czwartek, 4 czerwca 2026

ZMARŁA MARJANE SATRAPI,

IRAŃSKA AKTYWISTKA I AUTORKA KOMIKSU "PERSEPOLIS".


Marcin Klimczuk.


Rano dotarła do nas smutna wiadomość ze świata komiksów i filmów. Nie żyje Marjane Satrapi, autorka komiksów i reżyserka irańskiego pochodzenia. Miała 56 lat. 

Jako autorka komiksów najbardziej znana jest z na wpół autobiograficznego "Persepolis", który w 2009 roku sama przeniosła na ekran w formie animowanego filmu. W późniejszym okresie nakręciła też m.in. czarną komedię "Głosy" z Ryanem Reynoldsem oraz film biograficzny "Skłodowska" z Rosamund Pike w roli Marii Skłodowskiej Curie.

Satrapi znana była też jako aktywistka sprzeciwiająca się doli kobiet w islamskich krajach. Wyraz swego sprzeciwu dała m.in. właśnie w "Perspepolis" (zarówno w komiksie jak i jej adaptacji), który opowiadał o życiu kobiet w Iranie.

Niżej zamieszczał link z informacją o śmierci Marjane Satrapi:

https://www.filmweb.pl/news/Marjane+Satrapi+nie+%C5%BCyje.+Re%C5%BCyserka+g%C5%82o%C5%9Bnego+%22Persepolis%22+mia%C5%82a+56+lat-166940

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Dnia 1 czerwca minęła setna rocznica urodzin MARILYN MONROE. Chociaż mogłem wtedy zamieścić artykuł o samej aktorce, postanowiłem poświecić jej ranking najlepszych ról (tym bardziej, że tego typu rankingów na moim blogu można ostatnio ze świecą szukać). Tak więc bez zbędnych wstępów zaczynamy.


8, panna Casswell [„Wszystko o Ewie”, reż, Joseph L. Mankiewicz]

Zaczynamy od jednego z pierwszych znaczących filmów w dorobku Marilyn Monroe, która w tym okresie jeszcze nie utrwaliła ekranowego wizerunku „głupiej blondynki”, z którym była kojarzona. W nagrodzonym Oscarem dla „najlepszego filmu 1950 roku” dramacie Josepha L. Mankiewicza Monroe wciela się w młodą aktorkę szukającą szczęścia w show-biznesie. Film Mankiewicza to przede wszystkim jednak niezwykle ostra satyra na środowisko aktorów, bezpardonowo obnażająca ich fałsz i bezwzględność.


Monroe zapisała się w świadomości widzów jako ekranowa „głupia blondynka”. Wizerunek ten ukazała m.in. w komedii „Jak poślubić milionera?”.


7, Pola Debevoise [„Jak poślubić milionera?”, reż. Jean Negulesco]

W tej komedii nakręconej przez rumuńskiego reżysera Jeana Negulesco, Marilyn Monroe gra jedną z wielu w swej karierze „głupich blondynek”, która ze swoimi dwoma najlepszymi „psiapiółkami” (granymi przez Betty Grable i Lauren Bacall) marzy o poślubieniu bogatego mężczyzny. Niby wszystko układa się pomyślnie, a trzy kobiety poznają prawdziwych milionerów, jednak film niesie morał, że pieniądze to nie wszystko i nawet nie mając przy sobie złamanego grosza można okazać drugiej osobie prawdziwe uczucie.


Schyłkowe lata życia Marilyn Monroe były pasmem tragedii. Aktorka oddała to najlepiej w swojej ostatniej roli w filmie Johna Hustona.


6, Roslyn Taber [„Skłóceni z życiem”, reż. John Huston]

Ostatni ukończony film tragicznie zmarłej gwiazdy. Za kamerą stanął John Huston, a za scenariusz odpowiadał ówczesny mąż Monroe, Arthur Miller, który nie bez powodu zawarł tu analogie do prawdziwego życia swej żony. Monroe wciela się w atrakcyjną rozwódkę Roslyn, o której względy zabiegają dwaj mężczyźni (grani przez Clarka Gable’a i Montgomery’ego Cliffa). Granie w takiej produkcji miało niestety swoją cenę: analogie do prawdziwego życia Monroe sprawiły, że aktorka popadła w depresję, zaczęła brać leki i zmarła przedwcześnie na skutek przedawkowania.


Jak nie życie osobiste, to współpraca z Monroe nie należały do szczególnie prostych. Sir Laurence Olivier, reżyser „Księcia i aktoreczki”, coś by na ten temat powiedział…


5, Elsie Marina [„Książę i aktoreczka”, reż. Laurence Olivier]

Nakręcona w Wielkiej Brytanii przez Laurence’a Oliviera ekranizacja sztuki „The Sleeping Prince” to romans kostiumowy, którego akcja skupia się na zalotach księcia pewnego fikcyjnego państewka (Laurence Olivier) do aktorki rewiowej (Marilyn Monroe). W obrazie artystka odegrała jedną ze swoich najlepszych ról, jednak praca nad filmem nie należała do pomyślnych: aktorka non stop spóźniała się na plan zdjęciowy wpędzając Oliviera w szewską pasję, a jak już przychodziła, to zawsze nieprzygotowana. Świetnie to pokazano w filmie „Mój tydzień z Marilyn”.


Jedną z najbardziej znaczących, także dla rozwoju gatunku do którego film należał, produkcji z udziałem Marilyn Monroe była „Asfaltowa dżungla”.


