utwór „What I’ve Done” zespołu Linkin Park promował pierwszą część „Transformers”. W finale filmu tubalny głos Optimusa wygłasza podniosłą frazę: „I'm sending a message to the other Autobots. We're here. We're waiting.”. I w tym momencie pojawiają się napisy końcowe. Podobnie prezentują się memy z piosenką: nie ważne, czy ktoś przynosi kota, czy ktoś jest gotowy do akcji po długich przygotowaniach, zawsze wyskakują napisy „Transformersów”, a z głośników pobrzmiewa głos nieodżałowanego Chestera Benningtona.

  omawiana piosenka: https://youtu.be/8sgycukafqQ?si=IdwxhwJrvKx_0IBw 

  omawiany mem-piosenka: https://youtu.be/qDM7ypXPI20?si=-oOoX80F_KdpYDUa 

Podium zajęły najbardziej rozpoznawalne memiczne piosenki. Na trzecim miejscu nie tyle piosenka per se, co temat główny pewnego serialu, niemniej jednak memiczny.

3, „X-Files” main theme Marka Snowa

Mroczny i niepokojący muzyczny temat przewodni kultowego serialu z lat 90, skomponowany przez nieodżałowanego Marka Snowa, przeszedł do historii telewizji. I, jak widać, zakorzenił się też mocno w popkulturze. Ponieważ w serialu „Z archiwum X” podejmowano motyw spiskowych teorii, muzykę Snowa zaczęto kojarzyć z tajemniczymi organizacjami typu Illuminati. Jednak przede wszystkim temat główny z serialu „Z archiwum X” znalazł swoje użycie w sytuacji gdy działo się coś, co trudno było wyjaśnić. Tak jak sprawy prowadzone przez Muldera i Scully.

  omawiana piosenka: https://youtu.be/OHuuZfVvbIg?si=ZtvKmM7WjXn4SXqE 

  omawiany mem-piosenka: https://youtu.be/xvI0PkI0oOw?si=ucajIfzwtXiTtOxP 

Niepokojące brzmienie to nie wszystko. Dobry mem z piosenką powinna również przejawiać się czarnym humorem. Tak jak temat endingu z anime „Jojo’s Bizarre Adventures” pt. „Roundabout”.

2, „Roundabout” Yes

Nawet jeśli mangowo-animowi laicy nie kojarzą serialu „Jojo’s Bizarre Adventures”, na pewno zetknęli się z samą melodią z pierwszego endingu. Tym bardziej, że kompozycja powstała znacznie wcześniej niż anime (o mandze nie wspominając). Utwór „Roundabout” został nagrany w 1972 r. przez brytyjską grupę Yes, ale drugą młodość przeżył po premierze pierwszego sezonu „Jojo’s Bizarre Adventures” gdy pojawia się po tradycyjnych w anime cliffhangerach pod koniec odcinków. Autorzy memicznych piosenek wzięli sobie od autorów anime przykład.

  omawiana piosenka: https://youtu.be/cKr46XveL6w?si=b6h_An-5QH-evx9y 

  omawiany mem-piosenka: https://youtu.be/GODTzPnVSeM?si=-emVoItGSuXNAkEc 

Gdy jednak mówimy o piosence-memie o ponurym brzmieniu, których wykorzystanie objawia się czarnym humorem, to do głowy przychodzi jeden przykład.

1, „Sound of Silence” Simona & Garfunkela

Witaj Ciemności, stary druhu/Przybyłem pogadać znów”. Rzewna melodia, słowa wyciskające łzy. Ogólnie, przygnębiająca piosenka zwykle śpiewana w spokojny sposób (choć dużą furorę robią głośno śpiewane covery, np grupy Disturbed). Nic dziwnego, że hit Simona & Garfunkela, nagrany 1964 r., przeżył młodość dzięki memom. Używany jest w charakterze czarnego humoru w jakiejś ponurej sytuacji (ktoś zajada coś smaczniejszego i nie chce się podzielić; ktoś uległ wypadkowi, z którego najpewniej nie wyszedł cało itd).  Trudno o bardziej odpowiedni podkład muzyczny.

  omawiana piosenka: https://youtu.be/6ukmjBSQY-c?si=EXAztjBjSET-VGV4 

  omawiany mem-piosenka: https://youtu.be/IL2jOKu7LGg?si=tLXzety62H1qpse7 


To była moja lista piosenek-memów. Przykładów takich memicznych piosenek jest, oczywiście, o wiele więcej, tak więc śmiało podawajcie swoje typy, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


DAN SIMMONS : GATUNKOWY EKLEKTYZM


Cześć wszystkim. W kolejnym odcinku poniedziałkowego cyklu przybliżę sylwetkę niedawno zmarłego jednego z najpopularniejszym autorów książek fantasy i SF, czyli Dana Simmonsa. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Urodzony w Peorii w stanie Illinois 4 kwietnia 1948 roku, Simmons zaczął pisać opowiadania już jako dziecko, mając na celu oczarowanie odbiorców swoimi opowieściami. W 1970 roku uzyskał licencjat z języka angielskiego na Wabash College, a w 1971 roku obronił tytuł magistra pedagogiki na Washington University w St. Louis.

