środa, 4 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. W kolejnym odcinku „Książkospektywy” zagłębimy się w jedną z najbardziej znanych serii szpiegowskich. I bynajmniej nie mam tu na myśli Jamesa Bonda, choć o nim artykułu w „Książkospektywie” nie wykluczam w przyszłości. A tymczasem zapoznamy się z historią serii „JASON BOURNE”. Zaczynamy.


HISTORIA SERII

Seria „Jason Bourne”, stworzona przez Roberta Ludluma i kontynuowana przez Erica van Lustbadera, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych cykli sensacyjnych XX i XXI wieku. Wydana przez wydawnictwo Albatros, stała się synonimem doskonale skonstruowanego thrillera, w którym napięcie, psychologia i międzynarodowa intryga splatają się w fascynującą opowieść o człowieku bez przeszłości.

Ludlum wpadł na pomysł stworzenia serii o Bournie, łącząc fascynację prawdziwymi, międzynarodowymi terrorystami owych czasów z osobistym doświadczeniem medycznym oraz chęcią stworzenia historii o człowieku zmuszonym do konfrontacji z własną, nieznaną przeszłością. Wspomnianym doświadczeniem medycznym była amnezja, na którą Ludlum zapadł na 12 godzin.


OMÓWIENIE TOMÓW

Ludlum napisał trzy powieści o Bournie: „Tożsamość Bourne`a”, „Krucjata Bourne`a” i „Ultimatum Bourne`a”. Naprawdę nazywa się David Webb, natomiast „Jason Bourne” to jeden z jego kryptonimów. Na przestrzeni trzech tomów bohater tropi seryjnego mordercę o pseudonimie Carlos (inspirowanej autentycznym zamachowcem Szakalem, wokół którego i fikcyjnego zamachu na prezydenta de Gaulle`a swoją klasyczną powieść sensacyjną „Dzień Szakala” napisał Frederick Forsyth).

Po śmierci Roberta Ludluma w 2001 roku (zdążył przed śmiercią obejrzeć materiały do powstającej w tym czasie adaptacji „Tożsamości Bourne`a” z Mattem Damonem), jego spadkobiercy na kontynuatora serii wybrali Erica Van Lustbadera. Do 2017 roku napisał jedenaście kontynuacji, zaczynając od „Dziedzictwa Bourne`a” (luźno zaadaptowanej w 2012 roku: o ile bohaterem książki nadal jest Jason Bourne, o tyle w filmie pałeczkę po nim przejmuje agent Aaron Cross grany przez Jeremiego Rennera). Ostatni tom napisany przez Van Lustbadera nosił tytuł: „Zagadka Bourne`a”. Van Lustbader miał także napisać powieść pt. „The Bourne Nemesis”, ale premiera została odwołana.

Za to na miejsce Erica Van Lustbadera wybrano kolejnego kontynuatora serii: Briana Freemana. Na przestrzeni siedmiu lat (2020-2026) napisał kolejne osiem kontynuacji. Jego pierwszą „bourne`owską” powieścią była książka pt. „The Bourne Evolution”, natomiast ostatnia nosiła tytuł „The Bourne Revenge”. Żadna z tych kontynuacji, póki co, nie została wydana w Polsce.


PODSUMOWANIE

Seria łączy dynamiczną akcję, szpiegowskie napięcie i głębię psychologiczną, dzięki czemu zyskała status kultowej zarówno w literaturze, jak i w kinie. Robert Ludlum stworzył wzór współczesnego bohatera – inteligentnego, nieustępliwego i tragicznie ludzkiego. Z kolei Lustbader tchnął w sagę nową energię, rozbudowując świat Bourne’a o współczesne konflikty polityczne, cyberterroryzm i globalne sieci wpływów.

Seria „Jason Bourne” to mistrzowskie połączenie akcji, emocji i refleksji nad naturą człowieka. Każda książka to zaproszenie do świata, w którym stawką jest nie tylko życie, ale i prawda o samym sobie. I nie ma znaczenia, czy kolejne książki o Jasonie Bournie wychodziły spod pióra Roberta Ludluma, czy jego następców.