4, Angela Finley [„Asfaltowa dżungla”, reż. John Huston]

Pierwszy wspólny film Hustona i Monroe (i zarazem łabędzi śpiew filmów noir) łączy w sobie czarny kryminał i komedię kryminalną. Film z 1950 r. przedstawia perypetie gangu złodziei, której członkowie, rozczarowani wielkomiejskim życiem, przeprowadzają skrupulatnie przygotowany napad na bank, aby zdobyć pieniądze na opuszczenie degenerującej ludzkość aglomeracji. Z kryminałami noir nierozerwalnie związane są femme fatale i taką też postać odgrywa na drugim planie Monroe: jej „kobieta fatalna” doprowadza gangsterów do (finansowej) zguby.


Na podium uplasowały się najbardziej ikoniczne role w dorobku Marilyn Monroe. Srebro za stanie nad przejeżdżającym pod spodem metrem w zwiewnej, białej sukni. 


3, bezimienna lokatorka Richarda, głównego bohatera [„Słomiany wdowiec”, reż. Billy Wilder]

Billy Wilder niewątpliwie wiedział jak wykorzystać wizerunek Monroe. Film opowiada historię mężczyzny w średnim wieku (Tom Ewell), który pod nieobecność żony i dzieci przebywających na wakacjach, toczy ze sobą prawdziwą walkę wewnętrzną, by nie ulec czarowi swojej atrakcyjnej sąsiadki (Marilyn Monroe). Film, chociaż dziś trąci już myszką, zapisał się w popkulturze złotymi zgłoskami. To właśnie z niego pochodzi legendarna (dziś jawiąca się jako przejaw seksizmu) scena, w której podmuch przejeżdżającego metra podwiewa białą sukienkę aktorki.


Najsłynniejszą postać „głupiej blondynki” Monroe zaprezentowała w filmie Howarda Hawksa, który nie tylko wywarł wpływ na wizerunek aktorki, ale też na popkulturę.


2, Lorelei Lee [„Mężczyźni wolą blondynki”, reż. Howard Hawks]

To bez wątpienia jeden z najbardziej znanych filmów z udziałem Monroe, który na dodatek utrwalił wizerunek aktorki jako „głupiutkiej blondynki”. Aktorka gra tutaj słodką, nierozważną blondynkę z estrady, Lorelei Lee, której serce bije nie dla mężczyzn, ale dla kosztownych diamentów. Z obrazu pochodzą takie piosenki, jak „Bye Bye Baby”, „A Little Girl from Little Rock” i, zwłaszcza, „Diamonds Are a Girl’s Best Friends”. I jako się rzekło, film wywarł wpływ nie tylko na samą Monore, ale i na popkulturę (obejrzyjcie wideoklip piosenki „Material Girl” Madonny).


Nie tylko „Słomiany wdowiec” okazał się sukcesem we współpracy Wildera z Monroe. Absolutną klasyką okazało się „pół żartem, pół serio”.


1, Sugar Kane Kowalczyk [„Pół żartem, pół serio”, reż. Billy Wilder]

Wilder zebrał tutaj do kupy wszystkie elementy, które złożyły się na wizerunek Marilyn Monroe. Aktorka, która nawet na plan zdjęciowy tego filmu, regularnie się spóźniała i była notorycznie nieprzygotowana, wciela się w śpiewaczkę estradową, od której wzrok ciężko jest oderwać (nawet gdy jest się przebranym za kobietę muzykiem jazzowym). Film stanowiący miks kryminału noir i komedii pomyłek, zawiera też kilka znanych utworów i wiele niezapomnianych scen okraszonych ikonicznymi tekstami (na czele z moim ulubionym stwierdzeniem: „Nobody’s perfect”).



To była moja lista ról Marilyn Monroe. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

wtorek, 2 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Bonjour. Wczoraj obchodziliśmy Dzień Dziecka. Z tej okazji przybliżę historię płyty nagranej przez (wówczas) nastoletnią gwiazdę estrady. Mój wybór padł na album (wtedy) piętnastoletniej Vanessy Paradis pt. M & J”. Commençons.


HISTORIA ALBUMU

Vanessa Paradis po raz pierwszy wystąpiła na scenie w wieku siedmiu lat za sprawą swego wuja Didiera Paina, producenta muzycznego, który zaproponował jej występ w amatorskim przesłuchaniu „L’école des enfants”. Zaśpiewała tam piosenkę „Emilie Jolie”, która została pokazana we francuskiej telewizji 3 maja 1980. Jak sama o sobie mówiła:

Nikt nie musiał mnie zmuszać do śpiewania, bo zawsze sama tego chciałam. Kiedy przychodzili do mnie koledzy i koleżanki, urządzaliśmy wspólnie prawdziwe show. Opracowywaliśmy razem choreografię i śpiewaliśmy piosenki. Wtedy zaczęłam słyszeć od innych: 'O rany, ona potrafi śpiewać w odpowiedniej tonacji'. To było miłe”.

W 1985 roku, również z pomocą wuja, zarejestrowała piosenkę „La magie des surprises-parties”, która nie została wydana na singlu, ale dzięki niej doszło do spotkania z kompozytorem Franckiem Langolffem i twórcą tekstów Etienne’em Roda-Gilem, którzy obiecali napisać piosenkę dla wówczas 13-letniej Vanessy Paradis. Utwór „Joe le Taxi” został wydany w 1986 roku i stał się ogólnoeuropejskim przebojem.

