czwartek, 29 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Zjawisko, o jakim będzie mowa w dzisiejszym odcinku „Ubóstwianej ósemki”, czyli HORRORY FOUND FOOTAGE, to filmy stylizowane na autentyczne materiały audiowizualne, chociaż prezentujące fikcyjne historie. Swego czasu już raz taki ranking zrobiłem, ale ponieważ zaginął w odmętach Internetu, jego odświeżenie stanowiło dla mnie istną frajdę. W historii kina grozy zapisało się w szczególności osiem przykładów filmów found footage, które za chwilę zaprezentuję. Zaczynamy.


8, „Blair Witch Project” [1999], reż. Daniel Myrick & Eduardo Sanchez

Gdy myślimy o found footage w kontekście horroru, film Daniela Myricka i Eduarda Sancheza przychodzi jako pierwszy do głowy (choć, umówmy się, lepsze przykłady będą dopiero przed nami). O filmie zrobiło się głośno przede wszystkim przez sprytną kampanię reklamową, w której twórcy próbowali wcisnąć widzom ściemę, że prezentowana historia – w gruncie rzeczy zmyślona – wydarzyła się naprawdę. Krytycy ściemy nie kupili, ale na widzów zadziałała jak dobrze zarzucona przynęta. I tylko dzięki temu film się sprzedał, bo po za tym może on stanowić co najwyżej przykład popkulturowego zjawiska.

O horrorach found footage zrobiło się głośno dopiero niecałą dekadę później. Koneserzy kina grozy mogą to zawdzięczać m.in. twórcom serii „Paranormal Activity”.

7, „Paranormal Activity” [2007], reż. Oren Peli

Krytycy znów kręcili nosem, ale bądźmy szczerzy: dopiero kolejne części serii okazały się zbyteczne. Wystarczyła jedna część opowieści o małżeństwie instalującym kamery by zarejestrować tytułowe zjawiska paranormalne zachodzące w ich domu. Choć przez bite 90 minut widzimy jedynie jedno pomieszczenie (małżeńską sypialnię), przed naszymi oczami odbywa się psychodrama, od której nie chce się oderwać oczu. „Paranormal Activity” przypomniał Amerykanom, że warto zainwestować w found footage, a nawet pokazał jak należało z niego korzystać w kontekście horroru. Skutecznie.

Niemniej specyficznym odgałęzieniem found footage jest horror analogowy. Najlepszy tego przykład to film-antologia „V/H/S”.

6, „V/H/S” [2012], reż. różni reżyserzy, m.in. Matt Bettinelli-Olpin & Tyler Gillett

Jeśli zastanawiacie się jak m.in. zdefiniować termin „oldschool”, film „V/H/S” jest tego jednym z najlepszych przykładów. Film składa się z kilku ekranowych nowel (tak jak w przypadku książkowych nowel, nie wszystkie są równe). Klamrą spinającą każdą z nich jest opowieść o złodziejach włamujących się do opuszczonego domu, w którym znajdują makabryczne nagrania. Film miał różnych reżyserów, a co po niektórzy z czasem zyskali uznanie w branży kinowej (jak chociażby Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett, reżyserzy „Zabawy w pochowanego” i dwóch poprzednich części „Krzyku”). Warto więc było.

Nie każdy film found footage musi być kwalifikowany do rangi horroru. Równie dobrze może należeć do science fiction, co pokazał „Cloverfield” Matta Reevesa.

5, „Projekt: Monster”, reż. Matt Reeves

Jeśli „V/H/S” zrobił z gwiazd Matta Bettinelli`ego-Olpina i Tylera Gilletta, dokładnie to samo stało się z Mattem Reevesem po premierze „Cloverfield” (dość niefortunnie u nas przetłumaczonego jako „Projekt: Monster”). Przyszły reżyser „Ewolucji Planety Małp” i „Batmana” z Robertem Pattinsonem przy użyciu „amatorskiej kamerki” zaprezentował swą wizję inwazji z kosmosu. Osiągnięty efekt można porównać do słuchowiska „Wojny światów” H. G. Wellsa w interpretacji Orsona Wellesa. Nic dziwnego, że film doczekał się sequela, a sam Matt Reeves mógł przebierać w propozycjach.