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/68/jason-bourne

wtorek, 3 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. Zapraszam was tym razem w podróż do muzycznych lat 90, w których zapoznamy się z historią grupy All-4-One i debiutanckiego, TYTUŁOWEGO, krążka. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Historia zespołu sięga czasów producentów Tima O'Briena i Gary'ego St. Claira, którzy mieli swój udział w jego powstaniu. Jamie Jones, Tony Borowiak i Alfred Nevarez śpiewali jingle dla stacji radiowej KAVS-FM w Antelope Valley, kiedy producent muzyczny Gary St. Clair poprosił ich o nagranie utworu „So Much in Love” dla wytwórni Blitzz, filii Atlantic Records. Do trójki członków dołączył Delious Kennedy, tworząc w ten sposób kwartet.

Umowa z Blitzz pierwotnie zakładała wydanie tylko jednego singla. Utwór jednak stał się hitem, a grupa rozpoczęła pracę nad debiutanckim albumem, który zawierał autorskie kompozycje. Produkcją albumu zajęli się zarówno O'Brien, jak i St. Clair. Nazwa zespołu pochodzi od nazwiska Tima O'Briena. Prace nad krążkiem zatytułowanym po prostu „All-4-One” trwały na przełomie 1993-1994 roku, a sam album został wydany 12 kwietnia 1994 roku.


UTWORY PROMUJĄCE

Pierwszy singiel All-4-One, wydany 20 grudnia 1993 roku „So Much In Love” [nr 1], osiągnął status złotej płyty RIAA i znalazł się w pierwszej piątce listy przebojów. Warto też dodać, że wersja „So Much in Love”, która znajduje się na wydaniu Atlantic Records, ale nie jest dostępna wydaniu Blitzz Records, jest wersją rozszerzoną o czasie trwania 4:18.

Kalifornijski kwartet muzyczny szybko zaznaczył swoją pozycję w branży jako czołowi twórcy ballad. Ich drugi singiel, „I Swear” [nr 4], przez 11 kolejnych tygodni (od chwili premiery 28 kwietnia 1994 roku) zajmował pierwsze miejsce na liście „Billboard Hot 100”, a sprzedaż znacznie wzrosła, utrzymując się na pierwszym miejscu w 1994 roku i zajmując trzecie miejsce na liście przebojów ery rocka.

Kolejne piosenki promujące, wydane na przełomie 1994-1995 roku, były konsekwencją dwóch pierwszych sukcesów w branży muzycznej. 6 września premierę miał utwór „Breathless” [nr 8], z kolei 24 stycznia 1995 roku w rozgłośniach radiowych rozbrzmiał utwór „(She`s Got) Skillz” [nr 7].


PREMIERA I SUKCES

Hit All-4-One „I Swear” zdobył nagrodę Grammy w 1995 roku w kategorii „Najlepszy występ popowy duetu lub grupy z wokalem” i przez jedenaście tygodni utrzymywał się na pierwszym miejscu listy Billboard Hot 100, a także przez sześć tygodni na pierwszym miejscu na Australian Singles Chart i przez siedem tygodni na drugim miejscu na UK Singles Chart. Inne przeboje grupy, które uzyskały certyfikat Złotej Płyty RIAA, to covery utworów „So Much in Love” (1993), „I Can Love You Like That” (1995) oraz „Someday” ze ścieżki dźwiękowej do animowanego filmu wytwórni Walta Disneya pt. „Dzwonnik z Notre Dame” z 1996 roku.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PL8HY4LxrPyYDbnIjuS2luCfvyEpXCzxyY

poniedziałek, 2 marca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


KEVIN WILLIAMSON : MAINSTREAMOWY PRZEŁOM


Cześć wszystkim. Od piątku można oglądać najnowszą odsłonę kultowej horrorowej serii „Krzyk”, za którą tym razem odpowiadać będzie Kevin Williamson. Recenzji będzie można się spodziewać jeszcze w tym miesiącu, a póki co zapraszam was na sylwetkę jego reżysera i scenarzysty pierwszych czterech części.


MŁODOŚĆ

Williamson urodził się w New Bern w Karolinie Północnej jako młodszy syn Faye i Ottisa Wade'a Williamsonów, rybaka, który zajął się handlem narkotykami, obsługując tramwaj morski i odsiedział wyrok w więzieniu. Dzieciństwo spędził w Aransas Pass w Teksasie, niedaleko Corpus Christi. Rodzina Williamsona wróciła do Karoliny Północnej, aby mógł uczęszczać do szkoły średniej. Następnie studiował na East Carolina University w Greenville w Karolinie Północnej, gdzie uzyskał tytuł licencjata sztuk pięknych w dziedzinie sztuk teatralnych.

