sobota, 26 września 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Bonjour. W dzisiejszym odcinku „Nutki nostalgii” cofniemy się aż do 2001 roku, by zapoznać się z historią jednej z piosenek Natashy St-Pier pt. „JE N`AI QUE MON AME”, która była bardzo istotna dla rozwoju kariery kanadyjskiej piosenkarki. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Utwór „Je n`ai que mon ame” został nagrany przez kanadyjską piosenkarkę Natashę St-Pier, pochodził z jej drugiej płyty i nie był pierwszym, który ujrzał światło dzienne. Wcześniej, w ostatnich miesiącach 2000 r, wydano „Tu m`envoles”, który odniósł umiarkowany sukces.

Wspomniany drugi album Natashy St-Pier, „À chacun son histoire”, został początkowo wydany tylko w Kanadzie (11 kwietnia 2000 r.). W tym samym roku wydała trzy single z albumu (utwór tytułowy, a także „Et la fille danse” i „Tu m'envoles”). W tym samym roku wystąpiła jako support Garou w paryskiej Olympii. Wraz z Florentem Pagny nagrała cover utworu Jeana-Jacques’a Goldmana „Là-bas”; utwór ten pojawił się na albumie Pagny z 2001 r., a później na własnym albumie „St-Pier De l'amour le mieux” (2002). Z kolei omawiany tu utwór napisał i skomponował Robert Goldman ukrywający się pod pseudonimem Jill Kapler, który przetłumaczył ją też na język angielski jako „All I Have Is My Soul”.

Piosenka zyskała popularność po tym jak została zgłoszona w 2001 roku na Konkurs Eurowizji, na którym reprezentowała Francję. „Je n'ai que mon âme”. Została zaśpiewana głównie po francusku, ale zawiera kilka fraz po angielsku (był to pierwszy przypadek, kiedy utwór kandydata z Francji zawierał angielski tekst). Piosenka została wydana w Kanadzie jako główny singel z albumu kompilacyjnego o tym samym tytule „Je n`ai que mon ame”. Poza Kanadą piosenka pojawiła się jako utwór na europejskiej wersji albumu studyjnego „A chacun son histoire”. St-Pier nagrała również angielską wersję pod tytułem „All I Have is My Soul”.


ANALIZA

Piosenka utrzymana w formie ballady, w której podmiot liryczny próbuje ze wszystkich sił wskrzesić pozornie skazany na niepowodzenie związek, mówiąc swojemu ukochanemu, że wciąż ma do niego uczucia, chociaż żadne z nich ostatnio ich nie okazywało.


PREMIERA

Utwór w 2001 reprezentował Francję w 46. Konkursie Piosenki Eurowizji w Kopenhadze i zajął w nim czwarte miejsce ze 142 punktami na koncie, w tym z maksymalnymi notami 12 punktów z Bośni i Hercegowiny, Rosji oraz Portugalii.

https://www.youtube.com/watch?v=L0OipASctkY&list=RDL0OipASctkY&start_radio=1

Piosenka stała się pierwszym przebojem w dorobku Natashy St-Pier. We Francji singiel znajdował się na liście przebojów Top 100 przez 26 tygodni. Rozpoczął od 11. miejsca 5 maja 2001 r., następnie dotarł do pierwszej dziesiątki i osiągnął szczyt na drugim miejscu w szóstym i siódmym tygodniu. Nie udało mu się zdetronizować utworu MC Solaara „Hasta la vista”, który wówczas był na szczycie listy. Następnie singiel spadał niemal nieprzerwanie na liście, łącznie przez dziewięć tygodni w pierwszej dziesiątce i 19 tygodni w pierwszej 50. Uzyskał status złotej płyty przyznany przez SNEP i był 28. na liście przebojów Annual Chart.

W Walonii w Belgii utwór „Je n'ai que mon âme” zadebiutował na 11. miejscu 12 maja 2001 r., awansował na trzecie miejsce, a dwa tygodnie później osiągnął drugie miejsce, za singlem o tym samym tytule autorstwa Daddy DJ, po czym spadł i utrzymywał się przez siedem tygodni w pierwszej dziesiątce i dwanaście tygodni w pierwszej czterdziestce. Był to 17. najlepiej sprzedający się singiel roku. Na paneuropejskiej liście przebojów Hot 100 Singles opracowanej przez „Music & Media” osiągnął 12. miejsce w siódmym tygodniu na liście.