Simmons wkrótce zaczął pisać opowiadania, choć jego kariera nabrała rozpędu dopiero w 1982 r., kiedy to, dzięki pomocy Harlana Ellisona (autora opowiadania „Nie mam ust, a muszę krzyczeć”), Simmons został zaproszony na warsztaty w Milford, które Ellison uważał za „najlepsze warsztaty pisania SF na świecie”. Simmons uważał Ellisona za mentora, przyjaciela i powód, dla którego poświęcił się pisaniu na pełen etat.


KARIERA 

Zadebiutował powieścią inspirowaną kulturą i mitologią hinduską pt. „PIEŚŃ BOGINI KALI”, która z miejsca stała się bestsellerem. Cztery lata potem rozpoczął pracę nad czteroksiągiem „HYPERION CANTOS”, w skład którego z początku weszły dwa tomy: „Hyperion” (1989) i „Upadek Hyperiona” (1990). W tym samym roku co „Hyperion”, Simmons wydał również inny znany swój standalone: liczącą aż 1140 stron, inspirowaną historią II wojny światowej, „TRUPIĄ OTUCHĘ”.

W l. 90 Simmons zainaugurował kolejny cykl, tym razem grozy, pt. „SEASONS OF HORROR”. W 1991 roku opublikował pierwszy tom pt. „Letnia noc” (w nowym tłumaczeniu od Vesper: „Lato nocy”). Dwa kolejne tomy: „Dzieci nocy” i „Eden w ogniu”, wyszły w latach 1992-1994. Nim jednak Simmons napisał kolejne części, wrócił do cyklu „Hyperion Cantos” publikując tomy: „Endymion” i „Triumf Endymiona”. Dopiero w l. 2000-2003 wyszły dwa ostatnie tomy „Seasons of Horror” (oba przetłumaczone na polski): „Ostrze Darwina” i „Zimowe przesilenie”.

Początek XXI wieku również okazał się owocny dla Simmonsa, który nie tylko zadebiutował jako autor kryminałów (publikowanych pod pseudonimem Joe Kurtz), ale również opublikował dylogię science fiction „ILION/OLIMP” (2003-2005) inspirowaną mitami o wojnie trojańskiej oraz dwie głośne standalonowe powieści: „TERROR” (2007) i „DROOD” (2009).


STYL

Simmons należy do nielicznego grona pisarzy, którzy nie trzymają się jednego ściśle określonego nurtu literackiego, lecz z równą swobodą piszą książki w różnych gatunkach. W jego bogatym dorobku można znaleźć nie tylko fantasy i science fiction, ale też historical fiction czy kryminały. Simmons nie tylko przetwarzał znane historie (jak „Iliadę” w powieści SF „Ilion”, albo „Opowieści kanterberyjskie” w „Hyperionie”), ale również książki znanych pisarzy („Drood” będący wariacją na temat ostatniej powieści Charlesa Dickensa, „Tajemnica Edwina Drooda”) czy fakty historyczne („Terror” inspirowany historią autentycznej wyprawy na biegun południowy dwóch statków: HMS „Erebus” i HMS „Terror”, której uczestnicy zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach).


PÓŹNIEJSZE TYTUŁY 

Dwie kolejne pozycje nie zostały jak dotąd przełożone na język polski. Pierwszy z nich nosi tytuł „Black Hills” i został wydany w 2010 r. Drugi to powieść science fiction „Flashback” wydana w 2011 roku. Na język polski przełożono za to dwie ostatnie książki Simmonsa: historical fiction „ABOMINACJA” (2013) i „CZWARTY KIER” (2015). Na 2025 r. planowana była premiera kolejnej powieści Dana Simmonsa, której tytuł miał brzmieć „Omega Canyon”. 

Dan Simmons zmarł 21 lutego 2026 roku w wieku 77 lat w Longmont w stanie Kolorado w wyniku powikłań po udarze.



Za co warto docenić Dana Simmonsa? Czerpiąc garściami z klasyków literatury, pisarz lawirował między różnymi gatunkami literackimi. Jego powieści to wariacje na temat klasyki: autorów („Drood”), wydarzeń historycznych („Terror”) czy dzieł literackich („Ilion”). Wpisując fabuły znanych dzieł w konwencje horroru, fantasy, czy science fiction, tworzył dzięki temu arcydzieła współczesnej fantastyki.