Co ciekawe, z horrorami i makabreską miał styczność od najmłodszych lat. W wywiadzie dla Melissy Maerz z Entertainment Weekly Williamson powiedział:


Kiedy dorastałem, rodzice zabierali mnie do Muzeum Poego w Richmond w Wirginii. Był to mały domek w centrum miasta, a na ścianach widniał napis „Kruk”. Trzeba było chodzić z pokoju do pokoju, żeby przeczytać całą historię. Uważałem to za najfajniejszą rzecz na świecie”.


KARIERA

Po ukończeniu studiów przeniósł się do Nowego Jorku, aby rozpocząć karierę aktorską. Chociaż zagrał w operze mydlanej „Another World” w 1990 r., rok później przeniósł się do Los Angeles, gdzie zagrał drugoplanowe role w serialu telewizyjnym „In Living Color”, filmach „Dirty Money” i „Hot Ticket” oraz w wideoklipach. Studiując scenopisarstwo na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles napisał swój pierwszy scenariusz „Killing Mrs. Tingle” (później przemianowany na „Teaching Mrs. Tingle”), który w 1995 roku został kupiony przez firmę producencką i odłożony na półkę.

Przełomem w jego scenopisarskiej karierze był skrypt do slashera „KRZYK”. Inspirację znalazł w odcinku magazynu „Turning Point”, na łamach którego zamieszczono historię seryjnego mordercy z Florydy polującego na studentów. Innowacją względem poprzednich slasherów były meta-komentarze. Bohaterowie filmu byli horrorowymi geekami: oglądali horrory i wiedzieli jakimi regułami ten gatunek się rządzi, co w teorii miało im dać szansę na przetrwanie z ręki seryjnego mordercy paradującego w masce inspirowanej (podobnie jak sam tytuł) słynnym obrazem Edvarda Muncha. Za reżyserię filmu miał odpowiadać – przeżywający lekki kryzys twórczy – Wes Craven, który dopiero co pożegnał się z inną serią slasherów, „Koszmarem z ulicy Wiązów” (zaledwie rok wcześniej nakręcił „Nowy koszmar Wesa Cravena”). „Krzyk” odniósł ogromny sukces i zapoczątkował nową serię slasherów.

Na fali popularności horroru Cravena, Williamson napisał scenariusz kolejnego slashera: „KOSZMARU MINIONEGO LATA” wykorzystującego z kolei schemat z popularnej miejskiej legendy: seryjnym mordercą był tym razem mężczyzna wyposażony w rybacki hak zamiast jednej dłoni. Choć film był słabszy od „Krzyku” (mimo że w kręgu wielbicieli uchodzi za obiekt kultowy), otworzył drzwi do kariery dla Jennifer Love Hewitt i Sarah Michelle Gellar (jeszcze przed premierą serialu „Buffy, postrach wampirów”). Prócz tego, by nie dać się zaszufladkować jako twórca slasherów z lat 90, Williamson napisał również scenariusz pilotażowego odcinka serialu obyczajowego „JEZIORO MARZEŃ”. Z tego samego roku pochodzi także scenariusz horroru science fiction Roberta Rodrigueza „ONI” inspirowanego klasyczną „Inwazją porywaczy ciał” Dona Siegela.


STYL

Kevin Williamson niewątpliwie wywarł wpływ na popkulturę przełomu lat 90 i 2000. To on właśnie wprowadził elementy meta komentarzy charakterystyczne głównie dla jego horrorów. Scenarzysta słynie też z mieszania przeróżnych gatunków jak horror, teen drama czy thriller psychologiczny. W jego scenariuszach powraca również motyw tajemnicy z przeszłości, dorastania, presji rówieśniczej, a także tożsamości i moralności. Nie mówiąc już o tym, że Williamson jak żaden inny, idealnie rozumie nastoletnią mentalność.


PÓŹNIEJSZE SCENARIUSZE. PRACA W TELEWIZJI

Pod koniec lat 90 Williamson zadebiutował jako reżyser filmem „JAK WYKOŃCZYĆ PANIĄ T.”. Sześć lat później ponowił współpracę z Wesem Cravenem, ale obaj panowie wyraźnie się sparzyli na filmie „Przeklęta”, który miał wykorzystywać popularny w kinie i literaturze motyw likantropii. Klapa filmu sprawiła, że Williamson przerzucił się na pisanie scenariuszy dla seriali.

