piątek, 12 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKA VS FILM”


Cześć wszystkim. W dwóch poprzednich odcinkach „Książki vs filmu” pokonywaliśmy przestrzeń kosmiczną, tym razem wyprawimy się w podróż do odległych lądów. Tym razem poszukamy różnic między książką „PODRÓŻE GULIWERA” Jonathana Swifta i dwuczęściową adaptacją z 1998 roku. Zaczynamy.


OGÓLNY ZARYS FABUŁY

Tytułowy bohater od zawsze marzył o dalekich wyprawach w nieznane krainy. Przy pierwszej nadarzającej się okazji wyruszył w daleki rejs. Niestety, jego statek rozbił się i tylko on ocalał. Trafił do kraju Liliputów, w którym przeżył mnóstwo przygód. Wraz z kolejnymi podróżami bohater trafia do coraz bardziej niezwykłych miejsc, nabierając jednak coraz bardziej negatywnego podejścia do otaczających go ludzi.



RÓŻNICE MIĘDZY KSIĄŻKĄ, A FILMEM


Książka Jonathana Swifta pisana jest jako pamiętnik pokładowy tytułowego bohatera, wysłany do fikcyjnego wydawcy, Richarda Sympsona. By zachować pierwszoosobową narrację, adaptacja została opowiedziana w formie relacji Guliwera przetrzymywanego w zakładzie psychiatrycznym. Z tego powodu adaptacja zaczyna się od niespodziewanego powrotu Guliwera do rodzinnego domu, gdy jego żona zmuszona była ponownie wyjść za mąż. Uznany za niezrównoważonego psychicznie, zostaje umieszczony w zakładzie psychiatrycznym, gdzie zaczyna snuć przed psychiatrami swoją opowieść. 


W KRAJU LILIPUTÓW

  Na początku powieści Swift opisuje dzieciństwo i młodość Guliwera (pominięte w filmie), który pobierał praktyki z medycyny u dr Batesa. W adaptacji dr Bates także się pojawia, ale ma znacznie bardziej rozbudowaną rolę: 1) to on żeni się z żoną Guliwera święcie przekonaną, że poprzedni mąż zginął na morzu, 2) to on także umieszcza Guliwera w zakładzie psychiatrycznym, gdzie prowadzi nad nim badania z innymi psychiatrami. W książce jest jedynie postacią epizodyczną, w dodatku umiera nim Guliwer wyprawia się po raz pierwszy w morze. Kolejna różnica to pominięcie wypraw za morze nim Guliwer na skutek sztormu wylądował w kraju Liliputów. Swift wspomina o dwóch wyprawach - obie do Indii Wschodnich i Zachodnich, tymczasem adaptacja całkowicie je pomija i od razu wrzuca bohatera do kraju Liliputów. Tutaj następuje najbardziej znany epizod w książce, praktycznie niepomijany w żadnej adaptacji, mniej lub bardziej wiernej: obudziwszy się na brzegu wyspy, Guliwer odkrywa że ląd na który trafił, zamieszkany jest przez Liliputy, a on sam został przywiązany linami do ziemi. Na rozkaz Cesarza Liliputów zostaje przetransportowany do Mildendo, stolicy kraju. W książce początkowo przetrzymywany jest na uwięzi (acz Liliputy dbają o swego więźnia przywożąc mu jedzenie i robiąc dla niego posłanie z kilkuset łóżek), podczas gdy w filmie po krótkiej rozmowie z Cesarzem szybko zostaje ułaskawiony, choć (podobnie jak w książce) pod pewnymi warunkami. W adaptacji pominięto zwiedzanie Mildendo, co w książce dało możliwość do opisania miasta, za to Guliwer - tak jak w książce - dowiaduje się o wojnie toczonej między Liliputem, a Blefuscu i oferuje Cesarzowi swoją pomoc w wojnie.

  Odtąd fabuła książki i jej adaptacji w mniejszym lub większym stopniu bardziej się zazębiają. Wybucha wojna między Liliputem, a Blefuscu, która zostaje dokładnie odtworzona w filmie, tak jak fortel którym posłużył się Guliwer by przelać szalę na korzyść Liliputów. W nagrodę zostaje odznaczony za zasługi i zaznajamia się z codziennością Liliputu oraz jej mieszkańców. Zgadza się również akcja ratunkowa księżniczki Liliputów i nietypowy sposób gaszenia pożaru przez Guliwera poprzez oddanie moczu na płomienie. Ta sielanka nie trwa jednak długo, gdyż Guliwer, zarówno w książce jak i w adaptacji, zostaje po kilku dniach, bezpodstawnie, oskarżony o zdradę stanu. Salwuje się ucieczką, przy czym adaptacja pomija całkowicie jego przygodę do Blefuscu, którym mieszkańcom pomaga w ostatecznym pokonaniu Liliputów. 