link: https://youtu.be/cIkkPgsp39o?si=Quj9dPGauZ2RHtGJ


TŁUMACZENIE


Natasha St-Pier


„NIE MAM NIC PRÓCZ MEJ DUSZY”

tytuł oryg. „Je n'ai que mon âme”


Skoro muszę mówić, skoro muszę mówić o sobie,
Skoro twoje serce już nie płonie tak, jak kiedyś,
Nawet jeśli miłości, jak wierzę, nie da się wypowiedzieć
Ale skoro muszę mówić, to posłuchaj mnie
Ale mam tylko swoją duszę
Aby mówić ci o sobie

Och, tylko moją duszę
Moją duszę i mój głos
Takie kruche płomienie
Na czubkach moich palców
Żenująca broń
Aby mówić o sobie

Nawet jeśli mówisz, że jestem częścią ciebie
Że nasza historia będzie podążać za nami krok w krok
Wiem tak dobrze, że miłość ma swoje prawa
Jeśli musi być ocalona, to posłuchaj mnie

Ale mam tylko swoją duszę
Aby mówić ci o sobie
Och, tylko moją duszę
Moją duszę i mój głos
I moje ciało, które płonie
Na dźwięk twojego głosu
Jestem tylko kobietą
Która kocha cię cicho

Ale niech mnie Bóg przeklnie
Jeśli zapomnę swojej drogi
Niech życie mnie potępi
Jeśli nie jesteś już moim prawem
A ten płomień zgaśnie
Który płonie dla ciebie
Mam tylko swoj
ą duszę
Mówić o sobie
Mam tylko duszę
Mówić o sobie

piątek, 25 września 2026


BAW SIĘ DOBRZE I PRZEŻYJ ******


  Zaczyna się od przepisu Alfreda Hitchcocka, czyli od trzęsienia ziemi. Oto do nocnej kawiarenki wparowuje dziwnie ubrany facet (Sam Rockwell) i zaczyna wszystkim opowiadać, że pochodzi z przyszłości, a ludzkość wkrótce niechybnie umrze. Brzmi jak „Terminator” gdyby James Cameron go nakręcił pod mocnym wpływem LSD, a dalej robi się coraz ciekawiej. Otóż Mężczyzna z Przyszłości (którego imienia nigdy nie poznamy) werbuje grupę zapatrzonych w smartfony ludzi i wyrusza z nimi by zbawić świat przed… sztuczną inteligencją.

  Żyjemy bowiem w świecie całkowicie już zdominowanym przez sztuczną inteligencje. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Google randomowe pytanie, a obok wybranych linków wyskoczy także odpowiedź sporządzona przez A.I. Gdy dochodzi do awarii prądu i chce się zadzwonić do energetyki, prędzej czy później zamiast żywego konsultanta odezwie się jakaś wirtualna imitacja, ktora na dodatek będzie wmawiać, że rozmowa z nią zajmie mniej czasu niż z żywym oryginałem. A ludzie na wszystko dają się omamić, nie zdając sobie sprawy ile zagrożenia niesie A.I.

  Już wcześniej zdarzały się filmy, które ostrzegały widzów przed sztuczną inteligencją i jej szybkim rozwojem. „Matrix” Wachowskich (otaczający nas świat jako jedna wielka iluzja), „Terminator” wspomnianego już Jamesa Camerona (motyw buntu maszyn i walki z nimi), czy „Gry wojenne” Johna Badhama, a nawet „Avengers: Czas Ultrona” Jossa Whedona (groźba wybuchu trzeciej wojny światowej wywołanej przez komputer). Problem polegał jednak na tym, że widzowie nieczytający między wierszami, traktowali te filmy wyłącznie jako kolejne kino rozrywkowe dla zabicia nudy i nawet nie zaprzątali głowy by czytać między wierszami.

  I tutaj z pomocą przychodzi Gore Verbinski, który do niedawna mocno dogorywał w kinie. Przez ostatnią dekadę pozostawał w filmowym niebycie, a jego filmy („Rango”, „Lekarstwo na życie”) nie podbiły box office. Myślę jednak, że teraz może przebierać w propozycjach reżyserskich, bo jego najnowszy film to jego mocny come back. „Baw się dobrze i przeżyj” jest bowiem mocno dającą do myślenia przestrogą przed rozwojem sztucznej inteligencji i tego, co ona mogłaby zrobić z ludźmi. By skuteczniej przemówić nam do przeżartego przez Internet rozumu, Verbinski sięga po różne gatunki: od SF („Terminator”) po horror („Noc żywych trupów” George’a Romero; trudno nie przyznać mu racji, że ciągłe gapienie się w ekrany zamieni nas w zombiaki…). Całość zaś jest dziką, szaloną jazdą bez trzymanki utrzymaną na dodatek w konwencji gry RPG. Miał niewątpliwie nosa polski dystrybutor, kiedy wymyślał dla filmu hasło reklamowe: „Nie ma wątpliwości. Ten film zrobił szaleniec”. Szaleniec, dodam, z dobrymi intencjami.