W 2007 r. napisał scenariusz serialu „Tajemnice Palm Springs”. Z początku planowano, by serial liczył trzynaście odcinków, jednak z powodu spadającej z odcinka na odcinek oglądalności wyemitowano tylko osiem odcinków. Niezrażony klapą, Williamson napisał scenariusz kolejnego serialu, tym razem wykorzystującego inny popularny schemat, tym razem z końcówki lat 2000: „PAMIĘTNIKI WAMPIRÓW” nakręcony na fali sukcesu „Sagi Zmierzch” (sam serial był adaptacją popularnej serii książkowej dla młodzieży z lat 90 autorstwa L J Smith). Kevin Williamson odpowiadał również za scenariusz spin offu „Pamiętników…”, czyli serialu fantastycznego „Tajemny krąg” również na motywach twórczości L J Smith.

W 2011 roku Williamson ponowił po raz kolejny współpracę z Wesem Cravenem, który raz jeszcze przeżywał kryzys twórczy (dopiero co nakręcił horror „Zbaw mnie ode złego”, który został zrównany z błotem). Panowie nakręcili razem czwartą część „Krzyku”, mając w planach realizację kolejnej trylogii (zaprzepaszczonych z powodu śmierci Cravena). Po śmierci przyjaciela, Williamson powrócił do telewizji, pisząc tym razem scenariusz serialu „FOLLOWING” z Kevinem Baconem. Nie zrezygnował jednak z serii „Krzyk” i gdy ogłoszono nowych reżyserów kolejnych części, Williamson pełnił przy nich funkcję producenta. Kiedy Tyler Gillet i Matt Bettinelli-Olpin zrezygnowali z kręcenia siódmej części, Williamson sam zasiadł na stołku reżyserskim.



Za co warto docenić Kevina Williamsona? Za umiejętne mieszanie gatunków i bardzo udane portretowanie młodzieżowej mentalności. A przede wszystkim za trafne meta komentarze, szczególnie widoczne w horrorach, dzięki którym przywrócił do spółki z Wesem Cravenem, slashery do łask.


link: https://www.filmweb.pl/person/Kevin+Williamson-10582

niedziela, 1 marca 2026

HAMNET ****


Praktycznie każdy film o Williamie Szekspirze był w gruncie rzeczy wariacją na temat życia słynnego Stradfordczyka. Wszystko dlatego, bo o jego życiu praktycznie nic nie wiadomo (co poniektórzy negują nawet autorstwo jego najbardziej znanych dramatów, jak „Romeo i Julia” czy „Makbet”; w odpowiedzi Kenneth Branagh – rozsławiony adaptacjami sztuk dramaturga – nakręcił wymownie zatytułowany film „Wszystko o Szekspirze”). Z racji ubogiej wiedzy o Szekspirze filmowcy na dobrą sprawę mogli się pobawić jego życiorysem, robiąc zeń choćby bohatera komedii romantycznych („Zakochany Szekspir” Maddena) lub filmu opartego na teoriach o jego życiu („Anonymus” Emmericha).

Chloe Zhao proponuje nam doszukiwanie się konotacji między życiorysem Szekspira, a fabułą jego dramatów. A konkretnie jednego dramatu: „Hamleta”. Nie spodziewajcie się tylko wariacji na temat legendy o Ogierze Duńczyku, na wpół legendarnym władcy Kronborgu w mieście Helsinor (czyli szekspirowskim Elsynorze). Już na samym początku częstuje widza informacją jakoby na przełomie XVI-XVII w. w Anglii stosowano zamiennie imiona Hamlet i Hamnet, które miały być tym samym imieniem. W założeniu ma to być film o przebytej żałobie po śmierci syna, tytułowego Hamneta, które to wydarzenie miało mieć wpływ na pisany przez Szekspira (Paul Mescal) dramat „Hamlet”.

Tyle że pod kątem scenariusza, film nie powala. Ma zbyt rozbudowany wstęp (przez pierwsze siedemdziesiąt minut obserwujemy jak Szekspir zawiera związek ze swoją żoną, tu nazwaną Agnes), a sam wątek żałoby w filmie pojawia się dopiero na czterdzieści minut przed końcem filmu. Po prostu w tym filmie o żałobie jest za mało żałoby. Być może dałoby się uniknąć tego problemu, gdyby film był niejako podzielony na dwie równe części (tym bardziej, że trwa 120 minut): związek Szekspira z Agnes (bardzo dobra Jessie Buckley) i żałoba po śmierci syna. Tymczasem film, który powinien wzruszać i wywołać fontannę łez, który powinien być głosem na temat żałoby, okazuje się oscarowo wyjątkowo przehajpowany (a podobno Oscar dla „Zakochanego Szekspira” był bardziej pretensjonalny). Aż współczuję Zhao, że po sukcesie „Nomadlandu” za dobrze sobie nie radzi w kinie.