Found footage może nie tylko zapoczątkować czyjąś karierę, ale także czyjąś odbudować. Przekonał się o tym M. Night Shymalan.

4, „Wizyta”, reż. M. Night Shymalan

Do premiery „Wizyty” udanych filmów M. Nighta Shymalana można było policzyć na palcach jednej ręki (w sumie, obecnie również…). Do 2015 roku niegdyś rozchwytywany reżyser, porównywany do Hitchcocka, wyraźnie dogorywał. Użyta w akcie desperacji filmowa technologia okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Shymalan znów pokazał, że potrafi straszyć. A przy okazji udało mu się na tym tle nakreślić chwytającą za serce historię o tym, że rodzina w trudnych sytuacjach powinna trzymać się razem. Trudno tego ryzyka nie docenić.

Był już found footage otwierający drzwi do kariery i found footage wydobywający z reżyserskiego niebytu. Podium otwiera found footage będący comebackiem po reżyserskiej nieobecności.

3, „Diary of the Dead”, reż. George A. Romero

Kto widział legendarną „Noc żywych trupów”, ten wie, że George A. Romero w swojej serii o zombiakach stawiał na autentyczność. Found footage stylizujący fikcyjne historie na autentyczne materiały audiowizualne okazał się dla niego stworzony. Dzięki stylu techniki zachował to, co było u niego najlepsze, a przy okazji pokazał nowemu pokoleniu fanów zombie to, co u niego najlepsze. Po kręconej w latach 1968-1985 pierwszej trylogii i serii niezwiązanych z zombie horrorów (jak „Mroczna połowa” wg Stephena Kinga), reżyser, który wprowadził żywe trupy do mainstreamu, wrócił w wielkim stylu.

Chcecie by horror, nawet w konwencji found footage, straszył jak należy? Bracia Vicious znaleźli na to idealne rozwiązanie.

2, „Grave Encounters”, reż. The Vicious Brothers

Jedni dla napędzenia stracha zapuszczają bohaterów do rozległego lasu, inni wysyłają bohaterów do krewnych wątpliwego stanu psychicznego. Bracia Vicious z kolei zamknęli swoich bohaterów w zakładzie psychiatrycznym, w którym podobno straszy. Duchy, jeśli takowe istnieją, można zobaczyć tylko przy użyciu noktowizorów. Zapewniam jednak, że ich design będzie się śnił po nocach (zwłaszcza gdy ktoś zmaga się z klaustrofobią). Film trzyma w napięciu do ostatniej, niemniej przerażającej minuty i naprawdę wielka szkoda, że przeszedł praktycznie bez echa (choć swojego sequela się doczekał).

Zwycięzca rankingu przywrócił modę na kręcenie horrorów found footage oraz (jak głosi hasło reklamowe) stał się kolejnym po „Sierocińcu” i „Labiryncie Fauna” fenomenem hiszpańskiego kina grozy.

1, „REC”, reż. Jaume Balaguero & Paco Plaza

Trzy lata przed braćmi Vicious panowie Jaume Balaguero i Paco Plaza dla wzbudzenia lęku u widza (szczególnie u tych cierpiących na klaustrofobię) zamknęli Bogu ducha winną dziennikarkę w kamienicy ogarniętej zagadkową kwarantanną. To wystarczyło, by odnieść oszałamiający sukces przypieczętowany trzema sequelami i całkowicie zbędnym amerykańskim remakiem. Jeśli nakręcony w 1999 r. „Blair Witch Project” to popkulturowe zjawisko (tak samo, zresztą, jak tegoroczne „Backrooms”), to „REC” jest niepokojącym i wciągającym mistrzostwem grozy. Hiszpanie wiedzą, jak straszyć.


To była moja lista horrorów found footage. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

środa, 28 października 2026


RESIDENT EVIL *****


Biorąc pod uwagę, jakim barachłem potrafiła być realizowana na przestrzeni siedemnastu lat filmowa seria z Millą Jovovich (zwłaszcza części realizowane przez Paula W. S. Andersona), nowemu „Resident Evilowi” powinienem dać maksymalną liczbę sześciu gwiazdek i grzmieć z mównicy: „Proszę państwa, w końcu doczekaliśmy się udanej adaptacji Resident Evil”. I, owszem, jest to zdecydowanie najlepszy film „residentevilowy” (jakkolwiek by to zabrzmiało), obawiam się tylko, że przy całych ochach i achach fani serii i tak mieliby do czego się przyczepić, a nawet prychnęliby, gdyby Zach Cregger wyznałby, że sam do nich należy. Zaznaczam jednak, że innowacje wprowadzone przez reżysera i scenarzystę odpowiadały mi, a w dalszej części recki postaram się na nie odpowiedzieć. Ale najpierw o jakich innowacjach tutaj mowa?