  „Szaleniec” ów poprowadził ze sobą cały korowód świetnie dobranych aktorów, na których czele stoi bedący w swoim żywiole Sam Rockwell. Chemia między Bogu ducha winnymi zapaleńcami ruszającymi na straceńczą misję wylewa się z ekranu, a dzięki pojawiającymi się sporadycznie retrospekcjami, o części z nich dowiadujemy się czegoś więcej. A to, co cała ta wesoła gromada zastaje w drodze do celu (dość wspomnieć, że po tym filmie kociarze będą mieli niezłe koszmary), jest popisem niczym nieskrępowanej wyobraźni reżysera. Bo choć film zaczyna się jakby Cameron coś brał podczas pracy nad „Terminatorem”, to później wyglada tak, jakby ten sam reżyser oddał pracę Timowi Burtonowi. Czy jedno kłóci się z drugim? Absolutnie nie.

  Bo Verbinski wracając do pierwszej ligi nakręcił absolutny film tego roku. Wykorzystując do tego cytaty z przeróżnej maści gatunków, zrobił przestrogę dla widzów by za bardzo nie oddawać się sztucznej inteligencji, bo nawet gdyby ktoś spróbowałby nad nią zapanować, przegrałby z kretesem. Ba, sama walka ze sztuczną inteligencją koniec końców może się okazać syzyfową pracą. No bo sami powiedzcie, kto chciałby w czasie używania sztucznej inteligencji zamienić się w zombie (jak w „Komórce” Stephena Kinga, tyle że tam intryga obracała się wokół telefonów komórkowych) albo mieć wizje jak po LSD? Gore Verbinski apeluje do nas byśmy się powstrzymali i zastanowili się nad tym, co robimy. Nie on jeden w popkulturze przychodzi do ludzi z apelem o opamiętanie się, to samo kilka lat temu zrobił Ken Follett w znakomitym „Nigdy”, pokazując konsekwencje nieopamiętania się. Nie jest powiedziane, że się uda, ale można spróbować to zrobić. Tak jak uratować świat przed wielką katastrofą. Wciąż i wciąż, przeżywając jeden dzień na nowo. Niczym w „Dniu Świstaka”.

  Po obejrzeniu tego filmu już nigdy nie zechcecie sięgnąć po smartfony. Albo, przynajmniej, ograniczycie ich używanie. 


Reż. Gore Verbinski

Czas trwania: 135 min

Gatunek: science fiction

Tytuł oryg. „Good luck, have fun, don’t die”

czwartek, 24 września 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. W tym odcinku pochylimy się jeszcze nad adaptacjami znanych książek. Tym razem jednak skupimy się na PRZYSTĘPNOŚCI ADAPTOWANYCH KSIĄŻEK DLA WIDZÓW. Bo jak wiadomo, książki/komiksy/dramaty nie są dla czytelników (nawet dla wielbicieli materiałów źródłowych), tylko dla masowej widowni, która niekoniecznie miała styczność z tymże materiałem źródłowym. I choć zdarzały się w tej kwestii niejedne kontrowersje (jak wokół netflixowej „Lalki”), nie brakowało również wyjątków od tej reguły. Zaczynamy.


8, „Stara Baśń. Kiedy Słońce było bogiem”, reż. Jerzy Hoffman

Zaczynamy od przykładu z polskiego podwórka (niejedyny raz na tej liście). Książkowa „Stara Baśń”, choć pisana jako powieść historyczna „z czasów IX wieku”, inspirowana była legendą o Popielu i myszach. Hoffman adaptując książkę Kraszewskiego znalazł w tej historii paralele z „Makbetem” Szekspira. W obu przypadkach chodzi o walkę o władzę i studium despotycznych rządów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeżeli ktoś zechce zaadaptować „Balladynę” Juliusza Słowackiego, pisaną w ogóle na modłę szekspirowskich dramatów, to inspiracji również będzie szukał w „Makbecie”.