Film w jej reżyserii jest reklamowany jako głęboko emocjonalny, poruszający najczulsze struny u widza. Każdy w swoim życiu przebył jakąś żałobę (niżej podpisany był wielokrotnie, choćby po śmierci Terry`ego Pratchetta albo Wesa Cravena; że już o osobistych tragediach nie wspomnę), a oglądanie tego filmu miało być rodzajem katharsis jak w teatrze (obojętnie, z jakiej epoki). Ukazanie żałoby na ekranie nie należy do prostych rzeczy, choćby dlatego, bo łatwo można wpaść w ckliwość. Zhao unika ckliwości, jednak nie czyni z filmu arcydzieła, co najwyżej poprawnego filmu zachwycającego od strony technicznej i, w mniejszym stopniu, aktorskiej. No i może jeszcze naprawdę poruszającą, finałową (blisko 20-minutową) sekwencją prapremiery „Hamleta”. Na fontannę łez to jednak za mało. A na samego Oscara za scenariusz adaptowany ten film jednak nie zasłużył.

Bardziej prawdopodobne jest, że film zgarnie statuetki za zdjęcia i kostiumy, a może nawet sprzątnie Oscara scenografom pracującym przy „Frankensteinie” del Toro (chociaż tamtejsza była bardziej powalająca). Zdjęcia Łukasza Żala plastycznie zachwycają, a kostiumy Małgosi Turzańskiej wiernie oddają realia XVI-XVII-wiecznej Anglii. Oscara pewnie zgarnie także Jessie Buckley, wiarygodnie ukazująca ból po śmierci syna (chociaż nienominowany Paul Mescal jako Szekspir, na swój sposób, również sugestywnie ukazuje żałobę). I może jeszcze statuetkę dostanie Max Richter za liryczny soundtrack. Reszta, że zacytuję samego Szekspira, „reszta jest milczeniem”.

Moja powściągliwie pozytywna opinia nie powinna dziwić, bo film mocno podzielił i widzów i krytyków. Jedni faktycznie ronią łzy, drudzy wzruszają ramionami. I sami, pewnie, się dziwią tej oscarowej nominacji w głównej kategorii. Podejrzewam, że film i tak zgarnie Oscara za Najlepszy Film, byle tylko nie wygrała antytrumpowa „Jedna bitwa po drugiej”, lub „Grzesznicy” zrobieni przez afroamerykańską ekipę. W mojej opinii byłoby szkoda, bo gdyby scenariusz był lepszy i bardziej zagłębiałby się w aspekt żałoby, być może powstałby o wiele ciekawszy film (co najwyżej poprawnie wyreżyserowany), wykorzystujący fakt historyczny (lub teorię biograficzną, zależy od punktu widzenia), by coś przekazać. A ja, z kolei, nie kręciłbym tak bardzo nosem. W mojej skali ocen film zasłużył na słabą czwórkę.


Reż. Chloe Zhao

Czas trwania: 120 min.

Gatunek: kostiumowy

Tytuł oryg. Hamnet

piątek, 27 lutego 2026

ZMARŁ DAN SIMMONS,

AUTOR "TERRORU" I DYLOGII "HYPERION".


Marcin Klimczuk


Właśnie dotarła do nas smutna wiadomość ze świata literatury fantasy. W wieku 77 lat zmarł bardzo znany pisarz fantasy i science fiction, Dan Simmons. Popularność przyniosła mu powieść "Terror" częściowo inspirowana prawdziwą historią makabrycznej wyprawy grupy polarników z XIX wieku, jednak najbardziej znany jest z dylogii science fantasy "Hyperion" inspirowanej z kolei "Opowieściami kanterberyjskimi". Pisarz zmarł 21 lutego, jednak wiadomość o jego śmierci podano dopiero dzisiaj.