W tle sukcesu piosenki pojawiły się kontrowersje z powodu prowokującego jak na tamte czasy muzycznego wizerunku debiutującej piosenkarki. Odbiorców oburzyło stylizowanie młodziutkiej piosenkarki na dorosłą kobietę. Kokietowała, kusiła gestami i często nosiła niestosownie krótkie spódnice. Ponoć kobiety na ulicy, gdy tylko ją widziały, pluły jej prosto w twarz. Uczniowie szkoły, do której uczęszczała, złożyli specjalne pismo, by usunąć ją ze szkoły. Ona natomiast tylko dolewała oliwy do ognia.

Mając 16 lat, Paradis rzuciła edukację, by poświęcić się w całości karierze muzycznej. Po wydaniu drugiej płyty, do której muzykę napisał Serge Gainsbourgh, otrzymała też Cezara za debiut w filmie „Białe małżeństwo”. Przez następne pięć lat koncentrowała się na karierze muzycznej, odrzucając role w obrazach Pedro Almodóvara i Johna Boormana.


UTWORY PROMUJĄCE

Płyta była promowana przez pięć piosenek i już pierwsza z nich, przesławne „Joe le Taxi” [nr 6] wydane w kwietniu 1987 roku, odbiła się szerokim echem w eterze jak i w popkulturze (o czym, zresztą, przed chwilą pisałem).

Kolejne dwa utwory wydano dopiero w 1988 r. Pierwszy z nich, oddający hołd Marilyn Monroe (której setna rocznica urodzin przypadła wczoraj) i Johnowi F. Kennedy`emuMarilyn i John” [nr 1], został wydany w czerwcu (na płycie można też znaleźć anglojęzyczną wersję [nr 10]), a drugi utwór promujący - „Maxou” [nr 2] - zadebiutował w radiu w listopadzie.

Czwarta piosenka promująca, „Coupe coupe” [nr 7] pojawiła się w marcu 1989 roku. Piąty, najmniej popularny ze wszystkich „Mosquito” [nr 4], zadebiutował we wrześniu tego samego roku.


PREMIERA I SUKCES

Mimo kontrowersji towarzyszących premierze, płyta Vanessy Paradis odniosła ogromny sukces, debiutując na 13 miejscu list najchętniej kupowanych albumów muzycznych we Francji (przy okazji posypała się tam platyną). Na liście European Albums magazynu muzycznego „Music & Media” zajęła 58 pozycję, z kolei na niemieckich listach trafiła na 61 miejsce.

Poza wspomnianą platyną, album posypał się też złotem w aż dwóch krajach: w Kanadzie i w Szwajcarii.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PLEDJw8TP922-u2k5-iJgVkFcbRpv_Tfrn

niedziela, 31 maja 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „BOHATEROWIE POPKULTURY”


Cześć wszystkim. Przeniesiemy się dziś do quasi XVI- i XVII-wiecznej Ameryki Północnej, by zapoznać się z jedną z postaci wykreowanych przez Roberta E. Howarda, SOLOMONA KANE’A. Siodłamy konie i wiśta wio. Zaczynamy


Dane:

Twórca: Robert E. Howard

Odtwórca: James Purefoy [„Solomon Kane. Pogromca zła”, reż. M. J. Bassett]


HISTORIA POWSTANIA. GENEZA POSTACI.

Postać Solomona Kane’a, wymyślona przez Roberta E. Howarda, pod wieloma względami może przywodzić na myśl innego literackiego pogromcę potworów: łowcę wampirów, Abrahama van Helsinga. Solomon Kane to ponury purytanin z końca XVI i początku XVII wieku, który wędruje po świecie bez wyraźnego celu, jakim jest pokonanie zła we wszelkich jego formach. Choć główny bohater jest purytaninem, jego przygody rozgrywają się nie tylko w Stanach Zjednoczonych - Howard umieszczał jego przygody także w innych rejonach świata, często zabierają go z Europy do afrykańskich dżungli i z powrotem.

Solomon Kane zadebiutował ponad sto lat temu (konkretnie w 1928 roku), na łamach magazynu „Weird Tales”. Kiedy na łamach słynnego, pulpowego magazynu opublikowało opowiadanie o Conanie Barbarzyńcy (w grudniu 1932 roku), redaktorzy napisali przed nim: 


„Jego autor, Robert E. Howard, jest już ulubieńcem czytelników ze względu na swoje historie o Solomonie Kanie, ponurym angielskim purytanie i łagodzącym krzywdy”.


Nie trudno dostrzec w Solomonie Kanie inspiracji Abrahamem van Helsingiem, aczkolwiek akcja „Draculi” Brama Stokera osadzona jest w II połowie lat 90 XIX wieku. 


CHARAKTER 

W opowiadaniu „Księżyc Czaszek” Robert E. Howard opisał Kane'a jako 


„człowieka, który narodził się poza swoją epoką – dziwne połączenie purytanina i kawalerzysty, z domieszką starożytnego filozofa i czymś więcej niż tylko domieszką poganina, choć to ostatnie stwierdzenie wstrząsnęłoby nim niewypowiedzianie. Był atawistą czasów ślepej rycerskości, błędnym rycerzem w ponurym stroju fanatyka. Głód w duszy pchał go naprzód i naprzód, pragnienie naprawienia wszelkich krzywd, ochrony słabszych, pomszczenia wszystkich zbrodni przeciwko dobru i sprawiedliwości”. 