Przede wszystkim nowy „Resident Evil” nie przenosi na ekran konkretnej części growej serii (podobny case jak przed laty było z pierwszym aktorskim „Asteriksem i Obeliksem”). Co najwyżej pożycza sobie pewne wątki, lokacje i osadza je w znajomym growym lore, ale generalnie fabuła (kurier wiezie do laboratorium Umbrella tajemniczą przesyłkę, od której zawartości zależą losy świata) i bohaterowie to są odautorskie pomysły (skoro z Creggera taki fan growego „Resident Evila”, to widzę go jako scenarzystę potencjalnej dalszej części samej serii gier). Różnica między „Asteriksem i Obeliksem kontra Cezar”, a nowym „Resident Evil” (a nawet między starym, a nowym „Resident Evil”) jest taka, że tu zadbano o klimat materiału źródłowego (co powinno być ważniejsze przy adaptowaniu, niż odwzorowanie fabuły 1:1), a w pierwszym aktorskim „Asteriksie”, owszem, było kilka gagów, ale popkulturowych aluzji można było ze świecą szukać (poza jedną w ostatnich minutach…).

Żeby była jasność, nie powołuję się bez powodu na adaptację francuskiego komiksu sprzed 27 lat - raczej pokazuję, czemu tutaj „adaptowanie” materiału źródłowego się udało, a tam: zdecydowanie nie. Powiem więcej, nigdy nie grałem w gry z serii „Resident Evil”, ale naczytałem się o nich tyle, że w sumie powinienem się czuć tak, jakbym ograł przynajmniej pierwszą część. Postawiony więc byłem w podobnej sytuacji jak wiosną tego roku gdy oglądałem „Władców Wszechświata”: mimo że nigdy nie byłem fanem He-Mana, na jego nowym filmowych przygodach bawiłem się jak kilkuletni fan zabawek firmy Mattel, albo serialu animowanego z lat 80.

Po drugie: slapstick. Wielbiciele growej serii mogliby dostać białej gorączki oglądając nieporadność głównego bohatera, który nawet nie obsługiwał nigdy broni palnej. Szczególnie użalanie się z kłódką za pierwszym razem może bawić, ale za trzecim: już irytować. Co poniektórzy powiedzieliby, że więcej tutaj komedii, a najmniej horroru (chyba, że mówimy o body horrorze: design zarażonych może się przyśnić po nocach).

Ponieważ jednak nigdy nie byłem fanem wcześniejszej serii adaptacji „Resident Evil” (ponieważ Paul W. S. Anderson stawiał tam bardziej na akcję, niż na klimat), mi nowy reboot całkowicie przypadł do gustu (zaznaczam, że poprzedniego nie dane mi było obejrzeć, więc się o nim nie wypowiem). Tak jak powiedziałem, najważniejszy jest uchwycony klimat materiału źródłowego, a ten Zachowi Creggerowi się udał. To po prostu kolejny list miłosny od wielbiciela materiału źródłowego dla fanów z zastrzeżeniem tylko, by nikt nie wieszał na nim psów. Świetnie zagrany, obfotografowany (zdjęcia autorstwa Dariusza Wolskiego) i przyprawiony klimatyczną muzyką. Dla koneserów konsoli gier powinno to wystarczyć. Chyba, że mają zbyt duże wymagania.


Reż. Zach Cregger

Czas trwania: 85 min

Gatunek: horror

Tytuł oryg. „Resident Evil”

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. Prosto z romantycznej, francuskiej prowincji przeniesiemy się tym razem do napawających grozą Stanów Zjednoczonych, mając za przewodnika Grahama Mastertona (co prawda Brytyjczyka, konkretnie Szkota, ale umieszczającego z sukcesem akcję swoich książek w USA). W tym odcinku „Książkospektywy” na tapet wezmę serię grozy będącą kwintesencją jego twórczości: „MANITOU”. Zaczynamy.