Niżej zamieszczam link z informacją o śmierci Dana Simmonsa:

https://naekranie.pl/aktualnosci/odszedl-dan-simmons-autor-hyperiona-i-terroru-1772223084

WIELKI MARTY *****


Ambicja, niczym wysokie IQ, to dobra rzecz. Dzięki niej można osiągnąć jakiś sukces, nawet gdyby przyszłoby nam na niego zapracować latami. Ale ambicja, ponownie: niczym wysokie IQ, ma też swoje wady: w drodze do osiągnięcia celu można narobić sobie wielu wrogów, nawet wśród dotychczasowych przyjaciół. Chociażby przez górnolotne patrzenie na świat, który nas otacza.

Marty Mauser (znakomity Timothy Chalamet; Leonardo di Caprio ma mocną konkurencję w wyścigu o Oscara za Najlepszą Rolę) ambicję ma wypisaną na twarzy (ba, emanuje z niego jak boska poświata). Dorabia jako sprzedawca butów, a w wolnej chwili gra w pingponga. Jego ambitny cel to wygrana w Mistrzostwach Świata. Ma do tego prawo, bo przecież jest najlepszy na świecie i nikt mu nie powinien podskoczyć. A nawet, jeśli poniesie porażkę, puszczą mu nerwy i zacznie się domagać rewanżu... jakby ktoś jeszcze tego nie zauważył z opisu, bohater jest wyjątkowo antypatycznym i egocentrycznym bucem.

A Timothy Chalamet zjadł dotąd zęby na graniu tego typu postaci filmowych (poczekajcie do grudnia na premierę „Diuny. Części trzeciej”, a przekonacie się jak będzie się prezentował Paul „Muad`Dib” Atryda). Pod okiem czołowego reżysera studia A24, aktor wspina się na wyżyny swego ekranowego egocentryzmu. Jego bohater ma w sobie coś z Charliego Gordona, postaci z powieści „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa, który na skutek odbytej operacji mózgu zyskuje wysokie IQ i takież wysokie mniemanie o sobie (różnica jest taka, że Marty Mauser nie jest osobą niepełnosprawną, nawet intelektualnie). Gdyby ktoś wpadł na pomysł ponownej (po dwóch wcześniejszych) adaptacji wspomnianej powieści, za pewne Chalamet nadałby się idealnie do tej roli. Zwłaszcza gdy, tak jak tutaj, będzie miał zastęp tak dobrych aktorów (zwłaszcza wracającą po sześciu latach Gwyneth Paltrow).

Również Josh Safdie, dotąd realizujący filmy ze swoim bratem, Bennym (który w zeszłym roku sam nakręcił indywidualny film: „Smashing Machine” z Dwaynem Johnsonem), spisał się bardzo dobrze. On sam wyspecjalizował się w portretowaniu ludzi zachłannym, którzy nie cofną się przed niczym by osiągnąć swój cel, a przy tym odpychających i tracących coraz bardziej swoich bliskich. Tak było w „Good Time” z Robertem Pattisonem w głównej roli: jego bohater z jednej strony był odpychający, a z drugiej – trudno było o nim zapomnieć. Jedyne, co Safdiemu nie wychodzi, to zabawa formą: niby akcja toczy się w latach 50, a z głośników pobrzmiewają Tears for Fears i Alphaville z lat 80. Reżyser chce na swój komediowy sposób pokazać jak bardzo lata 50 były podobne do lat 80, ale ja tego nie kupuję, a włączanie dyskografii z dekady późniejszej o trzydzieści lat z lekka wytrąciła mnie z immersji. Zabawa formą lepiej wypadła Paulowi Thomasowi Andersonowi w „Jednej bitwie po drugiej”.

Ktoś powie, że to kolejny sportowy film (tak przy okazji, sekwencji gry w pingponga jest tu jak na lekarstwo). Pod płaszczykiem sportowej rywalizacji, pokazuje jednak jak ambicja potrafi być zabójcza dla zwykłego człowieka, który chce osiągnąć jak najwięcej i jak najwięcej. Jak ambicja potrafi wyobcować zwykłą personę i nie dopuścić do niej nikogo więcej. Trochę na podobnej zasadzie jak (skoro już jesteśmy przy porównaniach z Netflixem) w miniserialu „Gambit królowej”, której bohaterką była mistrzyni gry w szachy, a która z jednej strony osiągała sukcesy w turniejach szachowych (wygryzła samego Dorocińskiego), a z drugiej strony była taką outsiderką, że nie mogła się z nikim związać na dłużej. We wszystkim trzeba znać umiar. Także w byciu ambitnym.


