Życie superbohatera nie jest usłane różami. A Petera Parkera (przejmujący Tom Holland) w szczególności. Wbrew temu, jak można by dosłownie przetłumaczyć podtytuł tej części, na chłopaka nie nastał „Nowy, wspaniały dzień”. Wręcz przeciwnie (chyba że tytuł słynnej antyutopii Aldousa Huxleya przyjmiemy jako wyjątkowo cyniczny). Jak co dzień pod maską Spider-Mana walczy z kolejnymi przestępcami (swoje cameo zaliczają Tombstone czy wracający po dekadzie Scorpion, którego wcześniej widzieliśmy z Adrianem Toomesem w scenie po napisach ze „Spider-Mana: Homecoming”). Jednak gdy zdejmuje maskę superbohatera, musi zmagać się z samotnością po wydarzeniach z „No Way Home”: tak Ned Leeds, jak i - o zgrozo - MJ zupełnie wymazali go z pamięci: gdy oni dostali się na wymarzone studia, on musi samotnie bujać się między wieżowcami Nowego Jorku. Jak to śpiewał ongiś Ryszard Riedel z zespołu Dżem: „Samotność to taka straszna trwoga”.
Czyżby więc superbohaterskość służyła Peterowi jako forma terapii? Można by tak uznać, gdyby nie powracające bóle głowy i niebezpieczny wzrost pajęczych hormonów (metafora dojrzewania?), które są zwiastunem potencjalnej pajęczej mutacji (i potencjalnej intrygi dla kolejnych części, w których być może zobaczymy Man-Spidera, czyli alter ego Spideya). Swą pomocną dłoń poda Bruce Banner (Mark Ruffalo), a nawet Punisher (Jon Bernthal; ich filmowa relacja to czyste złoto), ale na ile to się przyda, kiedy w Nowym Jorku zaczyna działać tajemnicza rudowłosa telekinetką (Sadie Sink), wpływająca na świadomość mieszkańców.
Zwykle, gdy dochodzi do reżyserskiego przetasowania i jeden reżyser zostaje zmieniony na innego, nie wróży to dobrej jakości kolejnych sequeli. Nie zawsze tak jest (choćby przypadek „Harry’ego Pottera i więźnia Azkabanu”, któremu przysłużyło się zamienienie family frendly Chrisa Columbusa na bardziej dojrzałego Alfonso Cuaròna) i to widać także tutaj. Gdy swój - nazwijmy to - storyarc przedstawił Jon Watts, przyszła pora zamienienia go na kogoś innego. Wybór Destina Daniela Crettona mógł wzbudzać pewne obawy (wcześniej przez niego nakręcony „Shang-Chi” nie każdemu się podobał), ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Wyszedł mu bowiem bardziej najlepszy, bardziej dojrzały, „Spider-Man” z Tomem Hollandem. I ja wiem, że to samo mówiłem i o „Homecoming”, i o „No Way Home”, ale w obu przypadkach za bardzo ponosiły mnie emocje (zwłaszcza przy „No Way Home”, którego napędzała nostalgia: gdyby wywalić obu starszych Spider-Manów, a do ról Doc-Ocka, Green Goblina, Sandmana, czy Lizarda dać innych aktorów, film byłby co najwyżej przyzwoity i nic poza tym).
Przede wszystkim jest to kolejny, po znakomitym „Thunderbolts”, film Marvel Studios niebojący się podejmować poważne, jak na kino superbohaterskie, tematy. W tamtym filmie dotykano tematu PTSD, tu zaś mamy temat pokrewny, bo związany z samotnością. Niby przerabialiśmy to w trylogii Sama Raimiego z lat 2000 (gdzie Peter Parker dla bezpieczeństwa MJ po prostu z nią zerwał), ale tym razem uderzają mocniej w czulsze struny. Tam Parker mimo zerwania widywał się z MJ, tu zaś dawna ukochana dosłownie wymazała go z pamięci. W efekcie trudno nie współczuć bohaterowi, gdy MJ, po przebytych wydarzeniach i na jego oczach, obejmuje NOWEGO chłopaka (a jeszcze bardziej to boli, gdy wie się, że Tom Holland i Zendaya od niedawna są parą). Smutek jest tu zresztą równoważony pyszną relacją Spider-Mana z Punisherem kierującym się kompletnie innym kodeksem moralnym (znaleźć złola, przyłożyć mu pistolet do skroni i nacisnąć spust), co bawi tym bardziej, że Holland i Bernthal prywatnie są dobrymi kumplami (a poza tym obaj mieli również interakcję w tegorocznej „Odysei” Christophera Nolana.
Nowemu reżyserowi należą się też brawa, za bardziej dojrzałe podejście do samego Parkera, który zaczyna rozumieć maksymę „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” (lepiej późno niż wcale) i nawet zaczyna rozważać zespołową walkę z przestępczością.
Film jest też dojrzalszy pod kątem aktorstwa. Tom Holland bezbłędnie oddaje zarówno dojrzałość jak i przede wszystkim samotność Petera Parkera. Jacob Batalon jak zwykle służy za element komediowy, za to Zendaya odsuwa na bok zarówno swój sarkazm jak i sarkazm MJ. Najwiecej emocji wzbudziła rola Sadie Sink, gwiazdy serialu „Stranger Things”, o której bohaterce niejeden raz spekulowano. Gdy piszę te słowa, od polskiej premiery filmu minął prawie miesiąc i za pewne wielu widzów poznało tożsamość jej tajemniczej postaci, jednak z dziennikarskiego obowiązku nie zdradzę jej personali. Powiem tylko tyle, że wypadła najlepiej spośród trzech aktorek, które do tej pory grały Tą Postać. Trudno się dziwić, skoro nawet w przebojowym serialu braci Duffer młoda aktorka zjadła na śniadanie bezbarwną Millie Bobby Brown, a nawet podpatrzyła jak odgrywać telekinetyczne zdolności.
Nowy film jest jednocześnie początkiem drugiej trylogii „Spider-Mana” w MCU i skłonny jestem uwierzyć, że piąty w kolejności dostaniemy szybciej niż można się spodziewać. Trudno by było inaczej, skoro film jest wielkim przebojem w kinach (tylko czekać aż przebije trzeciego „Avatara”, hi, hi, hi…), a poza tym wiele elementów tam wrzuconych nie znalazło jeszcze swojej kulminacji (kto czeka na wątek Man-Spidera, za pewne wprowadzony by nie mielić znowu Venoma?). No i jest też zgrabnym wprowadzeniem do kolejnej marvelowej sagi, która ma nastąpić po końcu mocno nagmatwanej Sagi Multiwersum.
Reż. Destin Daniel Cretton
Czas trwania: 140 min
Gatunek: przygodowy
Tytuł oryg. „Spider-Man : Brand New Day”






.png)