Jak wiadomo, książki rządzą się swoimi prawami, a adaptacje: swoimi. Dlatego typowym zabiegiem dla uatrakcyjnienia adaptacji czytelnikowi mogą być np. skróty fabularne.

7, „Tożsamość Bourne`a”, reż. Doug Liman

Powieść Roberta Ludluma, pierwszy tom trylogii o Jasonie Bourne, była adaptowana dwa razy. Pierwsza z nich, nakręcona pod koniec l. 80 jako telewizyjny miniserial, miał bardziej rozbudowaną fabułę, która dla współczesnego widza mogłaby się ciągnąć i ciągnąć. Z tego powodu film Douga Limana niweluje ewentualne dłużyzny i nie pozwala widzowi na choćby jeden oddech. Nie mówiąc już o tym, że zrobił z Matta Damona gwiazdę kina akcji. Fakt, że gdy do adaptacji dwóch kolejnych tomów zasiadł Paul Greengrass, wszystko zostało pozamiatane, jest tematem na inny ranking.

Miejsce 6. jest specjalnie dla osób, które obejrzały już netflixową „Lalkę” i niekoniecznie były zadowolone ze sposobów przystępności zastosowane przez Pawła Maślonę.

6, „Lalka”, reż. Wojciech Jerzy Has

Paweł Maślona postąpił wobec powieści Prusa niczym Luhrmann wobec „Romea i Julii” Szekspira: zachował jedno, unowocześnił drugie (unowocześnił język, zachował epokę), co może zakłócić odbiór adaptacji. A wystarczyło skupić się na głównym wątku i zrobić z adaptowanej (odczytywanej na różne sposoby) książki to, czym nie jest. Has zrobił z Prusa autora dekadenckiego melodramatu, co było świetne. Dlatego z nowych wersji „Lalki” czekam na film Kawalskiego. Z pierwszych recenzji wynika, że twórcy konkurencyjnej adaptacji zrobili z Prusa polską… Jane Austen. Też odważna interpretacja.

Uwspółcześnianie akcji w adaptacji samo w sobie nie jest złym pomysłem, o ile jest dobrze przemyślanym. Jak to miało miejsce w adaptacji „Klubu Włóczykijów”.

5, „Klub Włóczykijów”, reż. Tomasz Szafrański

W netflixowej „Lalce” drażnić mogą nagminnie stosowane wulgaryzmy, bez których serial i tak by się obył (wystarczy szybsze tempo, nawet względem adaptacji Hasa). Czyż nie lepiej by było uwspółcześnić sam czas akcji adaptacji by lepiej wstrzelić się w gusta widzów (tak, „Lalka” Maślony, nawet z wulgaryzmami, powodowałaby mniejszy zgrzyt, gdyby jej akcja toczyła się współcześnie). „Klub Włóczykijów” Tomasza Szafrańskiego przenoszący akcję powieści Niziurskiego z l. 60 do XXI w., nie jest jedynym tego typu przykładem, bo podobny zabieg zastosowano w „Szatanie z VII klasy” z 1962 r.

Tuż przed podium uplasowała się metoda, dzięki której swój trium odniósł „Władca Pierścieni” Petera Jacksona, a dziś to samo powtarza trylogia „Diuny” Villeneuve`a.

4, „Diuna”/„Diuna. Część druga”, reż. Denis Villeneuve/„Władca Pierścieni”, reż. Peter Jackson

Kto chciałby oglądać ciągnące się w nieskończoność (skądinąd malownicze) plenery Nowej Zelandii (odnoszące się do rozwleczonych opisów Śródziemia), lub słuchać ekologiczno-teologiczno-psychologicznych rozważań rodem z książkowej „Diuny”. Dla widza liczy się akcja. Żeby jednak adaptacja nie została położona przez przerost formy (w tym przypadku CGI) nad treścią, adaptatorzy dopuszczają się (minimalnego, ale jednak) zachowania poglądów autora. Bo choć adaptacje są realizowane dla masowych widzów, na seans chodzą też fani książek. Tak oto przysłowiowy wilk jest syty, a owca cała.

Podium otwiera film będący kwintesencją amerykańskiej popkultury l. 2000, gdy (m.in.) kino musiało się urealnić. Wśród zalewu tego typu filmów z tamtego okresu wybrałem „Troję”.