Solomon Kane jest głęboko pobożnym purytaninem. Charakteryzuje go fanatyzm, niezachwiana wiara i religijna gorliwość. Jego imię nawiązuje do króla Salomona (z ang King Solomon), który był prawy i mądry. Jego moralność jest surowo czarno-biała, nie dopuszczając żadnych szarych stref niepewności. Dla Kane'a niegodziwcy są niegodziwcami, a sprawiedliwi sprawiedliwymi, z niewielką dozą pośrednictwa. Jego nazwisko, Kane, nawiązuje do Kaina (z ang Kane), pierwszego mordercy w Biblii, i wskazuje na jego niebezpieczną naturę i gotowość do odbierania życia innym. Podobnie jak Conan Barbarzyńca, Kane wykazuje głębokie poczucie rycerskości i przyzwoitości, broniąc niewinnych i słabych przed ich nikczemnymi ciemiężycielami.

Kane przeżywa niekończącą się odyseję, by zniszczyć zło i ciemność w imię Boga. Wydaje się również, że nie dba o własne życie i bezpieczeństwo, poświęcając lata swojego życia na ściganie i tropie złoczyńców, którzy zasłużyli na karę. To archetyp wędrownego bohatera, nie oczekującego nagrody za swoje czyny.


W JAKICH PRODUKCJACH WYSTĘPUJE?

Pomijając komiksy powstałe na fali popularności opowiadań Roberta E. Howarda (od wydawnictw Marvel i Dark Horse), o Solomonie Kanie nakręcono jeden film. W przeciwieństwie do „Conana Barbarzyńca” z Arnoldem Schwarzeneggerem, „Solomon Kane. Pogromca zła” nie był adaptacją konkretnego opowiadania lub kilku opowiadań Roberta E. Howarda, a jedynie luźną inspiracją postacią wykreowaną przez amerykańskiego pisarza. Co ciekawe, reżyser filmu, M. J. Bassett, wrócił niedawno do twórczości Howarda, tym razem adaptując przygody Czerwonej Sonii. 

sobota, 30 maja 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Maj dobiega końca, szkoły powoli zamykają swoje podwoje, a programy telewizyjne kończą swoją emisję do jesieni. Czas pomyśleć o wakacjach. Dlatego w dzisiejszym odcinku mojego sobotniego cyklu przeniesiemy się do roztańczonych lat 90, by posłuchać historii piosenki „BEAUTIFUL LIFE” Ace of Base. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Utwór został napisany 1 stycznia 1994 roku przez członka zespołu Jonasa Berggrena podczas jego pobytu na Wyspach Kanaryjskich. W tym czasie poprzedni album Ace of Base, „The Sign” (znany też w Europie pod tytułem „Happy Nation”) osiągnął pierwsze miejsce na liście Billboard Hot 100 w USA, co było inspiracją do napisania utworu. Jak sam Berggren wspominał:


„Byłem na Wyspach Kanaryjskich w Hiszpanii i ostatniego wieczoru po prostu usłyszałem w głowie piosenkę „Beautiful Life”. Mam zdolność słyszenia trzech różnych melodii jednocześnie – to bardzo pomocne podczas komponowania piosenek. Na przykład melodia, bas i flet w refrenie. Opuszczanie wysp było melancholijne, a wieczór był cudowny, z tym nastrojem i zachodem słońca. To było piękne życie!”.


Podczas późnego lotu powrotnego Berggren usłyszał kilka akordów i zaczął je nucić, dzięki czemu tak powstała piosenka. Musiał ją szybko nagrać, żeby jej nie zapomnieć. Berggren włączył do utworu elementy gospel, a wzruszający śpiew gospel pod koniec został skomponowany przez czteroosobowy żeński zespół Denniza Popa. Wielokrotnie nagrywały te wokale, aby uzyskać maksymalny, soulowy efekt.

W wywiadzie z 2018 roku Ulf Ekberg powiedział, że Michael Jackson, po tym, jak poprosił zespół o spotkanie podczas występu z „Beautiful Life” na World Music Awards w Monako, powiedział im, że uważa to za najlepszą piosenkę, jaką słyszał od wielu lat.


ANALIZA

Trudno o lepszą piosenkę na rozpoczęcie sezonu letniego 2026. „Beautiful Life” pod płaszczykiem tanecznego utworu na gorące, letnie wieczory opowiada o czerpaniu z życia pełnymi garściami. Żyje się tylko raz (choć pewien agent Jej Królewskiej Mości za pewne by z tym polemizował…), a życie bywa kruche, dlaczego więc nie spędzić czasu na niekończącej się zabawie? Albo wybrać się na spotkanie ze znajomymi. Człowiek ma tyle możliwości do wyboru. Niedługo po sukcesie tej piosenki, Ace of Base się rozpadł, ale trzeba przyznać że zakończyli swoją działalność nad wyraz optymistyczną i taneczną nutą. Jak to pisał Horacy: „Carpe Diem” („Chwytaj dzień”).


PREMIERA I SUKCES

Piosenka została wydana 20 października 1995 roku, stając się kolejnym hitem w dorobku Ace of Base. Zebrała też masę pozytywnych opinii i królowała na listach przebojów. 