W KRAINIE OLBRZYMÓW

  W tym momencie pojawia się największa różnica między książką, a adaptacją. Swift opisuje cztery różne podróże swojego bohatera, tymczasem w adaptacji przygody Guliwera zostały ujęte w formie dziewięcioletniej tułaczki „do wielu odległych narodów świata”. I tak drugim przystankiem filmowej podróży jest Brobdingnag, wyspa zamieszkana (tak dla odmiany, względem poprzedniej wyspy) przez olbrzymy. Guliwera odnajduje farmerski olbrzym, który wykorzystuje go jako swego rodzaju marionetkę pokazywaną za drobną opłatą. Prosto z farmerskiej chaty Guliwer trafia na dwór zamieszkany przez olbrzymów, gdzie staje się z kolei ulubieńcem na królewskim dworze. Jednocześnie wdaje się w konflikt z królewskim błaznem, który próbuje się go pozbyć: w adaptacji z użyciem ogromnych rozmiarów szerszeni (w powieści pojawia się podobna przygoda, tyle że z ogromną muchą), a w książce: wrzucenie do misy pełnej śmietany. Guliwerowi cudem udaje się ujść z życiem, a błazna należycie ukarać. 

  Podobnie jak w poprzedniej części, tak i tu Swift opisuje codzienne realia na królewskim dworze, czemu jednak adaptatorzy nie poświęcają im zbyt wiele czasu. Ograniczają się tylko do opowieści Guliwera na temat świata ludzi. Z czasem wychodzi na jaw prawdziwa mentalność królewskiego dworu olbrzymów. Opowieści Guliwera o Europie i broni palnej wywołują frustrację u króla i królowej olbrzymów, a bohater orientuje się, że istoty te są absolutnymi pacyfistami, w dodatku kompletnie nieznającymi się zarówno na polityce jak i geografii. Guliwer postanawia wydostać się z Brobdingnagu i robi to z użyciem orła, który w powieści wyrzuca go do pobliskiego statku, a w adaptacji: do morza, skąd ratuje się czepiając się liny zwisającej z powietrza.


NA WYSPIE LAPUTA I GLUBBDUBDRIB

  Okazuje się, że linę spuścili mieszkańcy latającej wyspy Laputa zamieszkanej przez muzyków i matematyków. O ile przedstawienie samych mieszkańców wyspy zgadza się z opisem zawartym w książce, o tyle przygody Guliwera - już nie do końca. Tak jak w książce, zaznajamia się (z trudem) z władcą wyspy, a sami mieszkańcy wyspy nie potrafią praktycznie wykorzystywać swoich poglądów z nauk ścisłych, jednak Swift nic nie wspomina nic o przyjęciu z okazji zbliżającego się końca świata. Z kolei Guliwer nie opuszcza Laputy w przypadkowy sposób, podczas ostrzeliwania królestwa byłej żony króla wyspy, choć w książce ma miejsce podobna scena. Jednak w książce bohater decyduje się na opuszczenie Laputy z powodu doskwierającej go nudy. Także do biblioteki, w której miałby znaleźć odpowiedź na pytanie jak mógłby wrócić do Anglii, dociera w innych okolicznościach niż w miniserialu. W książce mieściła się w Balnibardi (całkowicie pominiętej przez adaptatorów), a w adaptacji: w królestwie ostrzeliwanym przez Laputianów. To, co przeżył we wspomnianej bibliotece, pokrywa się z opisem w książce. 