Reż. Josh Safdie

Czas trwania: 140 min.

Gatunek: komediodramat

Tytuł oryg. Marty Supreme

czwartek, 26 lutego 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. W kolejnym odcinku czwartkowego cyklu przybliżymy się NASTOLETNIM PIOSENKARKOM ŚPIEWAJĄCYM PIOSENKI NA KONTROWERSYJNE TEMATY. Na scenie pojawi się osiem wykonawczyń. Rozsiądźcie się wygodnie i załóżcie słuchawki, będzie czego słuchać. Zaczynamy.


8, Madonna, „Like a Virgin”

Madonna nie debiutowała jako nastolatka, ale i tak można mówić o stałych zestawieniach w branży muzycznej, jeśli nie w całej popkulturze. Nawet gdy Madonna nie wzbudzała kontrowersji życiem osobistym lub poglądami, to treściami piosenek i teledyskami. W tym momencie lepszym wyborem byłoby „Like a Prayer” z klipem Mary Lambert po którym piosenkarce grożono ekskomuniką, ale postawię na podobnie zatytułowaną „Like a Virgin”. Co tutaj jest takiego kontrowersyjnego? Sami przyznajcie, czy śpiewanie w sukni ślubnej o byciu dziewicą nie jest dość skandaliczne?

  link: https://youtu.be/s__rX_WL100?si=pZqFiEG85t9Iwfgm 


Po sukcesie jaki Madonna odniosła, każdy kraj chciał mieć piosenkarkę jej pokroju (dosłownie). Tacy Brytyjczycy mięli chociażby Samanthę Fox.


7, Samantha Fox, „Touch Me (I wanna feel you’re body)”

Jak to ująłem w niedawnym omówieniu debiutanckiego albumu Fox, w 1986 r. piosenkarka została zaproszona na otwarte przesłuchanie do Jive Records szukającego „brytyjskiej odpowiedniczki Madonny” do nagrania utworu „Touch Me (I Want Your Body)”. Sukces singla sprawił, że (wtedy 20-letnia) Fox nagrała więcej utworów o dość prowokujących tytułach: „Do Ya Do Ya (Wanna Please Me)”, „Hold on Tide”, „I`m All You Need” „Naughty Girls”, a w 2017 roku nagrała swoją wersję „La Isla Bonita” z repertuaru… Madonny. To się nazywać rozgrzewać parkiety…

  link: https://youtu.be/W1btg3mpEOc?si=GZtQQYHlwSv5Kvki 


Jeśli nie piosenkami lub teledyskami, to swoim scenicznym wizerunkiem nastoletnie piosenkarki prowokowały i wzbudzały kontrowersje. Britney Spears coś by o tym powiedziała.


6, Britney Spears, „…Baby one more time”

Nazywana „księżniczką popu” (w konotacji do Madonny nazywanej „królową popu”), Britney Spears debiutowała na estradzie w wieku zaledwie 16 lat. Biorąc pod uwagę piosenkę „…Baby one more time” (zwłaszcza teledysk) i prowokacyjną okładkę tytułowego albumu, nie trudno o skandal. Britney Spears w obu przypadkach przypominała niewinne dziewczątko, swoistą księżniczkę (i ten wizerunek ciążył nad nią przez kolejne lata), co potem odbiło się na jej stanie psychicznym. Dzięki Bogu, teraz - zwłaszcza po wygranej batalii z ojcem - wyszła na prostą.

  link: https://youtu.be/C-u5WLJ9Yk4?si=yJSse-Qxj9_BUeFE 


Skoro o bulwersującym wizerunku mowa, czas na żeński duet z Rosji, czyli dziewczyny z grupy Tatu. 


5, Tatu, „Ja soszła s uma” 

Nie tylko Spears musiała od początku swojej kariery kreować medialny wizerunek. Dziewczyny z grupy Tatu również. Ilekroć stawały na scenie, w trakcie wykonywania piosenek raz po raz musiały się obejmować i całować, czym wzbudzały podejrzenia odnośnie swojej orientacji seksualnej. Taki wizerunek został utrwalony szczególnie w piosence „Ja soszła s uma”. Po latach obie dziewczyny wyznały, że wbrew podejrzeniom fanów, wcale nie są lesbijkami. To wyznanie odbiło się jednak na karierze, która z roku na rok coraz bardziej malała. Oto jak buduje się karierę na skandalu.

  link: https://youtu.be/Ur2d44hyRQc?si=61jmkapDx_Pr6xl3 


Ale dwie dekady wcześniej też nie trudno było o skandale wokół piosenek i ich wykonawczyń. Przykład pochodzi prosto z soundtracku finałowego sezonu „Stranger Things”.