3, „Troja”, reż. Wolfgang Petersen

Podobnie jak tegoroczną „Odyseję” Nolana można odebrać jako film o PTSD, tak „Troję” sprzed 22 lat można odebrać jako film urealniający (na tyle, na ile byłoby to możliwe…) historię wojny trojańskiej. Film Petersena wpisał się w trend, który dotyczył wtedy niemal wszystkich popkulturowych historii: od komiksów (trylogia Nolana o Batmanie) przez legendy („Tristan i Izolda” Kevina Reynoldsa) po adaptacje książek („Casino Royale” z Craigiem w roli Bonda). Urealniając swoje filmy, reżyserzy sprawili że zwietrzałe historie nabrały nowego blasku i stały się bardziej przystępne dla widzów sprzed 20 lat.

O powodzeniu dobrej adaptacji na ekranie, nawet odbiegającej od materiału źródłowego, może też świadczyć żywsze tempo względem książki. Za przykład niech posłuży filmowy „Fight Club”.

2, „Podziemny krąg”, reż. David Fincher

W teorii, film Finchera oparty na powieści Chucka Palamiuka „Fight Club” podpada pod ten sam punkt, co „Tożsamość Bourne`a” Douga Limana, chociaż w tym przypadku o wiele lepszą robotę odwalił Paul Greengrass adaptując dalsze trylogii Roberta Ludluma o Jasonie Bourne. W przypadku „Fight Club”, powieściowy oryginał charakteryzował się rwanym, pełnym powtórzeń, stylem, co charakteryzowało stan psychiczny anonimowego bohatera. By zbliżyć się do książki, i nie zamulić umysłu widzów, Fincher użył rwanego montażu, szybkich monologów zza kamery i teledyskową estetykę. I wyszło zacnie.

Złoto, jak zwykle u mnie: przewrotne, dla głośnej trylogii Pier Paolo Pasolliniego inspirowanej klasykami literatury: „Księgą 1001 nocy”, „Opowieściami kanterberyjskimi” i „Dekameronem”.

1, „Trylogia życia”, reż. Pier Paolo Pasolini

Tzw „trylogia życia” Pasoliniego bierze na warsztat trzy teksty kultury, które w ujęciu włoskiego skandalisty mającego na koncie także adaptacje antycznych dramatów łączy erotyczny wydźwięk. Widać to szczególnie w „Kwiecie tysiąca i jednej nocy” oraz w „Dekameronie”, ale obecne jest także w „Opowieściach kanterberyjskich”. Pasolini dość luźno adaptuje wszystkie trzy zbiory historii, wyciągając z nich jednak ich esencję. A że za życia wzbudzał niejeden raz kontrowersje, podobnie jak adaptowane teksty, trudno o lepsze adaptacje przystępne dla widzów, niezależnie od czasów.


To była moja lista adaptacji przystępnych dla widzów. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy w komentarzach. A my widzimy się w następnym odcinku. Cześć.

wtorek, 22 września 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. Na następną muzyczną podróż w czasie wybierzemy się tym razem do pierwszej połowy lat 2000, by zapoznać się z historią albumu „BREAKAWAY” Kelly Clarkson. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Na początku 2004 roku Clarkson rozpoczęła pracę nad nowym materiałem na swój drugi album studyjny, który ukazał się po udanym debiutanckim albumie „Thankful”, będąc jednocześnie gwiazdą trasy koncertowej Independent Tour z Clayem Aikenem, zdobywcą drugiego miejsca w drugim sezonie programu American Idol. Wyraziła również zamiar nagrania płyty z Fantasią Barrino, która właśnie wygrała trzeci sezon programu; obie miały wydać swoje albumy w tym samym miesiącu.

Kiedy rozpoczęła pracę nad albumem z dyrektorem muzycznym Clive'em Davisem, Clarkson została zaproszona przez Whitney Houston do nagrania utworu „Breakaway”, który miał znaleźć się na ścieżce dźwiękowej do filmu fabularnego Walt Disney Pictures z 2004 roku „Pamiętnik księżniczki 2: Królewskie zaręczyny”, którego Houston była współproducentką. Utwór, napisany przez Matthew Gerrarda, Bridget Benenate i Avril Lavigne, został pierwotnie napisany na debiutancki album Lavigne „Let Go” (2002), ale uznano go wówczas za nieodpowiedni do tematyki albumu. Początkowo niechętna, Clarkson zgodziła się nagrać piosenkę. W kwietniu 2004 r. Clarkson weszła do studia zaraz po trasie koncertowej Independent Tour. W wywiadzie powiedziała: 

„Napisałam większość (piosenek) do tej pory, ale są ludzie, którzy mają dla mnie coś do powiedzenia. Nie jestem jedną z tych osób, które uważają, że trzeba pisać wszystko. (Zaśpiewam to) tak długo, jak będę mogła się z tym utożsamić”.