KILKA SŁÓW O SERII

Dla Grahama Mastertona powieść „Manitou”, od której tytułu wziął się ogólny tytuł cyklu, była debiutem. I spośród wszystkich tomów (czy w ogóle wszystkich powieści jego autorstwa), jest ona najkrótsza ze wszystkich. Już tutaj Masterton dał się poznać jako autor powieści grozy inspirowanych wierzeniami północnoamerykańskich Indian, co będzie kontynuował w takich książkach jak „Wendigo”, „Kostnica” czy „Zaklęci”.

Masterton zainspirował się artykułem, który przeczytał w Buffalo Bill's Wild West Annual, komiksie narysowanym przez Denisa McLoughlina w 1955 roku. Wspomniany artykuł omawiał duchy północnoamerykańskich Indian, tzw „manitów”. Graham czerpał również inspirację z fikcyjnej postaci Quamusa, Indianina stworzonego przez Lovecrafta (co stanie się u niego normą, patrz: „Drapieżcy” na motywach „Snu w Domu Wiedźmy” i „Studnie piekieł” inspirowane „Kolorem z przestworzy”).

Szkocki pisarz nadał swojemu demonowi imię Misquamacus, co też stanowi nawiązanie do wierzeń Indian z Ameryki Północnej.


OMÓWIENIE TOMÓW

W pierwszym tomie cyklu, „Manitou”, przed głównym bohaterem – Harrym Erskinem – staje trudne zadanie. Na karku jego przyjaciółki, Karen Tandy, pojawia się nietypowy guz. Zabieg jego usunięcia zapoczątkowuje serię przerażających, kompletnie niezwiązanych z medycyną zdarzeń. W ciele dziewczyny odrodził się bowiem XVII-wieczny indiański szaman Misquamacus, który pała żądzą zemsty na białych ludziach. W nowojorskim szpitalu rozpętuje się piekielna bitwa, która może pochłonąć całą ludzkość…

Duch indiańskiego szamana powraca w drugim tomie pod wszystko mówiącym tytułem „Zemsta Manitou”. Wcielony w ośmioletniego chłopca zapowiada, że w dniu ciemnych gwiazd odrodzi się dwudziestu dwóch szamanów. Z pomocą indiańskich bogów, za każdego Indianina, który kiedykolwiek zginął z rąk białych, szamani zabiją jednego człowieka rasy białej. Jedynym człowiekiem, który po raz kolejny może powstrzymać Misquamacusa, jest jasnowidz Harry Erskine.

Trzeci tom pt. „Duch zagłady” zaczyna się w niemal hitchcockowski sposób: kobieta z wyprutymi wnętrznościami, rozszarpani na strzępy i poćwiartowani ludzie to pierwsze ofiary tajemniczej zjawy, która niespodziewanie pojawia się w Ameryce, niosąc śmierć i zniszczenie. Walka z demonem, swobodnie przemieszczającym się w czasie i przestrzeni, wydaje się beznadziejna. Jasnowidz Harry Erskine jest przekonany, że to kolejne wcielenie straszliwego Misquamacusa, wyrównującego rachunek za wszystkie krzywdy doznane przez Indian od białych. Apokalipsa zatacza tymczasem coraz coraz szersze kręgi. Wielkie miasta - Las Vegas, Chicago, Nowy Jork - zamieniają się w sterty gruzów całe budynki wraz z ludźmi zostają wciągnięte w głąb ziemi.

Czwarty tom, napisany po ataku z 11 września 2001 roku, nosi tytuł „Krew Manitou”, a wpływ samego ataku terrorystycznego mocno widać w tym tomie. Głównym antagonistą znów jest szaman Misquamacus, który przybrał postać XIX-wiecznego biznesmena, który 200 lat wcześniej sprowadził do USA wampiry zarażające swoje ofiary drogą płciową (ofiary wampirów odczuwają niepohamowany apetyt na prokreację). W XXI wieku wampiry przebudziły się akurat 11 września, a unicestwić je może tylko Harry Erksine z pomocą swoich przyjaciół.