J.D. Considine na łamach „The Baltimore Sun” opisał „Beautiful Life” jako „zaprawione techno”, dodając, że utwór „łagodzi swój porywczy puls i pozornie radosny przekaz zapadającą w pamięć smutną melodią”. Larry Flick z magazynu „Billboard” nazwał go „skoczną, niezwykle chwytliwą piosenką, która oddaje się rytmom tanecznym euro-NRG, jednocześnie wciąż eksplorując popowe melodie w stylu ABBY”. Stwierdził, że „nawet krytycy zespołu nie będą w stanie oprzeć się tej lukrowanej słodyczy, z potrząsającymi ramionami perkusjami i chóralnym śpiewem”. Steve Baltin z „Cash Box” nazwał go „absurdalnym”, zauważając, że „w tym utworze kwartet wkroczył w tę dekadę z rockowym, tanecznym rytmem, który ucieleśnia europejskie dziedzictwo zespołu”. Michael R. Smith z „The Daily Vault” nazwał go „perełką techno o wysokiej energii”.  Dave Sholin z Gavin Report skomentował: „Ci, którzy zadają muzyczne pytanie – czy Ace Of Base potrafi powtórzyć? Odpowiedź brzmi: Tak! Tak! Tak!”. Paneuropejski magazyn Music & Media stwierdził, że utwór ma „hiperkinetyczny rytm zwieńczony zabójczym refrenem, który staje się częścią twojego systemu, zanim się zorientujesz”. Recenzent z Music Week ocenił go na trzy z pięciu, zwracając uwagę na „przejście zespołu od lekkiego reggae do czystego europopu” i opisując go jako „podnoszący na duchu, ale niczym niezwykły”.

Neil Strauss, dziennikarz z „The New York Times”, uznał go za „czystą, przesłodzoną przyjemność, z bulgoczącymi klawiszami i szybkim, radosnym rytmem, który zainspiruje większość słuchaczy do zapomnienia o końcu lat 70. i zaakceptowania refrenu – „To piękne życie” – na jedną noc hedonizmu ery disco”. Bob Waliszewski z wydawnictwa „Plugged In” uznał go za „radosne napomnienie, by wytrwać, gdy… Czasy stają się ciężkie.". J.D. Considine z magazynu „Spin” zauważył w artykule o „The Bridge”, że „prawdziwy geniusz Ace of Base tkwi nie w radosnym śpiewie… ale w umiejętności sprawiania, że ​​melancholia brzmi tak cholernie atrakcyjnie”. Ocena jest coraz bardziej zawężona, ponieważ autor nadal twierdzi, że „nawet radośnie zatytułowany utwór „Beautiful life” tłumi swój klubowy tupot rozdzierającym serce refrenem w tonacji molowej”. Recenzent z magazynu „People” wyraził opinię, że „oferuje on eksplozję skocznego techno”. Chuck Campbell ze „Scripps Howard News Service” stwierdził, że jest to „zaraźliwa” i „pełna energii piosenka taneczna, która emanuje niepohamowanym optymizmem (i unika reggae'owego rytmu poprzednich amerykańskich hitów zespołu)”. Dodał, że „siostry Berggren śpiewają w utworze wykrzykniki w stylu ABBY”.

Jak wspomniałem, „Beautiful Life” odniosło wielki sukces na całym świecie, osiągając pierwsze miejsce na liście RPM Dance/Urban w Kanadzie i na liście Billboard Hot Dance Club Play w Stanach Zjednoczonych. W Europie utwór znalazł się w pierwszej dziesiątce w Danii, Finlandii, Francji, na Węgrzech i Litwie, a także na liście Eurochart Hot 100 i MTV European Top 20, gdzie osiągnął dziewiąte i ósme miejsce. Ponadto singel znalazł się w pierwszej dwudziestce w Belgii, Niemczech, Irlandii, Łotwie, Szkocji i Wielkiej Brytanii. W tym ostatnim osiągnął szczyt na 15. miejscu w drugim tygodniu na UK Singles Chart, 28 stycznia 1996 r. Poza Europą, "Beautiful Life" osiągnął również trzecie miejsce na liście RPM Top Singles w Kanadzie, 11. miejsce w Australii, 15. miejsce na liście Billboard Hot 100 i dziesiąte miejsce na liście Cash Box Top 100 w USA. Uzyskał złotą płytę w Australii, ze sprzedażą 35 000 singli.


link: https://youtu.be/wh-07BzfgYY?si=Ysm6Tf11b_udj6Da 


TŁUMACZENIE


Ace of Base


„PIĘKNE ŻYCIE”

tytuł oryg. „Beautiful Life”


Możesz robić, co chcesz, po prostu chwytaj dzień

To, co robisz jutro, nadejdzie na twoją drogę

Nigdy nie myśl o poddaniu się

Znajdziesz, oh oh oh


To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

Chcę po prostu być tutaj, obok ciebie


I zostać do świtu


Wyjdź na spacer do parku, kiedy poczujesz się przygnębiony

Jest tam tak wiele rzeczy, które cię podniosą

Zobacz kwitnącą naturę, śmiejące się dziecko

Takie marzenie, oh oh oh


To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

Chcę po prostu być tutaj, obok ciebie


Chcę po prostu być tutaj, obok ciebie


I zostać do świtu


Szukasz miejsca, do którego przynależysz

Stoisz całkiem sam

Dla kogoś, kto poprowadzi cię twoją drogą

Teraz i na zawsze


To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

Chcę po prostu być tutaj, obok ciebie


Chcę po prostu być kimkolwiek


Żyjemy na różne sposoby

To piękne życie

Zabiorę cię do miejsca,

W którym nigdy wcześniej nie byłem, oh yeah

To piękne życie

Wezmę cię w ramiona i odlecę

Z tobą dziś w nocy


To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

To piękne życie, oh oh oh oh

Chcę po prostu być tutaj, obok ciebie

piątek, 29 maja 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKA VS FILM”


Cześć wszystkim. Pozostając jeszcze w klimatach science fiction, tym razem wyruszymy w odległą „2001: ODYSEJĘ KOSMICZNĄ”, by odszukać różnice między książką Arthura C. Clarke’a, a słynnym filmem Stanleya Kubricka. Zaczynamy.