link: https://lubimyczytac.pl/autor/3238/dan-simmons 

sobota, 18 kwietnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. W tym odcinku sobotniego cyklu przeniesiemy się do lat 90, by zapoznać się z historią i analizą piosenki zespołu Garbage: „THE WORLD IS NOT ENOUGH”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Autorami napisanej pod koniec 1998 roku piosenki „The World Is Not Enough” są Don Black (który współprodukował takie bondowskie szlagiery jak „Diamonds Are Forever” Shirley Bassey czy „Thunderbolts” Toma Jonesa) i David Arnold (kompozytor innych bondowskich piosenek: „Tomorrow Never Dies” Sheryl Crow i „You Know My Name” Chrisa Cornwella z „Casino Royale”). Piosenka powstawała w bardzo trudnych warunkach, choć z początku nic na to nie wskazywało. We wrześniu 1998 roku David Arnold został wybrany na kompozytora 19 filmu o przygodach Jamesa Bonda. Dwa miesiące później wraz z Donem Blackiem dyskutowali nad kształtem promującego film utworu przewodniego. Arnold powiedział później „że złączył ze sobą kilka nutek i kiedy nagle wyłoniła się z tego piosenka pomyślał, że to musi być to”. Do końca roku powstał tekst i skomponowano większość muzyki, brakowało już tylko mostku – krótkiej sekcji w środku piosenki. 

Michaelowi G Wilsonowi i Barbarze Broccolli zależało na jak najszybszym ukończeniu piosenki, bowiem jej fragmenty miały być wykorzystane w przewodnim motywie muzycznym. Michael Apted, reżyser filmu, również włączył się w ponaglanie wskazując że taka szybka promocja utworu przewodniego sprawdziła się w przypadku „Nobody Does Matter” promującego film „Szpieg, który mnie kochał”. Pracujący gorączkowo Arnold puścił producentom demo piosenki w styczniu 1999 roku i spotkał się z pozytywnym przyjęciem. Jednak wytwórnia początkowo nie była przekonana do kompozycji przyrównując ją do zwykłej ballady. Arnold za namową MGM musiał przerobić linię melodyjną.

Następnie spotkał się z wokalistką Garbage, Shirley Manson, w Londynie w styczniu 1999 roku i zadzwonił do niej tydzień później, aby oficjalnie zaproponować jej występ na kolejnym singlu do filmu o Bondzie. Arnold wysłał zespołowi demo piosenki „The World Is Not Enough” rano, przed ich wyprzedanym występem na londyńskiej Wembley Arena 20 stycznia 1999 roku. Jednak członkowie Garbage byli na europejskiej trasie koncertowej i nie mogli znaleźć czasu, by nagrać i wyprodukować piosenkę. Koncert w Lizbonie 18 lipca 1999 roku zaplanowano w taki sposób, aby zespół skończył wcześniej i mógł udać się do Metropolis Studios w Londynie i nagrać kompozycję z sześćdziesięcioosobową orkiestrą Arnolda, a następnego dnia polecieć do Six-Four-les-Plages we Francji, żeby kontynuować trasę koncertową.

W czasie rozmowy z sierpnia 1999 r. w studiu nagraniowym, Shirley Manson powiedziała dziennikarzom, że skomponowanie piosenki do filmu o Bondzie zawsze było wielkim marzeniem zespołu Garbage. Jeżeli jednak historia powstania piosenki „The World Is Not Enough” nie jest wystarczająco dramatyczna, to dodam że zespół Garbage nie pojawił się na premierze filmu, ponieważ występował wtedy w Tucson w Arizonie, podczas przerwy w trasie koncertowej. Mimo to ich wkład i tak został doceniony, ponieważ, jak powiedział perkusista zespołu Butch Vig, 


„Nie byliśmy w stanie przyjechać, ponieważ byliśmy wtedy w trasie koncertowej, ale obejrzeliśmy film w Tucson w pierwszym tygodniu wyświetlania, w kinie ze zwyczajną widownią. Po seansie około pięćset dzieciaków czekało na nas przed kinem i prosiło o autografy, więc mieliśmy własną małą premierę”.


ANALIZA

Piosenka Garbage została utrzymana w typowo bondowskiej stylistyce, dzięki której właściwie już po pierwszej nutce można poznać, z jakiej franczyzy pochodzi. Także pod względem tekstu można wyczuć bondowskie schematy. Utwór opowiada o femme fatale, kobiecie wiodącej mężczyzn na pokuszenie by po chwili ich zniszczyć. Dodatkowego znaczenia piosenka nabiera również dzięki klimatycznemu teledyskowi, w którym Shirley Manson odgrywa postać androida-femme fatale. 


PREMIERA I SUKCES

Również wydanie singla odbywało się w trudnych warunkach. W Ameryce Północnej Radioactive dystrybuowało obie wersje utworu „The World Is Not Enough” do stacji radiowych AAA, grających muzykę alternatywną, modern adult i modern rock 4 października 1999 roku. Pierwotnie planowano premierę tydzień później, ale datę przyspieszono, gdy stacja w Los Angeles nadała zgrany, niskiej jakości plik MP3 remiksu „Chilled Out”, który wcześniej krążył w sieciach wymiany plików. Wydanie singla zbiegło się z powrotem zespołu Garbage do Ameryki Północnej, aby zagrać główną rolę w sponsorowanej przez MTV trasie Campus Invasion Tour. Zespół zaprezentował „The World Is Not Enough” 20 października podczas koncertu na Uniwersytecie w Denver. 1 listopada zespół Garbage wykonał utwór na żywo w programie Late Show with David Letterman.