  W adaptacji pominięto też kolejną wyspę, na którą Guliwer trafia: Maldonadę. Prosto z biblioteki ląduje (teleportuje się?) do Glubbdubdrib zarządzanej przez gubernatora interesującego się historią, którą jednak poznaje nie przez książki, ale „u źródła” (czyli przez sprowadzanie widm najbardziej znanych postaci historycznych i prowadzenie z nimi dysput). Jednocześnie, co akurat zostało dodane przez adaptatorów, w sposób wymijający obiecuje zaprowadzić Guliwera do najbliższego portu. Z czasem okazuje się, że bohater dostaje co rano wino nasączone narkotykiem powodującym senność i utratę pamięci. Chcąc wydostać się z wyspy, bohater nasyła na gubernatora cały tabun widm z czasów starożytnych i renesansowych. Tymczasem w książce sytuacja nie była tak bardzo dramatyczna: po prostu zapoznając się z wiedzą starożytną i zestawiając ją z wiedzą nowożytną, Guliwer wychodzi z założenia że jest ona znacznie lepsza od tego czym dysponują uczeni jemu współcześni. Za to ukazany w adaptacji pobyt na kolejnej wyspie, Luggnagg zamieszkanej przez nieśmiertelnych Struldbrugów, zgadza się z opisem w książce - co najwyżej twórcy filmowi pomijają pobyt Guliwera w Japonii, w której bohater prosi tamtejszego cesarza o wybaczenie narzucenia katolickim Anglikom obrzędu deptania krucyfiksu. Guliwer wraca w książce do domu, zdecydowany pozostać tam do końca swoich dni. Jednak nie na długo, gdyż znowu go ciągnie za morze, tym razem jako kapitana okrętu, którym rozbija się na wyspie zamieszkanej przez rozumne konie, co staje się tematem czwartej (najbardziej pesymistycznej) księgi powieści Swifta.


WŚRÓD GADAJĄCYCH KONI

  Pobyt Guliwera na wyspie gadających koni, zwanych Houyhnhnmami, zostaje opowiedziany przed komisją lekarską, która ma orzec czy bohater jest zdrowy na umyśle, czy też powinien pozostać w zakładzie psychiatrycznym. 

  Jest to też część filmowej historii najmniej zgodna z książką Jonathana Swifta. 1) W książce Guliwer niemal od razu zostaje wzięty za Yahoosa, prymitywną i na wpół dziką istotę z plemienia zagrażającego Houyhnhnmom, a w adaptacji zostaje wzięty za jednego z tych dzikusów potem, po nakryciu na spaniu bez koszuli; 2) w adaptacji Guliwera po wyspie Houyhnhnmów oprowadza piękna klacz, podczas gdy w książce przewodnikiem bohatera jest ogier; 3) ta część, jak każda poprzednia w książce, skupia się na zapoznawaniu się z kulturą mieszkańców wyspy, podczas gdy adaptacja nastawiona jest na wyjątkowo trudną relację Guliwera z Houyhnhnmami; 4) w książce Guliwer zaczyna odczuwać coraz większą tęsknotę za Anglią, podczas gdy w adaptacji - jeszcze podczas pobytu na wyspie - zaczyna odczuwać coraz większy wstręt do ludzi (nasilony dodatkowo przez znalezienie diamentów wydobywanych przez Yahoosów). W książce dopiero po kilku latach pobytu zaczyna przyswajać warunki na wyspie, przynajmniej do momentu gdy Houyhnhnmy po krótkiej debacie nie zaczynają go utożsamiać z Yahoosami i nakazują mu opuszczenie wyspy. Adaptacja pomija również podróż Guliwera do Holandii; za to podobnie jak w adaptacji, zostaje znaleziony przez Portugalczyków (których bezskutecznie próbuje przegonić, gdyż jest całkowicie zniechęcony do ludzi porównując ich do Yahoosów). Na tym część opowiadana przez Guliwera się kończy.

  Zakończenia obu wersji mocno się od siebie różnią, zwłaszcza tonem. W adaptacji, gdy wydaje się że Guliwer resztę życia spędzi w zakładzie psychiatrycznym, na obrady komisji lekarskiej przybywa jego syn, który przynosi owcę przywiezioną przez ojca z wyspy Liliputów. W ostatnich minutach Guliwer spędza dużo czasu z końmi i apeluje do widzów by uwierzyli w jego historię. Tymczasem książkowe zakończenie jest bardziej pesymistyczne: wróciwszy z wyprawy, Guliwer staje się samotnikiem porównując zwykłych ludzi do Yahoosów, w efekcie czego spędza całe dnie z końmi (co akurat oddano w adaptacji), i nie chce widzieć się nawet ze swoją żoną. Ewidentną mizantropię, na którą cierpiał także sam Jonathan Swift, wyraźnie pokazuje ostatnie zdanie książki: „Proszę tych, którzy mają domieszkę owej niedorzecznej przywary, aby nie pokazywali mi się na oczy”.