OGÓLNY ZARYS FABUŁY

Na początku XXI wieku badacze dokonują ważnego odkrycia na powierzchni Księżyca. Odnajdują tajemniczy monolit, który emituje sygnał skierowany w stronę Jowisza. Pragnienie zgłębiania tajemnic wszechświata popycha ludzkość do zrobienia kolejnego kroku. Na misję badawczą zostaje wysłany statek „Discovery”. Jego załoga składa się z wybitnych badaczy i astronautów, którzy mają do dyspozycji najnowocześniejszy sprzęt i zamierzają przysłużyć się nauce. Podczas lotu jednakże dochodzi do poważnej awarii. Okazuje się, że dotąd niezawodny komputer pokładowy HAL-9000 ma inne plany niż członkowie załogi.



RÓŻNICE MIĘDZY KSIĄŻKĄ, A FILMEM


Film Stanleya Kubricka to, właściwie, adaptacja opowiadania SF Arthura C. Clarke’a pt.„Posterunek”. Jednak przy pisaniu scenariusza amerykański pisarz znacznie rozbudował fabułę historii do rozmiarów pełnosprawnej powieści. Dalsze tomy cyklu - „2010”, „2061” i „3001” - pisał już w formie powieściowej.


TAJEMNICZY MONOLIT

Zarówno książka jak i film rozpoczynają się od obszernego, w wersji filmowej: 20-minutowego, prologu rozgrywającego się w czasach prehistorycznych (poprzedzonego słynnym wstępem „Tako rzecze Zaratustra” Richarda Straussa). Podobnie jak w filmie, w książce istotnym momentem w dotąd monotonnym życiu człekokształtnych staje się pojawienie monolitu, który znacznie wpływa na ich rozwój. Zaczynają się szybciej uczyć, w tym również przetrwania. Przełom ma miejsce, gdy jeden z nich - tzw Obserwator Księżyca - odkrywa możliwości broni skutecznej do samoobrony przed dzikimi zwierzętami, w tym przed lampartem. Odkrywa również, że bronią można zabić kogoś z własnego plemienia. W tym momencie następuje w filmie jedno z najbardziej znanych w popkulturze cięć montażowych, kiedy to podrzucona do góry kość „zamienia się” w podłużny statek kosmiczny dryfujący po przestrzeni kosmicznej w takt „Nad pięknym, modrym Dunajem” Johanna Straussa syna.

Akcja drugiej części książki (i jej adaptacji) noszącej tytuł „TMA-1” przenosi się do roku 1999. Trwa eksploatacja kosmosu. Wśród wybrańców jest dr Heywood Floyd, z którym przeprowadzony zostaje wywiad pominięty w filmie. Zamiast tego wątek dr Floyda rozpoczyna się od spotkania z panem Simmonsem. W czasie lotu dr Floyd spotyka się również z pozostałymi uczestnikami lotu kosmicznego, co w filmie oddano bardzo dokładnie. Wkrótce statek „TMA-1” dociera na Księżyc, gdzie ma odbyć się konferencja w sprawie tajemniczego monolitu znalezionego na Srebrnym Globie. Jeszcze przed konferencją administrator zarządzający Księżycem, Ralph Havolsen, odbywa rozmowę ze swoją córką, co w książce ma miejsce po przylocie dr Floyda i w jego obecności, a w filmie: jeszcze przed przylotem dr Floyda. Sama konferencję odtworzono w filmie dokładnie tak jak w książce. W jego wyniku ma zostać zorganizowana pierwsza ekspedycja w sprawie kosmicznego monolitu. Tak jak w filmie, w książce podczas drugiego odkrycia monolit wysyła sygnał radiowy w kierunku Japeta, księżyca Saturna (w filmie: Jowisza). Z tego powodu półtora roku później w stronę tej planety, na pokładzie statku „Discovery One”, wyrusza ziemska ekspedycja.


WŚRÓD PLANET

Rozpoczyna się trzecia część filmu Kubricka pt. „Misja na Jowisza: osiemnaście miesięcy później”. Od konferencji w sprawie monolitu na Księżycu minęło półtora roku. Akcja filmu przenosi się do tytułowego dla filmu 2001 roku. Trwa misja „Discovery One” dowodzona przez kapitana Davida Bowmana i prowadzona przez sztuczną inteligencję: komputer pokładowy HAL-a 9000 obdarzony ludzką osobowością. I książka, i film opisują dokładnie pokładową codzienność załogantów „Discovery One”: część załogi znajduje się w stanie hibernacji, a część dogląda statku. Zgadza się także wątek przyjęcia urodzinowego jednego z członków załogi, Franka Poole’a. Podczas wyprawy HAL 9000 zgłasza zbliżającą się awarię urządzenia sterującego anteną, w odpowiedzi na co Bowman odzyskuje je w kapsule EVA, ale nie stwierdza żadnych uszkodzeń. Niezrażony różnicą zdań, HAL 9000 sugeruje ponowną instalację urządzenia i pozostawienie go do awarii, aby można było zweryfikować problem.