Pod koniec listopada 1999 roku „The World Is Not Enough” zadebiutował na trzecim miejscu na Islandii, osiągając pierwsze miejsce w następnym tygodniu. W Szwecji zadebiutował na 54. miejscu, w Norwegii na siódmym miejscu, a w Finlandii na 10. miejscu, gdzie w drugim tygodniu osiągnął siódme miejsce. W Holandii singiel zadebiutował na 74. miejscu, a dwa tygodnie później awansował na 48. miejsce. Utwór zadebiutował na 55. miejscu listy przebojów we Francji i na 12. miejscu w belgijskiej Walonii. W grudniu zadebiutował na 40. miejscu w Austrii, utrzymując się tam przez cztery tygodnie. W Szwajcarii zadebiutował na 22. miejscu, a cztery tygodnie później, na początku stycznia 2000 roku, awansował na 16. miejsce. Pod koniec grudnia utwór zadebiutował na 18. miejscu we Włoszech, a w lutym 2000 roku osiągnął szóste miejsce. Również w grudniu utwór „The World Is Not Enough” osiągnął 38. miejsce w Niemczech i 12. miejsce w Hiszpanii.


link: https://youtu.be/JBrz-5ai1mo?si=Cpo7JRlLilL9MMr8


TŁUMACZENIE


Garbage


„ŚWIAT TO ZA MAŁO”

tytuł oryg. „The World Is Not Enough”


Wiem, jak ranić

Wiem, jak leczyć

Wiem, co pokazać

A co ukryć

Wiem, kiedy mówić

I wiem, kiedy dotykać

Nikt nigdy nie umarł

Z pragnienia zbyt wiele


Świat to za mało

Ale to idealne miejsce, żeby zacząć,

Moja miłość

I jeśli jesteś wystarczająco silna

Razem możemy rozwalić świat,

Moja miłość


Ludzie tacy jak my

Wiedzą, jak przetrwać

Nie ma sensu żyć

Jeśli nie czujesz się żywy

Wiemy, kiedy całować

I wiemy, kiedy zabijać

Jeśli nie możemy mieć wszystkiego

To nikt nie będzie miał


Świat to za mało

Ale to idealne miejsce, żeby zacząć,

Moja miłość

I jeśli jesteś wystarczająco silna

Razem możemy rozwalić świat,

Moja miłość


Czuję się bezpiecznie

Czuję się przestraszona

Czuję się gotowa

A jednak nieprzygotowana


Świat to za mało

Ale to idealne miejsce, żeby zacząć,

Moja miłość

I jeśli jesteś  wystarczająco silni

Razem możemy rozwalić świat,

Moja miłość


Świat to za mało!

Świat to za mało!

Nie, to zdecydowanie za mało!

Świat to za mało!

piątek, 17 kwietnia 2026

PROJEKT HAIL MARY *****

Od momentu wydania „Marsjanina”, programista i inżynier informatyki Andy Weir stał się jednym z najbardziej topowych pisarzy science fiction. Sytuacja jeszcze bardziej wzrosła po błyskotliwej adaptacji Ridleya Scotta (dość wspomnieć, że dla wielu wieszających psy na Scotcie, tamten film był uznawany za najlepsze dzieło SF w jego reżyserii od czasu… „Łowcy androidów”). Gdy tylko Weir opublikował - jak dotąd ostatnią w swoim dorobku - książkę „Project Hail Mary”, wytwórnie dosłownie biły się między sobą o prawa do sfilmowania.

Punkt wyjściowy jest podobny do „Marsjanina”. Główny bohater (Ryan Gosling) zostaje sam w kosmosie. Różnica jest taka, że budzi się z amnezją: nie wiadomo, jak ma na imię i czemu w ogóle tam trafił (pojawiające się w toku filmu retrospekcje stopniowo odsłaniają odpowiedź). Kiedy w końcu prawda wychodzi na jaw, reputacja bohatera się nie polepsza, a wręcz pogarsza się (jest z zawodu nauczycielem biologii, a został wysłany w kosmos z misją zbawienia świata. Jaja sobie robią w tym NASA, nie ma co…). Jednak w najbardziej krytycznym momencie bohater może liczyć na pomoc tajemniczej istoty, której nadaje wdzięczne imię Rocky (nie tylko z uwagi na skamieniałą cerę).