To była moja analiza różnic między powieścią Jonathana Swifta „Podróże Guliwera”, a adaptacją z 1998 roku. Co o niej sądzicie? Piszcie swoje wrażenia w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nową analizą. Cześć.

czwartek, 11 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Nie ma lata bez porządnej imprezy do białego rana. W końcu jak to śpiewali panowie z Oddziału Zamkniętego: „Zróbmy prywatkę jakiej nie przeżył nikt/Niech sąsiedzi walą, walą, walą do drzwi!” A wiadomo, że bez dobrej muzyki nie ma udanej imprezy. Nawet jeśli dany utwór muzyczny posiada POŻYCZONE SAMPLE. Na tej liście znalazło się osiem utworów - do wyboru, do koloru. Zaczynamy.


8, David Guetta, & One Republic, „I don’t wanna wait” [sample zaczerpnięte z „Dragostea din tei” O-Zone]/Jennifer Lopez & Pitbull, „On the floor” [sample zaczerpnięte z „Lambada” Kaomy]

Za sukcesem odpowiednio samplowanego utworu stoją producenci muzyczni. Dzięki nim wielu późniejszych artystów rozpoczynało swoją karierę (którzy sami pożyczali sobie sample ze starszych utworów). Weźmy takiego Davida Guettę, dzięki któremu zaczęła się kariera Kelly Rowland. Podpadł mi, gdy uznanemu już One Republic zaproponował przerobienie „Dragostea din tej” O-Zone. A co ma powiedzieć Pitbull, który z Lopez przerobił „Lambadę” Kaomy (choć ten utwór to zbitka różnych południowoamerykańskich utworów), a z Christiną Aguilerą: „Take on me” A-ha.


Chłopakom z One Republic należy się nagana, bo po co pożyczać sample z niedawno nagranej piosenki (zaledwie starszej o 20 lat). Jak już pożyczać sample, to z klasyki. 


7, Sean Kingston, „Beautiful Girls” [sample zaczerpnięte z „Stand by me” Bena E Kinga]/Gwen Stefani, „Rich Girl” [sample zaczerpnięte z „If I were a rich man” Chaima Topola]

Coś takiego zrobiła Gwen Stefani, która w pirackim wdzianku i stojąc na maszcie galeonu nuciła szantę o bogatej dziewczynie. Wokalistka No Doubt wykorzystała sample z musicalowej piosenki „If I were a rich man” z „Skrzypka na dachu”, odnosząc sukces. Stefani to jednak doświadczona piosenkarka. Co innego Sean Kingston, który na początku kariery, jakieś dwadzieścia lat temu, nagrał wpadający w ucho utwór „Beautiful Girls” wykorzystując przy tym sample z wielokrotnie coverowanego „Stand by me” Bena E. Kinga. O klapie muzycznej nie mogło być mowy.


Wykorzystując sample ze starszego utworu, można je nieco podrasować, by współcześni słuchacze nie zgrzytali zębami (ale bez przesady: przy współczesnych rąbankach niżej podpisanemu puchną uszy). Całkiem ładnie brzmią słynne pląsy Dicka Dale’a w utworze Black Eyed Peas.


6, Black Eyed Peas, „Pump it” [sample zaczerpnięte z „Misirlou” Dick'a Dale'a]

Nawet jeśli nie kojarzycie tytułu „Misirlou”, kompozycja powinna być znana z wielokrotnego wykorzystania w filmach (wielbiciele Quentina Tarantino i „Pulp fiction” powinni się teraz szeroko uśmiechnąć). Utwór Dicka Dale’a ma swoje powodzenie również w branży muzycznej. W nieco przyspieszonej aranżacji wykorzystano go w piosence „Pump it” Black Eyed Peas. Teoretycznie powinno się to skończyć procesem sądowym o choćby plagiat, jednak członkowie Black Eyed Peas dopisali autora „Misirlou”, Nicholasa Roubanisa, jako współautora „Pump it”. 


Sample są wykorzystywane nie bez powodu: artyści chcą chcą w ten sposób oddać hołd starszym kolegom, którzy zapisali się w annałach muzyki. Tak postąpiła pewna piękność z Barbadosu.