Kontrola Misji informuje astronautów, że wyniki z ich zapasowego komputera 9000 wskazują na błąd HAL-a, jednak komputer pokładowy zrzuca winę na błąd ludzki. Zaniepokojeni zachowaniem HAL-a 9000, Bowman i Poole wchodzą do kapsuły EVA, aby porozmawiać prywatnie, bez podsłuchiwania przez HAL-a. Zgadzają się odłączyć HAL-a 9000, jeśli okaże się, że się mylił. HAL 9000 śledzi ich rozmowę, odczytując z ruchu warg. Komputer decyduje się zabić Poole’a, wysyłając go w przestrzeń z odciętym przewodem powietrza. Bowman próbuje go uratować, ale bez efektu. Zamierza obudzić pozostałych członków załogi, ale HAL odmawia wykonania rozkazu, w efekcie czego dochodzi między nimi do kłótni, podczas gdy w filmie komputer zabija uśpionych członków załogi pod nieobecność Bowmana. Zarówno w książce jak i w filmie astronauta decyduje się na wyłączenie komputera wbrew sprzeciwu HALA-a 9000. Po skończonej misji odtwarzany jest film nagrany wcześniej przez Heywooda Floyda, ujawniający, że prawdziwym celem misji jest zbadanie sygnału radiowego wysyłanego z monolitu.


POZA NIESKOŃCZONOŚCIĄ

W tym momencie zaczyna się czwarta część filmu. Na Jowiszu Bowman odkrywa trzeci, znacznie większy monolit krążący wokół planety. Opuszcza „Discovery” w kapsule EVA, aby go zbadać. Zostaje wciągnięty w wir kolorowego światła (w trakcie którego oglądania można dostać niezłego oczopląsu) i obserwuje dziwne zjawiska astronomiczne oraz niezwykłe krajobrazy o niezwykłych barwach, gdy mija go. W końcu znajduje się w dużej, neoklasycystycznej sypialni, gdzie widzi, a następnie staje się, starszymi wersjami samego siebie: najpierw stoi w sypialni, w średnim wieku i nieruchomo w skafandrze kosmicznym, następnie ubrany w strój sportowy i je kolację, a w końcu jako starzec leżący w łóżku. U stóp łóżka pojawia się monolit, a gdy Bowman sięga po niego, przemienia się w płód zamknięty w przezroczystej kuli światła, która następnie unosi się w przestrzeni kosmicznej nad Ziemią.

Zakończenie książkowe jest bardziej rozbudowane. Przede wszystkim Bowman spędza miesiące samotnie na statku, powoli zbliżając się do Japeta. Podczas zbliżania się stopniowo zauważa małą czarną plamkę na powierzchni Japeta, a później odkrywa, że ​​ma ona identyczny kształt jak TMA-1, tylko znacznie większą. Naukowcy na Ziemi nazywają ten monolit „TMA-2”, co Bowman uważa za podwójne nieporozumienie, ponieważ nie znajduje się on w kraterze Tycho i nie emituje anomalii magnetycznych. Kiedy Bowman zbliża się do monolitu, ten otwiera się i wciąga jego kapsułę. Zanim znika, Kontrola Misji słyszy jego okrzyk: „To coś jest puste – ciągnie się w nieskończoność – i – o mój Boże! – jest pełne gwiazd!”. Dalsza część fabuły książki pokrywa się z adaptacją Kubricka.


To była moja analiza różnic między powieścią Arthura C. Clarke’a „2001: Odyseja kosmiczna”, a adaptacją Stanleya Kubricka. Co o niej sądzicie? Piszcie swoje wrażenia w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nową analizą. Cześć.

czwartek, 28 maja 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Zagraniczne adaptacje naszej rodzimej literatury ostatnimi czasy zdobywają szturmem zachodnich (i nie tylko zachodnich) widzów, co tylko pokazuje chociaż zainteresowanie wschodnią literaturą wśród Amerykanów (to, jak one wychodzą, to inna sprawa). A jak ma się sprawa z POLSKIMI ADAPTACJAMI ZAGRANICZNEJ LITERATURY?  Zaznaczam że chodzi mi tylko o polskie adaptacje, a nie o adaptacje zrealizowane przez polskich filmowców w wyłącznie zagranicznej obsadzie (nie oczekujcie więc choćby „Tajemniczego ogrodu” w reżyserii Agnieszki Holland). Zaczynamy.


8, „Dama kameliowa”, reż. Jerzy Antczak

Zaczynamy od adaptacji nieśmiertelnego romansu Alexandre’a Dumasa-syna zrealizowanej przez Jerzego Antczaka. Adaptacji o tyle udanej, gdyż za scenariusz odpowiadała żona reżysera i jego wieloletnia aktorka, nieodżałowana Jadwiga Barańska. Tak jak mniej więcej w tym samym czasie Emmie Thompson udała się adaptacja „Rozważnej i romantycznej” Jane Austen, tak Jadwidze Barańskiej udało się tchnąć melodramatycznego ducha w polską scenerię. Jasne, jest to jeden z mniej znanych filmów Antczaka („Noce i dnie” nadal rządzą), ale niemniej wart uwagi.


Mariusz Treliński nie ma na swoim koncie zbyt wiele filmów fabularnych. Na szczególną uwagę zasługuje jednak jeden z nich: dramat psychologiczny „Łagodna”.


7, „Łagodna”, reż. Mariusz Treliński

Znam ból i cierpienie czytających w liceum Fiodora Dostojewskiego: podczas czytania „Zbrodni i kary” czułem się jakby zesłano mnie na daleką i mroźną Syberię. Niemniej seans filmu Trelińskiego na motywach jego opowiadania nie powinna przywodzić na myśl XIX-wiecznej katorgi. Reżyser adaptując tekst Dostojewskiego oddał mu to, co w nim jest najistotniejsze. Przy użyciu retrospekcji wnika w głąb umysłu bezimiennego bohatera granego przez Gajosa próbującego dociec powodu samobójstwa żony. I robi to w zajmujący sposób. A może sam tekst jest bardziej znośny?