Phil Lord i Christopher Miller odnieśli sukces animowanym, przebojowym filmem o klockach Lego („Lego: Przygoda”). Z powodzeniem też przełożyli niegdyś popularny serial „21 Jump Street” na pełny metraż (zastąpili tylko Johnny’ego Deppa Channingiem Tatumem). Obaj czują komedię (pewnie nawet bardziej niż Ridley Scott, niczego nie ujmując „Marsjaninowi”…), a Weir potrafi być humorystyczny (wręcz sarkastyczny) w swoich książkach. Sukcesu „Projektu Hail Mary” na dużym ekranie można było się w zasadzie spodziewać. I faktycznie: obaj panowie odnieśli sukces, dokonując przy okazji tylko nielicznych zmian względem książki (zakończenie!). Zachowali bowiem wdzięk książkowego pierwowzoru, rezygnując z informatycznych dywagacji autora. Zresztą, za scenariusz odpowiada Drew Goddard, który odpowiedzialny jest także za scenopisarski sukces „Marsjanina”, więc jak można było zwątpić w powodzenie tego filmu?

O tym, że Ryan Gosling, z początku specjalizujący się w nieoczywistych rolach w niezależnych filmach (pamięta ktoś „Fanatyka” opowiadającego o Żydzie-neonaziście?), posiada vis comica można było się przekonać nie raz, nie dwa (ostatnio w bardzo dobrym „Kaskaderze” będącym listem miłosnym eks kaskadera do swojej profesji). Ostatnimi czasy jednak wyraźnie odnajduje się w wysokobudżetowych produkcjach za cysterny dolarów („Blade Runner 2049”, „Barbie”, w kolejce czeka już „Star Wars: Starfighter”). Tutaj jeszcze jego talent komediowy zrównoważono wzruszającymi momentami (sama relacja z Rockym przywodzić może skojarzenia z „E.T.” Spielberga; niżej podpisanemu w pewnym momencie nawet zaschło w gardle z emocji), w których wyraźnie bryluje jak na salonach.

Technicznie film to ekstraklasa. Efekty specjalne robią wrażenie (sekwencje w przestrzeni kosmicznej niby dostarczą oczopląsów, ale pod kątem wizualnym zachwycą tak, że oczy widzów zrobią się duże jak pięciozłotówki). Pochwalić też trzeba soundtrack, chociażby za trafioną w punkt  playlistę („Sign of the Times” Harry’ego Stylesa, a zwłaszcza „Two of Us” Beatlesów), chociaż kompozycje Daniela Pembertona w niczym nie ustępują soundtrackowi Harry’ego Gregsona-Williamsa z „Marsjanina”.

To co, kto ma ochotę na lot w kosmos?


Reż. Phil Lord, Christopher Miller

Czas trwania: 155 min

Gatunek: film SF

Tytuł oryg. „Project Hail Mary

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKA VS FILM”


Szalom. W związku ze zbliżającą się rocznicą powstania w getcie warszawskim, w tym odcinku piątkowego cyklu analitycznego pochylimy się nad tematyką żydowską. Przeanalizuję bowiem książkę Szolema Alejchema „DZIEJE TEWJI MLECZARZA” i film Normana Jawisona „Skrzypek na dachu”. A ponieważ filmowy „Skrzypek” jest bardziej oparty na musicalu Josepha Steina do muzyki Jerry’ego Brocka adaptującyego książkę Alejchema, dokonam również analizy między tymi dwoma materiałami źródłowymi. Zaczynamy.


OGÓLNY ZARYS FABUŁY

Tewje jest ubogim mleczarzem z żydowskiej wsi. Nieustannie szuka sposobności do zarobienia pieniędzy, mimo iż w duchu uznaje swoją biedę i nie wini się za nią. Z żoną Gołde zamierza wydać każdą ze swych córek za mąż. Każdą sytuację życiową Tewje tłumaczy sobie cytatami z  Biblii i Midraszy.



RÓŻNICE MIĘDZY KSIĄŻKĄ, A FILMEM I MUSICALEM


OGÓLNE RÓŻNICE

Podstawowa różnica łącząca książkę Alejchema z musicalem tak scenicznym jak i filmowym, jest inna nazwa miejscowości, w której rozgrywa się opowieść. W musicalu „Skrzypek na dachu” akcja ma miejsce w Anatewce, z kolei w książce Alejchema rodzinną miejscowością Tewji Mleczarza jest Kasrylewka; co ciekawe, Anatewka u Alejchema jest wspomniana, ale jako zupełnie inna wioska (w dodatku zamieszkana przez Lejzera Wołfa, przyjaciela Tewjego), oddalona o około trzy wiorsty od Kasrylewki. Inna różnica to liczba córek: w książce Tewje ma ich aż siedem, w musicalu z kolei tylko trzy. Z kolei tytułowy dla musicalu skrzypek nie jest postacią pojawiającą u Alejchema i stanowi bardziej nawiązanie do twórczości Marca Chagalla. 