Piąty tom pt. „Armagedon” zaczyna się od epidemii ślepoty. Zapadają na nią zarówno prezydent Stanów Zjednoczonych, jak i piloci boeinga 747 i kierowcy samochodów. To Misquamacus, legendarny indiański szaman, powrócił z zaświatów, by dokonać zemsty na kolonizatorach, którzy odebrali ziemię rdzennym Amerykanom. Przeciw niemu znów staje jasnowidz Harry Erskine, tym razem wspierany przez swoją przyjaciółkę, Amelię Carlsson. Nim odkryją, jak go dokonać, muszą dowiedzieć się, kim są Zabójcy Oczu, oraz zgłębić tajemnice indiańskiej magii. Czeka ich morderczy pościg przez całą Amerykę.

W finałowym tomie pt. „Infekcja” starzejący się Harry Erskine nawiązuje współpracę z atrakcyjną wirusolożką Anną Grey. Oboje zostali wybrani, żeby ustrzec Stany Zjednoczone przed okrutnym atakiem grożącym błyskawicznym unicestwieniem ludności w całym kraju. Ich losy niespodziewanie splotą się, gdy przyjdzie im walczyć z zagrożeniem, którego źródła leżą w mrocznej historii Ameryki sprzed trzystu lat. Duchy zabitych przed wiekami Indian szykują bowiem współczesnym Stanom Zjednoczonym nieuchronną apokalipsę!


PODSUMOWANIE

Chociaż Graham Masterton ma w dorobku wiele serii horrorów („Rook”, „Wojownicy Nocy”, „Nathan Underhill”, seria kryminalna „Sissy Sawyer”), najbardziej rozpoznawalną w jego dorobku pozostaje ta pierwsza. I nie ma w tym nic dziwnego. Cykl „Manitou” stanowi cleu twórczości szkockiego pisarza, w którego powieściach grozy nie brak elementów zaczerpniętych z wierzeń północnoamerykańskich Indian. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że jeśli komuś przypadną do gustu powieści z tej serii (chociaż nie brak w nich scen łóżkowych, obecnych także w innych powieściach Mastertona) i przełknie ich lekko campowy klimat, to na każdej jego powieści będzie się dobrze bawił. Zwłaszcza w okresie Halloween.


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/1806/manitou

wtorek, 27 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. W ramach mojego horrorowego podcyklu tym razem przeniesiemy się do lat 80, by zapoznać się z historią specyficznego, bo nie promowanego w klasyczny sposób, albumu „WALK AMONG US” punkrockowego zespołu The Misfits. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Album „Walk Among Us”w teorii jest debiutanckim krążkiem w dorobku punkrockowej grupy Misfits, w praktyce jednak powstał po dwóch „Static Age” (nagranym w 1978 roku) i „12 Hits from Hell” (nagranym w 1980 roku), które zostały wydane później („Static Age” w 1996 roku, z kolei „Hits from Hell” nigdy nie ujrzało światła dziennego).

Sam zespół powstał w lutym 1977 r. w Lodi, w New Jersey, z inicjatywy Glenna Danziga, który miał już wcześniej doświadczenie w występach w lokalnych zespołach coverowych. Nazwa zespołu pochodzi od ostatniego filmu z Marilyn Monroe „The Misfits” z 1961 r. (polski tytuł „Skłóceni z życiem”). Pierwszymi członkami zespołu, do których dołączył Danzig, byli perkusista Mr Jim i basistka Diane DiPiazza, jednak DiPiazza nigdy się nie pojawiła. Wkrótce potem Mr. Jim został zastąpiony przez Manny'ego Martineza.

Tytuł albumu pochodzi od filmu „The Creature Walks Among Us” będącego kontynuacją klasyka „Potwór z Czarnej Laguny”. Praca nad płytą odbywała się w wielu studiach, na przełomie czerwca 1981 roku i stycznia 1982 roku. Większość utworów nagrano w Mix-O-Lydian Studio w Boonton w stanie New Jersey najpóźniej w sierpniu 1981 roku, a podczas tych sesji powstały również nagrania singla grupy „Halloween”.


UTWORY PROMUJĄCE

Warte zaznaczenia jest, że album „Walk Among Us” nie był promowany tradycyjnymi singlami radiowymi w stylu komercyjnym. Zespół funkcjonował w podziemiu i opierał promocję na wcześniejszych oraz równolegle wydawanych niezależnych wydawnictwach, a także na samej liście utworów z płyty.