Kawalerowicz w swoich filmach przedstawiał m.in. portret wielu społeczeństw. By opowiedzieć o carskiej armii, sięgnął po opowiadanie innego rosyjskiego pisarza: Lwa Tołstoja.


6, „Za co?”, reż. Jerzy Kawalerowicz

Film Kawalerowicza nie jest pierwszą zagraniczną produkcją w jego dorobku: wcześniej nakręcił bowiem włoski film „Maddalena”, a po niej francuski film „Jeniec Europy” o ostatnich latach życia Napoleona. „Za co?” to kolejna zagraniczna produkcja w jego dorobku. W swojej autobiografii Kawalerowicz żartował, że film powstał na zlecenie Rosjan, a naprawdę zainteresowała go sama historia polskiego zesłańca. Kawalerowicz chciał tym filmem przekazać coś uniwersalnego i mimo początkowych obiekcji, wywiązał się z zadania bardzo dobrze.


Największe wzięcie w naszym kinie ma jednak tzw. kino gatunkowe pokazujące, że polscy realizatorzy, jeśli mają tylko głowę na karku, mogą się świetnie bawić. Jak małżeństwo Petelscy.


5, „Duch z Canterville”, reż. Czesław i Ewa Petelscy

Polska nigdy horrorami nie stała, choć wielu próbowało nakręcić swoje kino grozy (Marek Piestrak, reżyser przesławnej „Klątwy Doliny Węży” i nieco lepszej „Wilczycy”, coś by o tym powiedział). Czasem po prostu filmowcy sięgali po literaturę, by w kinie gatunkowym się odnaleźć. „Duch z Canterville”, średniometrażówka inspirowana Oscarem Wilde’em, jest na to dobrym przykładem. Sam tekst był adaptowany niejednokrotnie, więc Petelscy mięli trudny orzech do zgryzienia, choć i tak ich adaptacja jest jednym z lepszych horrorów w polskim kinie.


Jeszcze lepiej z kinem gatunkowym obszedł się Jerzy Gruza, przenosząc na ekran baśń pióra Williama Makepeace’a Thackeraya. 


4, „Pierścień i Róża”, reż. Jerzy Gruza

W czasach, gdy ogromną popularnością cieszyła się trylogia o Panu Kleksie w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego, inny reżyser w podobnej konwencji postanowił zrealizować inną baśń: angielskiego pisarza najbardziej znanego ze społecznych powieści jak „Targowisko próżności” czy „Barry Lyndon” (oba także sfilmowane). Nakręcony w 1985 roku film Jerzego Gruzy z wybornymi rolami Katarzyny Figury i Zbigniewa Zamachowskiego zachwyci nie tylko baśniową scenografią, ale także wpadającymi w ucho partiami wokalnymi. Naprawdę urocze kino.


Podium otwiera reżyser, który za granicą zrealizował niejeden film oparty na obcojęzycznej literaturze - mistrz Andrzej Wajda.


3, „Smuga cienia”, reż. Andrzej Wajda

Andrzej Wajda przebywając za granicą niejedną obcojęzyczną powieść sfilmował: sięgał choćby po „Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa (o którym jeszcze będzie mowa w moim rankingu) realizując film „Piłat i ja”. Raz nawet zrobił coś odwrotnego: na motywach polskiego dramatu „Sprawa Dantona” nakręcił głośną, francuską adaptację z Gerardem Depardieu i Wojciechem Pszoniakiem. „Smuga cienia” na motywach Josepha Conrada, z Markiem Konradem - chociaż najmniej znana - również jest godna uwagi, choćby z powodu obsady (debiutujący na ekranie Tom Wilkinson).


Skoro miał być Michaił Bułhakow, oddajmy teraz głos Maciejowi Wojtyszko, który bezbłędnie przeniósł na ekran opus magnum rosyjskiego pisarza: „Mistrza i Małgorzatę”.


2, „Mistrz i Małgorzata”, reż. Maciej Wojtyszko

To kolejna w tym rankingu adaptacja lektury szkolnej, spędzająca sen z powiek niejednemu uczniowi. Chociaż nie jest to produkcja kinowa, tylko czteroodcinkowy miniserial, polska adaptacja „Mistrza i Małgorzaty” idealnie wpisuje się w ten ranking. Gwiazdorska obsada (w tym m.in. Anna Dymna, Władysław Kowalski, Gustaw Holoubek), całkiem dobre jak na polskie warunki efekty specjalne (bo przecież książka Bułhakowa to utwór fantastyczny) i zaskakująco wierne podejście do materiału źródłowego. Perełka. 


Skoro jednak mówimy o polskim kinie gatunkowym z powodzeniem adaptującym zagraniczny materiał źródłowy, mistrzem w obu dziedzinach okazał się nieodżałowany Janusz Majewski.


1, „Lokis. Rękopis profesora Wittembacha”, reż. Janusz Majewski

Janusz Majewski nie raz zjadł zęby na kinie gatunkowym i adaptacjach zagranicznej literatury w polskim kinie. To on, wszak, nakręcił „C.K. Dezerterów” przywodzących na myśl przygody wojaka Szwejka (choć nie jest to adaptacja twórczości Jaroslava Haška) i to on nakręcił zabawną średniometrażówkę „Ja gore!” z Władysławem Hańczą w roli ducha. Nastrojowy „Lokis”, oparty na noweli Prospera Merimego, to horror wykorzystujący w przewrotny sposób motyw likantropii, a zarazem drugie podejście do twórczości francuskiego pisarza po „Wenus z Ille”. Palce, a nawet pazurki, lizać.



To była moja lista polskich adaptacji zagranicznych powieści. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.