Poza tym książka ma formę epistolarną w postaci listów tytułowego bohatera pisanych do Boga. Zarówno sceniczny jak i filmowy musical zachował tą formę w scenach monologów Tewji kierowanych do Wszechmogącego.


KSIĄŻKA, A MUSICAL

Pierwsze rozdziały opowiadają o wydarzeniach z życia Tewji – jak podwiózł dwie kobiety na drodze i jak stracił pieniądze, wchodząc w układ z niegodnym zaufania Żydem. Tego jednak w musicalu nie ma. Na początku „Skrzypka na dachu” Tewje wprowadza widzów w świat Anatewki, gdzie najważniejszą dla kultury żydowskiej jest tradycja. Dopiero po tym wprowadzeniu fabuła książki i musicalu zaczyna się zazębiać, kiedy Tewje najpierw spotyka się z Lejzerem Wołfem, a potem decyduje się wydać córki za mąż. Książka opisuje spotkanie Tewji z jedną z córek, Cejtł, która podkochuje się w ubogim krawcu i to od niej Tewje w musicalu dowiaduje się o planowanym ślubie. U Alejchema dowiaduje się tego od krawczyka.

W książce Gołde bardzo przejmuje się wydaniem córek za mąż, podczas gdy w musicalu Tewje opowiada jej swój zmyślony sen, w którym widział zmarłą babcię swojej żony, Zeitel. Tymczasem przychodzi czas wydania kolejnych córek. Pierwsza z nich, Hodł, chce poślubić Perczyka, młodego Żyda o rewolucyjnych poglądach. Tak jak poprzednio, wiadomość ta wprawia Tewjego w zakłopotanie: udzielić błogosławieństwa czy pozostać wiernym Tradycji; ostatecznie decyduje się na to . Podobnie też jak w książce, trzecia z córek, Chawa, pragnie poślubić kogoś, kto nie jest Żydem, co z kolei spotyka się z kategorycznym sprzeciwem Tewji. Musical pomija cztery pozostałe córki Mleczarza, łącząc sercowe perturbacje niektórych z nich z trzema starszymi siostrami.

Musical dodaje kilka wspólnych scen między Tewje, a Gołde, m.in. dwie popularne kompozycje: „Tevye’s Dream” z pierwszego aktu (w której powtarza się żydowska fraza „Mazel Tov”) oraz liryczne „Do You Love Me?” z drugiego aktu. Tymczasem w książce (w przeciwieństwie do musicalu), po wydaniu córek za mąż, Gołde szybko zapada na zdrowiu i umiera. To wydarzenie sprawia, że Tewje wyrusza do Ziemii Świętej, co z musicalu zostało pominięte. Z podróży jednak nic nie wychodzi, ponieważ umiera mąż Cejtł, co w filmie również ma miejsce (choć w zupełnie innych okolicznościach). Z czasem w książce narastają antypatie mieszkańców wsi wobec Tewjego, czego w musicalu nie ma (wszyscy jak byli przyjaźnie nastawieni do Mleczarza, tak przyjaźni pozostali). Wszystko dlatego, ponieważ lokalni Żydzi są wysiedlani ze swoich wiosek. Tewje decyduje się opuścić wioskę nim zostanie z niej wypędzony. Musical nieco upraszcza ten wątek: w trakcie ślubu jednej z córek pojawia się jeździec na białym koniu, który ogłasza wszystkim, że mają opuścić Anatewkę (w tym momencie w musicalu pojawia się kolejna popularna kompozycja: „Anatevka”). Opuszczając Anatewkę, musicalowy Tewje spotyka tytułowego Skrzypka, którego zachęca do wspólnej podróży. Z kolei w książkowym pierwowzorze Tewje spotyka Szolema Alejchema, godzi się z nim po latach spięć i pokłada nadzieję, że jeszcze się spotkają.


KSIĄŻKA, A FILM

Film w przeważającej liczbie adaptuje musical (stosunkowo je skracając lub łącząc), choć nie pomija najbardziej rozpoznawalnych utworów kojarzących się z musicalem. Podobnie jak w musicalu, nie uśmiercono Gołde i pominięto plany wyjazdu Tewjego do Ziemii Świętej. Naturalnie zmieniono tytuł na ten musicalowy, a także zerwano z formą epistolarną na rzecz monologów Tewjego kierowanych do Boga.


FILM, A MUSICAL

Jak w takim razie wyglądają podobieństwa i różnice między filmowym, a scenicznym „Skrzypkiem na dachu”?

Film bardzo wiernie podąża za fabułą musicalu, zachowując niemal wszystkie dialogi, choć pomija utwory „Now I Have Everything” i „The Rumor (I Just Heard)”. Fragmenty tekstu „Tevye’s Dream” zostały pominięte, aby uniknąć powtórzeń. Album ze ścieżką dźwiękową filmu zawierał niektóre z tych pominięć, w tym fragment, w którym Gołde żegna się przed ponownym zaśnięciem po tym, jak Tewje opisał sen.