Nie oznacza to, że nie wydano kilku znaczących singli. Na szczególną uwagę zasługuje „Night of the Living Dead” [nr 8] którego tytuł nawiązuje do klasycznego horroru „Noc żywych trupów”, a który został wydany 31 października 1979 roku.


PREMIERA I SUKCES

Pierwotnie album „Walk Among Us” miał być wydany w 1981 r. przez własną wytwórnię zespołu, Plan 9 Records, ale z powodu braku finansowania nie doszło do jego wydania. Po tym, jak kilka niezależnych wytwórni na Zachodnim Wybrzeżu zainteresowało się wydaniem albumu, został on wydany w Stanach Zjednoczonych na 12-calowej płycie LP przez Ruby Records, imprint Slash Records, w marcu 1982 r.

Album został ponownie wydany w 1988 roku na CD i kasecie, tym razem z zielonym logo, a Warner Bros. rozprowadził w tym roku promocyjne kopie albumu w około 3000 specjalnie zaprojektowanych torbach Misfits Halloween. Album wydano w Kanadzie na płycie LP przez Slash/London Records w 1996 roku. Do 2018 roku wszystkie oficjalne wydania „Walk Among Us” na winylu lub CD w USA były wydawane przez Ruby, Slash lub Warner Records/Rhino.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PL1c8Jy6ByE2Dn-QL8GYuE8tA5cqpwSzNX

poniedziałek, 26 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


ALICE COOPER : ROCK Z NUTKĄ GROZY


Cześć wszystkim. Chociaż już tydzień temu zaprezentowałem wam osobę związaną z horrorami, dopiero dziś inauguruję „halloweenowy tydzień”. Tym razem przybliżę wam sylwetkę jednej z najbardziej barwnych postaci ze świata muzyki: Alice`a Coopera. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Alice Cooper w rzeczywistości nazywa się Vincent Damon Furier, a na świat przyszedł 4 lutego 1948 roku w Detroit. Rodzina Furnierów mieszkała w East Detroit na Lincoln Avenue niedaleko Kelly Road, kilka przecznic od Eastland Mall. Cooper uczęszczał do szkoły podstawowej Kantner, wspominał oglądanie horrorów w Eastown Theatre (gdzie później występował), i lokalne zbieranie cukierków w Halloween, „najważniejszą noc w roku”, którą traktował „bardzo poważnie”. Cooper był aktywny w swoim kościele w wieku 11–12 lat. Po serii chorób w dzieciństwie przeprowadził się z rodziną do Phoenix w Arizonie , gdzie uczęszczał do Cortez High School .

Już jako dziecko zainteresował się sztuką, zaczął śpiewać i występować publicznie. Pod wpływem muzyki brytyjskiej założył zespół The Earwigs (później znany też jako The Spiders oraz The Nazz), z którym nagrywał covery przebojów grup z Anglii, przede wszystkim The Beatles, a także zarejestrował kilka singli. Dzięki występom w zespole zdobył lokalny rozgłos. Grał jako support przed zespołami z Wielkiej Brytanii.


KARIERA

Początkowo Alice Cooper, wraz z założonym przez siebie zespołem nazywającym się tak samo, grał utwory będące pod wpływem The Doors i Franka Zappy. Dopiero na początku lat 70 nowy producent, Bob Ezrin, nadał zespołowi zupełnie nowe brzmienie wspomagane przez instrumenty klawiszowe. Na przełomie 1970-1971 roku Alice Cooper promował album pt. „LOVE IT TO DEATH”, który był kamieniem milowym w rozwoju shock rocka, nowej odmiany klasycznego rock`n`rolla. Wytwórnia Warner Bros zainteresowała się grupą i podpisała z nią kontrakt, po czym w czerwcu 1971 wydała wznowienie płyty pt. Love It to Death. Zespół w swoim klasycznym składzie w krótkim czasie nagrał z Ezrinem cztery albumy: „KILLER” (grudzień 1971), „School’s Out” (czerwiec 1972), „Billion Dollar Babies” (marzec 1973) i „Muscle of Love” (grudzień 1973). Ezrin produkował płyty Alice’a Coopera do lat 80.

