Biorąc pod uwagę, jakim barachłem potrafiła być realizowana na przestrzeni siedemnastu lat filmowa seria z Millą Jovovich (zwłaszcza części realizowane przez Paula W. S. Andersona), nowemu „Resident Evilowi” powinienem dać maksymalną liczbę sześciu gwiazdek i grzmieć z mównicy: „Proszę państwa, w końcu doczekaliśmy się udanej adaptacji Resident Evil”. I, owszem, jest to zdecydowanie najlepszy film „residentevilowy” (jakkolwiek by to zabrzmiało), obawiam się tylko, że przy całych ochach i achach fani serii i tak mieliby do czego się przyczepić, a nawet prychnęliby, gdyby Zach Cregger wyznałby, że sam do nich należy.
Przede wszystkim nowy „Resident Evil” nie przenosi na ekran konkretnej części growej serii (podobny case jak przed laty było z pierwszym aktorskim „Asteriksem i Obeliksem”). Co najwyżej pożycza sobie pewne wątki, lokacje i osadza je w znajomym growym lore, ale generalnie fabuła (kurier wiezie do laboratorium Umbrella tajemniczą przesyłkę, od której zawartości zależą losy świata) i bohaterowie to są odautorskie pomysły (skoro z Creggera taki fan growego „Resident Evila”, to widzę go jako scenarzystę potencjalnej dalszej części samej serii gier). Różnica między „Asteriksem i Obeliksem kontra Cezar”, a nowym „Resident Evil” (a nawet między starym, a nowym „Resident Evil”) jest taka, że tu zadbano o klimat materiału źródłowego (co powinno być ważniejsze przy adaptowaniu, niż odwzorowanie fabuły 1:1), a w pierwszym aktorskim „Asteriksie”, owszem, było kilka gagów, ale popkulturowych aluzji można było ze świecą szukać (poza jedną w ostatnich minutach…).
Żeby była jasność, nie powołuję się bez powodu na adaptację francuskiego komiksu sprzed 27 lat - raczej pokazuję, czemu tutaj „adaptowanie” materiału źródłowego się udało, a tam: zdecydowanie nie. Powiem więcej, nigdy nie grałem w gry z serii „Resident Evil”, ale naczytałem się o nich tyle, że w sumie powinienem się czuć tak, jakbym ograł przynajmniej pierwszą część. Postawiony więc byłem w podobnej sytuacji jak wiosną tego roku gdy oglądałem „Władców Wszechświata”: mimo że nigdy nie byłem fanem He-Mana, na jego nowym filmowych przygodach bawiłem się jak kilkuletni fan zabawek firmy Mattel, albo serialu animowanego z lat 80.
Po drugie: slapstick. Wielbiciele growej serii mogliby dostać białej gorączki oglądając nieporadność głównego bohatera, który nawet nie obsługiwał nigdy broni palnej. Szczególnie użalanie się z kłódką za pierwszym razem może bawić, ale za trzecim: już irytować. Co poniektórzy powiedzieliby, że więcej tutaj komedii, a najmniej horroru (chyba, że mówimy o body horrorze: design zarażonych może się przyśnić po nocach).
Ponieważ jednak nigdy nie byłem fanem wcześniejszej serii adaptacji „Resident Evil”, mi nowy reboot (poprzedniego nie dane mi było obejrzeć, więc się o nim nie wypowiem) zupełnie przypadł do gustu. Bo tak jak powiedziałem, najważniejszy jest uchwycony klimat materiału źródłowego, a ten Zachowi Creggerowi się udał. To po prostu kolejny list miłosny od wielbiciela materiału źródłowego dla fanów z zastrzeżeniem tylko, by nikt nie wieszał na nim psów. Świetnie zagrany, obfotografowany (zdjęcia autorstwa Dariusza Wolskiego) i przyprawiony klimatyczną muzyką. Dla koneserów konsoli gier powinno to wystarczyć. Chyba, że mają zbyt duże wymagania.
Reż. Zach Cregger
Czas trwania: 85 min
Gatunek: horror
Tytuł oryg. „Resident Evil”

.png)