Zmiany wprowadzono również w utworze „Tradition”, pomijając dialog między żebrakiem Reb Nachumem (który w filmie wydaje się mieć trudności z mówieniem) a Łazarem Wolfem, a także dialogi wypowiadane przez Jente i Awrama. Ponadto w filmie dwóch mężczyzn spiera się o to, czy koń podający się za sześciolatka miał w rzeczywistości dwanaście lat, a nie o to, czy koń był w rzeczywistości mułem. Oryginalna ścieżka dźwiękowa zachowała imiona bohaterów: Icchak i Awram, ale w wersji filmowej zostały one pominięte. Zamiast nagranego dubbingu wykorzystano improwizowane ujęcie Topola (mówiącego „sprzedał go”).

W wersji teatralnej Tewje i Łazarz Wolf spotykają się w tawernie, by omówić propozycję małżeństwa Łazarza z Cejtel; w filmie Tewje udaje się do domu Łazarza, który jest bogato wyposażony i pełen dzieł sztuki. Następnie obaj idą do tawerny na uroczysty drink.

Scena z Hodłą i Perczykiem, dokąd planuje wyjechać do Kijowa, została w filmie wydłużona. Nagrano nową pieśń śpiewaną przez Perczyka („Any Day Now”). Pieśń została później włączona do jidyszowej produkcji z 2018 roku jako pieśń śpiewana przez Perczyka do Szpryncy i Bielki. W 1979 roku skrócona (o 32 minuty) wersja filmu została ponownie wypuszczona do kin, zawierająca utwory „Far from the home I love” i „Anatevka”.



To była moja analiza różnic między książką Szolema Alejchema „Dzieje Tewji Mleczarza”, a adaptacją musicalową „Skrzypek na dachu” i filmową, w reżyserii Normana Jawisona. Co o niej sądzicie? Piszcie swoje wrażenia w komentarzach, a my widzimy się za dwa tygodnie z nową analizą.  Zay Gezunt.

czwartek, 16 kwietnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. W dzisiejszym odcinku tankuje do pełna bąk, zapinamy pasy i wciskamy gaz do dechy. Oto ranking najlepszych POŚCIGÓW SAMOCHODOWYCH. Zaczynamy.


8, dźwig vs wóz strażacki [„Terminator 3: Bunt maszyn”, reż. Jonathan Mostow]

Pościgi samochodowe w „Terminatorze” to chleb powszedni. I choć fani zdecydowanie postawiliby na ucieczkę Johna Connora przed rozpędzonym tirem z „Terminatora 2”, ja postawię na sekwencję z trzeciej odsłony. Bo spośród wszystkich w filmie Mostowa, ta zdecydowanie jest najlepsza. By scena wypadła imponująco, potrzebujemy: dźwiga, wóz strażacki i jednego, pięćdziesięcioletniego (wówczas) gwiazdora kina akcji szusującego na motorze. Sekwencja stanowi miks akcji i humoru, i choć w filmie nie brak CGI, zrealizowano ją na tyle na ile można, bez efektów specjalnych.


Mostow i Schwarzenegger pokazali, że do sekwencji pościgu potrzebny jest dźwig i wóz strażacki. Campbell i Brosnan poszli wcześniej o krok dalej i wytoczyli naprawdę ciężkie działo.


7, czołgiem ulicami St Petersburga [„GoldenEye”, reż. Martin Campbell]

Choć większe wrażenie robi pościg z „Jutro nie umiera nigdy” z udziałem helikoptera i motocyklu, większy sentyment mam do sekwencji z „GoldenEye”. Nikczemny ruski generał porywa rosyjską informatyczkę graną przez naszą rodzimą Izabelę Scorupco, a Brosnan dla jej ratowania gotów jest zmieść z powierzchni ziemi polowe Sankt Petersburga. Przy okazji nie zapomina o poprawieniu mankietu. Po latach Campbell udowodnił, że nadal czuje paliwo w żyłach, czego dowodem pościg w „Casino Royale” zakończony imponującą wywrotką nowszym modelem astona martina.


Podobno na początku kariery Spielberg zapowiadał, że będzie straszył „na lądzie, w morzu i z powietrza”. Pierwszą część tej zapowiedzi pokazał w telewizyjnym filmie „Pojedynek na szosie”.


6, uciekając przed psychopatycznym kierowcą [„Pojedynek na szosie”, reż. Steven Spielberg]

Niedawno Spielberg zaprzeczył jakoby „Szczęki” należały do horroru, a sam reżyser jak dotąd nigdy horrorów nie realizował. Jako jego wieloletni fan, pozwolę sobie z nim się nie zgodzić, a miarą tego niech będzie jego pełnometrażowy debiut telewizyjny. Balansujący de facto między różnymi gatunkami, w tym ocierający się o horror, film ogląda się jak rasowy film kinowy, który wgniata w fotel warstwą realizacyjną. Zaskoczeni, że nie skupiam się na pościgu samochodowym? Nic dziwnego. Wszak sam film to jeden wielki pościg samochodowy. Ale za to jaki.