W 1983 Alice Cooper wydał album „THE NIGHTMARE” (1983), a następnie „THE NIGHTMARE RETURNS” (1987). W II. połowie lat 80. próbował przywrócić lata swojej sławy z repertuarem heavymetalowym. Występował i nagrywał wówczas z zupełnie nowym zespołem, w którym grali: Johnny Dane (gitara), Paul Horovitz (klawisze), Steve Steele (bas), Ken Mary (perkusja) i Kane Roberts (gitara i kompozytor większości utworów). Płyty „Constrictor” (1986) i „Raise Your Fist and Yell” (1987) wydała wytwórnia MCA, a potem wokalista przeszedł do Epic Records, w którym jesienią 1989 roku wydał kultowy album „TRASH”. Z tego albumu pochodzi największy hit Coopera od lat 70. – „Poison”, wydany latem 1989 roku. Tym samym artysta zaczął kontynuować styl swych własnych kontynuatorów.


STYL

Alice Cooper jest uważany przez dziennikarzy muzycznych i kolegów po fachu za „ojca chrzestnego shock rocka”: jego kontrowersyjne występy charakteryzowało makabryczny show sceniczny i prowokacyjne teksty, pełne przemocy, śmierci i seksualnych aberracji, a podczas jego koncertów na scenie pojawiały się rekwizyty, takie jak gilotyna, szafot, krzesło elektryczne. Czerpał inspiracje z horrorów, wodewilu i garage rocka (tzw. rocka garażowego), aby stworzyć pionierski gatunek rocka pełen makabry, którego celem jest szokowanie publiczności. Paradoksalnie uważa samego siebie za chrześcijanina.


DALSZE PŁYTY

Sukces odniesiony pod koniec l. 80. wyniósł Alice`a Coopera na wyżyny showbiznesu i zaowocował kolejnymi płytami, kosztownymi teledyskami, występami gościnnymi oraz współpracą z takimi gwiazdami gatunku jak Rob Zombie, Zodiac Mindwarp, Sammy Hagar czy Slash. Jeszcze w 1989 ukazała się kompilacja „The Beast of Alice Cooper”, będąca praktycznie powieleniem składanki z 1974. Wydał także dwie nowe płyty: „ALICE COOPER TRASHES THE WORLD” (1990) i „PRIME” (1991), która zawiera nagrania archiwalne. 24 czerwca 1997 zagrał w klubie Colosseum w Warszawie swój pierwszy polski koncert, a w październiku miesięcznik „Tylko Rock” poświęcił mu obszerną wkładkę.

Współpraca z innymi gwiazdami zaowocowała powstaniem kilku płyt, m.in. u Roba Zombiego (utwór „Hands of Death”). W połowie 1999 r. ukazała się składanka „Humanary Stew: A Tribute to Alice Cooper”, na której utwory Coopera wykonują m.in. Joe Elliott, Roger Daltrey, Ronnie James Dio i Vince Neil. Zespół Halo of Files wziął swoją nazwę od utworu z płyty „Killer”. W 2011 roku wprowadzono grupę Alice Cooper do Rock and Roll Hall of Fame. Od 2015 roku piosenkarz jest jednym z członków zespołu Hollywood Vampires, w którego skład wchodzą również Joe Perry i Johnny Depp.



Alice`a Coopera, chociaż niewątpliwie należy do jednego z kontrowersyjnych piosenkarzy, warto docenić za wkład w rozwój ciężkiej muzyki rozrywkowej i wprowadzenie nowego podgatunku muzycznego. Jego specyficzny styl muzyczny oraz charakterystyczny makijaż jak żaden inny kojarzy się z horrorem, grozą i makabrą. Dlatego na końcówkę października pasuje jak ulał.


link: https://music.youtube.com/playlist?list=PLaDRPpwAaBvOSIbqjBz86kiRgwRKna3kP

sobota, 24 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Przenieśmy się dzisiaj do lat 90, by posłuchać historii i analizy piosenki zespołu Eternal i gospelowego piosenkarza BeBe Winansa „I WANNA BE THE ONLY ONE”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Po odejściu Louise Nurding grupa, z początku funkcjonująca jako kwarter, postanowiła nie zastępować jej i dalej działała jako trio. „Power of a Woman” był pierwszym albumem nagranym w trio i zajął szóste miejsce na brytyjskiej liście przebojów. Zespół wydał cztery przeboje: „Power of a Woman”, „I Am Blessed” (zaśpiewaną dla papieża Jana Pawła II w Watykanie w 1995 r.), zremiksowaną wersję „Good Thing” oraz zremiksowaną wersję „Secrets”. Wszystkie te utwory kontynuowały dominację Eternal w pierwszej dziesiątce brytyjskich przebojów.