Podczas prac nad albumem Davis ujawnił, że niechętnie pozwalał Clarkson pisać materiał na płytę. Wspomniał:

„Zawsze zachęcam ludzi do pisania własnych piosenek, ale w świecie popu, gdzie kariera jest całkowicie zależna od hitów, można być sceptycznym. Artyści o wspaniałych głosach, tacy jak Melissa Manchester i Taylor Dayne, mogliby mieć o wiele dłuższe kariery, gdyby nie nalegali na pisanie własnego materiału”.

W pracę nad albumem, Clarkson zaangażowała wielu uznanych w tamtym okresie muzyków, w tym m.in. Bena Moody’ego (byłego gitarzystę grupy Evanescence), Davida Hudgesa, Karę DioGuardi, Dr. Luke’a i Maxa Martina. Sama piosenkarka była z kolei współautorką sześciu utworów na płycie.


UTWORY PROMUJĄCE

Płyta była promowana pięcioma singlami (z czego jeden został wydany wyłącznie w Stanach Zjednoczonych), na przełomie 2004-2006 roku.

Pierwszym singlem z albumu był utwór o tym samym tytule [nr 1] wydany (wyłącznie w Stanach Zjednoczonych) 10 lipca 2004 roku, gdzie sprzedał się w ponad 100 000 egzemplarzy (osiągając 6. miejsce na liście Billboard Hot 100), co zapewniło mu status złotej płyty. Jeszcze większym sukcesem cieszył się drugi singiel promujący (jako pierwszy wydany również poza USA): „Since U Been Gone” [nr 2], wydany 16 listopada. Dynamiczny utwór sprzedał się w 1 200 000 egzemplarzy w Stanach Zjednoczonych (zajmując 2. miejsce na liście Billboard Hot 100), uzyskując status sześciokrotnej platynowej płyty.

Kolejne dwa single wyszły w 2005 r. Trzecim singlem promującym był rockowy utwór „Behind These Hazel Eyes” [nr 3], wydany 12 kwietnia, który również okazał się sukcesem. Osiągnął 6. miejsce na amerykańskiej liście Billboard i uzyskał status trzykrotnej platynowej płyty za sprzedaż 600 000 egzemplarzy. Czwartym singlem jest wydana 16 sierpnia ballada „Because of You” [nr 4], która ponoć porusza temat problemów rodzinnych Kelly Clarkson. Utwór utrzymywał się na listach przebojów przez wiele tygodni i był pierwszym dużym sukcesem piosenkarki w Polsce.

Piątym i ostatnim singlem z albumu „Breakaway” był „Walk Away” [nr 8] wydany 17 stycznia 2006 roku. Dynamiczny utwór został wydany w styczniu 2006 roku w USA, gdzie od tego czasu osiągnął status podwójnej platynowej płyty.


PREMIERA I SUKCES

Album „Breakaway” został pierwotnie wydany tylko w Ameryce Północnej. W USA zadebiutował na trzecim miejscu listy „Billboard 200”. „Breakaway” pokrył się sześciokrotną platyną i stał się trzecim najlepiej sprzedającym się albumem 2005 r. w tym kraju. Album przyniósł Clarkson pierwszą nagrodę Grammy w kategorii Najlepszy Album Pop. Tytułowy singiel, zgodnie z zapowiedziami Whitney Houston, wykorzystano do promocji filmu „Pamiętnik Księżniczki 2”, co przyczyniło się do większego sukcesu komercyjnego. Singiel osiągnął szóste miejsce na liście „Billboard Hot 100”.

Do promocji albumu, Clarkson zorganizowała trzy trasy koncertowe: Breakaway World Tour (2005–2006), Hazel Eyes Tour (2005) i Addicted Tour (2006).


link: https://youtube.com/playlist?list=PLNPGM2D7aODckCLVt-c0IULou1WO8w8v1&si=3NtEZfLB8JfGXrXu

poniedziałek, 21 września 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


BOLESŁAW PRUS : KRONIKARZ WARSZAWY


Cześć wszystkim. W ramach „tygodnia z Lalką”, zapraszam wszystkich na ostatni odcinek tego podcyklu, w którym przybliżę sylwetkę autora czterokrotnie adaptowanej powieści: Bolesława Prusa. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Bolesław Prus naprawdę nazywał się Aleksander Głowacki i urodził się 20 sierpnia 1870 roku w Hrubieszowie na Lubelszczyźnie. Osierocony jeszcze przed dziesiątym rokiem życia (jego matka zmarła gdy Aleksander miał 3 lata, a ojciec: gdy chłopak miał 9 lat), trafiał pod opiekę babci, a gdy ona zmarła, zaopiekowała się nim ciocia. W końcu opiekę nad nim przejął starszy o trzynaście lat brat, Leon, z którym przeniósł się do Kielc, gdzie rozpoczął naukę w tamtejszym gimnazjum.