Realizm w scenach pościgów to podstawa (patrz: „Ultimatum Bourne’a”). Doskonale zdał sobie z tego sprawę Christopher Nolan podczas realizacji „Mrocznego Rycerza”.


5, pościg ulicami Gotham wieczorową porą [„Mroczny Rycerz”, reż. Christopher Nolan]

Christopher Nolan nawet adaptując obrazkową historię o gościu w przyciasnych trykotach, musi postawić na realizm. Żadnych efektów specjalnych, żadnej grafiki komputerowej, tylko i wyłącznie tricki realizacyjne, przy których szczęka opada. Dość wspomnieć moment, gdy ciężarówka kierowana przez Jokera zostaje wywrócona do góry nogami - i to naprawdę! Niewiele scen oglądanych w kinie zrobiło na widzach aż takie wrażenie, które zresztą udziela się przy każdym kolejnym seansie „Mrocznego Rycerza”.


Nie zawsze jednak realizm jest podstawowym składnikiem dobrego pościgu. Nawet jeśli de facto odpuszczono sobie efekty specjalne i postawiono na imponujące wykonanie.


4, majtając sejfem po ulicach (przy dźwiękach „Densa Cuduro”) [„Szybcy i wściekli 5”, reż. Justin Lin]

Scena absurdalna z założenia, ale jak zrealizowana. Do tego stopnia wprawiała w osłupienie, że w komentarzach na portalach filmowych nie brakowało dyskusji osób próbujących popisać się znajomością motoryzacji. Z kolei na YouTubie można znaleźć wiele filmików ukazujących kulisy powstawania tej sceny i aż nie chce się wierzyć, że nawet w jej przypadku obeszło się bez efektów specjalnych (co najwyżej sejf nie był tak ciężki jak mogło się wydawać). Nie ma to znaczenia, warto za to na moment wyłączyć mózg i zrobić sobie niczym nieskrępowany fun.


Podium otwiera jedna z najsłynniejszych sekwencji pościgów samochodowych. Można ją znaleźć w kultowym „Bullicie” ze Steve’em McQuinnem. 


3, najsłynniejszy pościg na ekranie [„Bullitt”, reż. Peter Yates]

Ta scena to klasyk samochodowych pościgów. Od jej realizacji minęło 60 lat, a nadal robi ogromne wrażenie. Dość często filmowcy zapominają o istotnym elemencie scen pościgowych, a mianowicie otoczeniu. Sekwencja pościgu w "Bullicie" rozgrywają się na względnie ciasnych i pagórkowatych ulicach barwnego San Francisco, co miało swój ogromny udział w wyjątkowości owej sceny. Dzięki temu sekwencja zyskała na niepodrabianej dynamice, która inspirowała kolejne pokolenia filmowców niczym scena strzelaniny w „Gorączce” Michaela Manna.


Skoro jednak było o najbardziej imponujących sekwencjach pościgów, nie mogło zabraknąć filmu o dwóch bluesujących braciach.


2, kraksy na kraksach [„Blues Brothers”, reż. John Landis]

Fabuła filmu Landisa jest pretekstowa, ale bohaterowie wykonując swoją misję w imię sierocińca, w którym się wychowali, muszą uciekać przed policją, konkurencyjnym zespołem bluesowym i… neonazistami. Przy okazji doprowadzają do jednej z najbardziej widowiskowych kraks w historii kina. Podczas całego filmu zniszczono ponad 103 auta, a w jednej ze scen zderza się ze sobą aż 60 (!) radiowozów. Taki wynik robi piorunujące wrażenie. Jak to kiedyś śpiewał nieodżałowany Krzysztof Krawczyk: „Skasowałem kilka bryk/Nie żałuję dziiiiiiiiiiiś”.


Zaskoczeni, że na szczycie nie umieściłem ani sceny z „Bullitta”, ani z „Blues Brothers”? Większe wrażenie zrobił na mnie pościg samochodowy z rewelacyjnego „Ronina” Frankenheimera.


1, ulicami Paryża [„Ronin”, reż. John Frankenheimer]

Swego czasu John Frankenheimer nakręcił kontynuację „Francuskiego łącznika” w reż. Friedkina. I choć w jego sequelu nie znalazł się pościg samochodowy, reżyser wziął przykład od Friedkina, czego dowodem najbardziej wgniatający w fotel pościg w historii kina. obezwładniające tempo tego pościgu to poezja, a sama scena ma świetnie zbudowane napięcie oraz oszczędnie użytą muzykę w tle, co nadaje całości niezwykle surowego i realistycznego wyrazu. Ze wszystkich umieszczonych tutaj pościgów, „Ronin” może poszczycić się właśnie najbardziej realistycznym pościgiem.


To była moja lista ekranowych pościgów. Które tytuły wam przychodzą do głowy. Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.