W 1997 roku Eternal po raz pierwszy w historii osiągnął pierwsze miejsce na brytyjskiej liście przebojów, za sprawą duetu z BeBe Winans , „I Wanna Be the Only One”, który stał się drugą najczęściej graną piosenką w brytyjskim radiu w 1997 roku i utrzymywał się na szczycie przez tydzień. Co ciekawe, nie był to pierwszy, lecz trzeci utwór nagrany z Winansem; wcześniej girlsband nagrał z nim również „Crazy” i „It Will Never End”. Utwór „I Wanna Be The Only One” pochodził z trzeciego albumu Eternal „Before the Rain” , na którym znalazł się również utwór „ Don't You Love Me ”. Album zadebiutował na trzecim miejscu na brytyjskiej liście przebojów.


ANALIZA

Omawiany utwór jest wyznaniem silnej i bezwarunkowej miłości. Podmiot liryczny wyraża potrzebę przebywania u boku drugiej osoby, oferując w zamian swoje serce i zaangażowanie. W odpowiedzi słyszy od ukochanego obietnicę schronienia i opieki. Podmiot liryczny słyszy zapewnienia bycia tarczą przed wszelkimi troskami. Warto tutaj zaznaczyć, że piosenka ma silne korzenie w gatunkach R&B oraz gospel, co zarazem nadaje mu duchowy, niemal hymniczny charakter – to obietnica wierności, bycia oparciem w każdych okolicznościach i gotowości dania z siebie wszystkiego, jeśli tylko druga strona da im szansę.


PREMIERA I SUKCES

Piosenkę wydano w maju 1997 r. Utwór dotarł na szczyt brytyjskich list przebojów i, jak już wcześniej wspomniałem, był trzecią współpracą grupy z Winansem, który napisał również i wyprodukował ich singiel „Crazy” z 1994 roku (pochodzący z albumu „Always & Forever”) oraz utwór „It Will Never End” (z albumu „Power of a Woman” z 1995 roku). Singiel ten stał się jedenastym z kolei wydawnictwem grupy, które znalazło się w pierwszej dziesiątce brytyjskich list przebojów.


link: https://www.youtube.com/watch?v=MsTeL8-ornA


TŁUMACZENIE


Eternal feat Bebe Winans


„CHCĘ BYĆ JEDYNĄ”

tytuł oryg. „I Wanna Be The Only One”


  - Wiesz, musiałem przyjechać aż do Anglii, by z tobą zaśpiewać.
  - Aha.
  - Wiesz, ale było warto.
  - Cóż, dziękuję.
  - Więc wydaje mi się, że mamy coś do powiedzenia.
  - Zróbmy to.
  - Zróbmy to? Dobra, może zaśpiewasz pierwszą zwrotkę?
  - Okej.
  - Zaczynajmy.

Widzę, że płaczesz
Czuję, że masz złamane serce
Czuję twój ból
A mimo to wciąż grasz swoją rolę
Jeśli pozwolisz mi być przy sobie
Będę wszystkim, czego potrzebujesz – wszystkim, czego potrzebujesz

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)

Zasługujesz na pałac
Możesz mieć to, co w życiu najlepsze
A do tego wszystkiego dam ci coś jeszcze
Czystą miłość, której nie da się kupić za złoto
Jeśli dasz mi szansę
Warto będzie zaryzykować – naprawdę warto

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)

Jeśli pozwolisz mi być przy sobie
Jeśli pozwolisz mi być przy sobie
Będę wszystkim, czego potrzebujesz
Jeśli dasz mi szansę
Jeśli dasz mi szansę
Będę jej warta
Jeśli tylko mnie pokochasz
Z radością dostrzeżesz
Że jestem wszystkim, czego potrzebujesz

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)