Zainspirowany przez brata, mając 16 lat przerwał naukę i wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Dostał się do rosyjskiej niewoli, jednak ze względu na młody wiek oraz dzięki wstawiennictwu ciotki, po wyjściu ze szpitala pozwolono mu wrócić do Lublina i zamieszkać z rodziną. W 1864 r. opublikował w „Kurierze Niedzielnym” wiersz „Do Pegaza” podpisany pseudonimem Jan w Oleju. Widmo uczestnictwa w Powstaniu jednak nad nim ciążyło i za ledwie dziesięć dni po publikacji wiersza został aresztowany za uczestnictwo w zrywie. Sąd wojskowy pozbawił go szlachectwa, a następnie oddał pod opiekę wuja Klemensa Olszewskiego, gdyż opiekujący się dotychczas młodszym bratem Leon Głowacki cierpiał na nieuleczalną chorobę psychiczną. Po zwolnieniu z więzienia Aleksander kontynuował naukę w lubelskim gimnazjum, które ukończył 30 czerwca 1866 r. z wynikiem celującym.

Nosił się z zamiarem studiowania w Petersburgu, jednak z powodów finansowych nie stać go było na to. Ostatecznie rozpoczął studia w Szkole Głównej w Warszawie na wydziale Matematyczno-Fizycznym. Zdany tylko na siebie w Warszawie, dorabiał jako guwerner i korepetytor, z czego jednak nie otrzymywał zbyt dużych zysków. Z powodu trudności materialnych, na trzecim roku, przerwał studia i przeniósł się do Puław, gdzie podjął naukę na Wydziale Leśnym Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, jednak już we wrześniu 1870 r. wrócił do Warszawy, gdyż popadł w konflikt z jednym z rosyjskich profesorów.


KARIERA 

Imał się wielu zawodów, jednak najbardziej znany był jako dziennikarz piszący na łamach „Kuriera Warszawskiego”. Jeszcze zanim tam zadebiutował, opublikował swój pierwszy artykuł, „Nasze grzechy”, w 22 numerze czasopisma „Opiekun Domowy”. Na łamach tego samego czasopisma w 1872 r. ukazywały się też felietony Głowackiego „Listy ze starego obozu”, które autor po raz pierwszy podpisał pseudonimem Bolesław Prus. Głowacki postanowił wówczas używać prawdziwego nazwiska do podpisywania jedynie poważnych artykułów. Z czasem jego pseudonim stał się stały przy podpisywaniu nie tylko artykułów, ale również powieści i nowel. 

W 1874 r. związał się z „Kurierem Warszawskim”, na łamach którego wychodziły pierwsze jego nowele jak „KATARYNKA”, „POWRACAJĄCA FALA”, „ANTEK” (wszystkie trzy z 1880 r.), „KAMIZELKA” (1882), czy „GRZECHY DZIECIŃSTWA” (1883). W 1885 r. opublikował swoją pierwszą powieść, nad którą rozpoczął pracę jeszcze w 1883 r. (wówczas zatytułowaną „Chybioną powieść”). Wydana w 1885 r. przybrała tytuł „ANIELA” i często jest uznawana za kolejną nowelę (w porównaniu do poźniejszych powieści Prusa, jest najkrótsza z nich wszystkich). Natomiast powieść z prawdziwego zdarzenia wydał zaledwie rok potem. Była to „PLACÓWKA” (1886).

W tym czasie Prus, od najmłodszych lat zmagający się z agorafobią, zaczął regularnie wyjeżdżać do położonego w okolicy uzdrowiska w Nałęczowie. Po raz pierwszy wyjechał tam w 1882 roku i potem, przez kolejne 28 lat, jeździł tam na kuracje. Podczas pobytu w uzdrowisku, pisarz zawarł znajomość z innym bywalcem Nałęczowa, również znanym pisarzem: Stefanem Żeromskim (na którego ślubie Prus był świadkiem). Obecnie w Nałęczowie można oglądać pomnik-ławkę Prusa, a także zwiedzać poświęcone mu muzeum. 