4, Tiffany, „I think we’re alone now”

Bracia Duffer chyba średnio się przejmowali skandalem jaki wywołała piosenka Tiffany. W chwili nagrywania „I think we’re alone now” (notabene coveru piosenki Tommy Jamesa & The Shondells) artystka miała piętnaście lat. I już wtedy wokół jej wykonania było głośno, bo jak tak młoda piosenkarka może śpiewać o zakazie uprawiania seksu (i to niby słuchała córeczka Wheelerów!?)… Swoją drogą, ciekawe jaki był odzew na ostatni, nagrany w latach 2000 przez girlsband Girl Aloud, cover piosenki. Członkinie tej grupy też miały 20-parę lat.

  link: https://youtu.be/w6Q3mHyzn78?si=uLTiKer2W9CSmvJV 


Uważacie, że Tiffany była za młoda by śpiewać o problemach, które dotykały dorosłych? Amy Diamond otwierająca podium powiedziałaby jej: „Potrzymaj mi mikrofon”.


3, Amy Diamond, „What's in It for Me?”

Omawiana piosenka była wielkim przebojem w dorobku młodej artystki, ale w chwili premiery wywołała niemały skandal. I bynajmniej nie z powodu teledysku przedstawiającego dziecinną zabawę. Diamond była zbyt młoda, by móc opowiadać o problemach dotykających osoby dorosłe, jak zdrada małżeńska czy niedochowaniu miłości (a w chwili nagrywania miała t y l k o dwanaście lat) - mniejsza z tym, że mogłaby ich nie rozumieć, ale czy w ogóle powinna o nich opowiadać. Zbulwersowane rozgłośnie radiowe wręcz nie puszczały jej w eterze. Mimo to sukces był.

  link: https://youtu.be/TRv0zlWQvuM?si=4MURu96LqAs5_V21 


Srebro dla jednej z najgłośniejszych francuskich piosenek nagranej przez wówczas młodziutką Vanessę Paradis zapraszającej nas na wycieczkę pewną niewinną taryfą.


2, Vanessa Paradis, „Joe Le Taxi”

Paradis to jedna z najsłynniejszych piosenkarek, które wywołały kontrowersje swoim scenicznym wizerunkiem. Jej menedżer wymyślił sobie by uczynić z niej swoistą lolitkę i na taką była kreowana w pisanych dla niej piosenkach. Bo o czym innym jest słynne „Joe Le Taxi” (bynajmniej nie o „żulach w taksi”, ani o „sezamkach”)? Paradis w chwili nagrywania miała tylko 14 lat, w piosence śpiewa o nocnym życiu Paryża i prowokuje tytułowego taksówkarza, a w wideoklipie, który wywołał największy skandal, nosi się jak w latach 80 i prowokacyjnie kręci bioderkami.

  link: https://youtu.be/Ulay2FvUEd8?si=AtYxxFscT6nwuIqr 


Francuzi są naprawdę bezwstydni, co pokazuje najbardziej kontrowersyjna piosenka nagrana przez nastoletnią gwiazdeczkę estrady, czyli Alizee i jej wielki przebój „Moi Lolita”.


1, Alizee, „Moi Lolita”

Jeśli Vanessa Paradis była kreowana na muzyczną lolitkę, to co dopiero Alizee. Same słowa jej najsłynniejszej piosenki odnosiły się do tytułowej bohaterki kontrowersyjnej powieści Vladimira Nabokova. I to one właśnie, a nie wizerunek Alizee czy wideoklip, wywołały kontrowersje. Autorka tekstu, Mylene Farmer, inspirowała się własnym życiorysem, z kolei w osobie książkowej Lolity odnalazła niemalże bratnią duszę: od najmłodszych lat zmagała się z brakiem akceptacji i stawiała się narzucaniu jej woli. Piosenka o młodocianej kochance była jej głosem buntu.

  link: https://youtu.be/QpbHdIrtpNo?si=xce6EQ8PnVCpniI- 



To była moja lista piosenek nastoletnich piosenkarek na głośne tematy. Które tytuły wam przychodzą do głowy. Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.