STYL

Twórczość Bolesława Prusa należy do największych osiągnięć literatury polskiej. Śmiało można go porównać z Charlesem Dickensem, ponieważ w przeciwieństwie do Henryka Sienkiewicza nie zajmował się krzewieniem serc poprzez przypominanie najważniejszych wydarzeń historycznych, ale problemami społecznymi. 

Tematem jego wczesnej twórczości było przedstawienie krzywdy społecznej skontrastowanej z jałowością życia zamkniętego w swoim świecie ziemiaństwa. W tym czasie Prus był świadkiem tragedii losów ludzkich i niesprawiedliwości społecznej, spowodowanych w znacznej części zderzeniem z wczesnokapitalistyczną gospodarką. Zachodzące zjawiska społeczno-gospodarcze Prus poddawał w swojej twórczości analizie i ocenie.


SZCZYT KARIERY

W l. 1886-1890 Prus wydawał przede wszystkim kolejne felietony i nowele, spośród których na szczególną uwagę zasługuje tomik „Z LEGEND DAWNEGO EGIPTU” (1888). W 1890 r. pisarz wydał pierwszy ze swoich bestsellerów - rozległą panoramę Warszawy pt. „LALKA”. To właśnie dzięki niej, a także za sprawą licznym nowel, autor zyskał miano „kronikarza Warszawy”, którą (mimo osadzenia akcji w latach 70, tuż po Powstaniu Styczniowym) tak dokładnie odmalował (co przełożyło się na organizowane do dziś eventy w rodzaju „spacerów śladami Prusa i Lalki”). Cztery lata potem Prus opublikował kolejną uznaną powieść w swoim dorobku, tym razem społeczno-obyczajową pt. „EMANCYPANTKI” (1894). Dużym zaskoczeniem było ogłoszenie pracy nad powieścią „FARAON”. Wszyscy zakładali że tytuł będzie miał charakter metaforyczny i będzie się odnosił do popularnej wówczas gry karcianej (Prus bowiem nie kojarzony był z literaturą historyczną). Okazało się jednak, że nowa powieść była osadzona w starożytnym Egipcie, a na tle zawartego tam konfliktu między tytułowym faraonem (fikcyjnym Ramzesem XIII), a kapłanem Herhorem (postacią autentyczną), Prus ukazał studium władzy.

Następnie w roku 1909 wydał jeszcze jedną powieść „Dzieci”, w której poddał krytyce rewolucję rosyjską 1905 r. Śmierć pisarza przerwała prace nad ostatnią, niedokończoną powieścią „Przemiany” (1911–1912 w „Tygodniku Illustrowanym”). Warto w tym miejscu dodać, że Prus – jeszcze przed opublikowaniem „Lalki” – rozpoczął pisanie powieści „Sława”, która po wydaniu historii Wokulskiego i Łęckiej miała być pomyślana jako potencjalna kontynuacja. Projekt ten jednak Prus porzucił.

Pod koniec życia, dzięki ożywionej działalności publicystycznej (głównie w l. 1904–1905) Prus stał się wielkim autorytetem w oczach opinii publicznej. Był postrzegany jako wzorowy reprezentant postawy zgodnej z założeniami pracy organicznej i utylitaryzmu. Do końca życia pisarz chętnie brał udział w akcjach społecznych i obejmował patronat wielu inicjatyw oraz przedsięwzięć. Został opiekunem sierot z Towarzystwa Dobroczynności, brał udział w spółce zakładającej Seminarium dla Nauczycieli Ludowych na Ursynowie, był prezesem Stowarzyszenia Kursów dla Analfabetów Dorosłych. Nic zatem dziwnego, że gdy zmarł w 1910 roku i pochowano go na warszawskich Powązkach, na jego grobie wyryto znamienne określenie: „SERCE SERC”.



Bolesława Prusa warto docenić za rzetelny obraz Warszawy, a także za podejmowane przez niego tematy społeczne (nie tylko jemu współczesne) i obyczajowe. Dzięki podejmowanej tematyce, autor - chociaż należący do pozytywistów - wyróżniał się na tle twórczości Henryka Sienkiewicza i można go śmiało porównać do innych autorów podejmujących podobną tematykę, jak chociażby do Charlesa Dickensa.


link: https://lubimyczytac.pl/autor/19097/boleslaw-prus