5, Rihanna, „Don’t stop the music” [sample zaczerpnięte z „Wanna be starting something” Michaela Jacksona]

Dziedzictwa Michaela Jacksona nikt nie podważy. Dla muzyki zrobił tak wiele, że nie bez powodu zyskał miano Króla Popu. I nie bez powodu późniejsi artyści czerpali z niego sample do woli. Postąpiła tak Rihanna nagrywając swój bestsellerowy album „Good Girl Gone Bad”. Inspiracje Jacksonem słychać zwłaszcza w utworze „Don’t stop the music” wykorzystującym sample z „Wanna be starting something” ze słynnego albumu Jacksona „Thriller”. Sama Rihanna nie raz wykorzystywała sample z innych utworów, tworząc bardzo udane kompozycje.


Ponieważ dzisiaj rozpoczął się tegoroczny Mundial, zapraszam tym razem na stadion piłkarki - konkretnie w RPA Anno Domini 2010. 


4, Shakira, „Waka Waka (This Time for Africa)” [sample zaczerpnięte z „Zamina mina (Zangalewa), Golden Sounds)

Są piosenkarze, którzy zbudowali karierę na coverach (np. Joe Cocker). Są i tacy piosenkarzy, którzy zbudowali karierę pożyczając sample ze starszych piosenek. I to bez pomocy wspomnianych już producentów. Shakira nie jeden raz wykorzystywała sample ze starszych piosenek, jednak zawsze za zgodą oryginalnych twórców. Przykładem chociażby mundialowy hit „Waka Waka (This Time for Africa)” wykorzystujący sample z „Zamina mina (Zangalewa)” zespołu Golden Sounds, czy „Hips don’t lie”, w którym pobrzmiewają trąbki z „Amores Como el Nuestro” Omara Alfano).


Na podium uplasowały się najlepsze i najbardziej pomysłowo wykorzystane sample ze starszych utworów. Brąz dla Madonny.


3, Madonna, „Hung Up” [sample zaczerpnięte z „Gimme Gimme Gimme” Abby]

By cudze sample zostały legalnie wykorzystane w nowszych kompozycjach, potrzebna jest na to zgoda oryginalnych twórców. Madonna doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Pracując nad albumem „Hard Candy” i komponując utwór „Hung Up”, skontaktowała się z członkami zespołu Abba. Powodem telefonu było pytanie o zgodę na wykorzystanie sampli z utworu szwedzkiego zespołu pt. „Gimme Gimme Gimme”. Ci przystali na to, a Madonna nagrała jeden z najbardziej znanych utworów w swojej późniejszej karierze.


Od zgody oryginalnego wykonawcy wszystko zależy. Nawet propozycja ponownego nagrania swego wokalu w nowej kompozycji. Na drugim miejscu efekt pracy Erica Prydza i Steve’a Winwooda.


2, Eric Prydz, „Call on me” [sample zaczerpnięte z „Valerie” Steve'a Winwooda]

Eric Prydz nagrywając „Call on me”, skontaktował się ze Stevem Winwoodem z zapytaniem czy mógłby wykorzystać sample z „Valerie” amerykańskiego piosenkarza. Steve Winwood poprosił o przysłanie dema, a gdy je wysłuchał, był tak zadowolony że zgodził się nawet na ponowne nagranie swojego wokalu, które zostało lekko podrasowane względem oryginału z lat 80. I tylko szkoda, że nie odbiło się to na powodzeniu na rynku płytowym. Nagrany w 2016 roku album „Opus” pozostaje jak dotąd jedynym w dorobku szwedzkiego DJ-a. 


Stworzyć sample do swojego utworu nie jest rzeczą prostą (trzeba się liczyć z oskarżeniami o plagiat), ale jeśli już się jakiś stworzy, to taki który sam będzie wykorzystywany przez kolejne pokolenia. Członkowie nieistniejącego już zespołu Daft Punk coś by na ten temat powiedzieli.


1, Daft Punk, „Harder, Better, Faster, Stronger” [sample zaczerpnięte z „Cola Bottle Baby” Edwin Birdsong]

Daft Punk, jak wielu wymienionych tu artystów, w okresie swojej działalności korzystał z sampli niejednokrotnie. W największym przeboju, „One More Time” zespół wykorzystał sample z dwóch utworów: „More Spell on You” i „Overdub Sensation”. Sztuką jednak jest zrobić utwór na bazie sampli, który potem sam będzie samplowany. Tu przykładem będzie poźniejszy o rok „Harder, Better, Faster, Stronger” wykorzystujący sample z „Cola Bottle Baby”. Sample z tej piosenki można usłyszeć u Kanye Westa („Stronger”) jak i Black Eyed Peas („Boom Boom Pow”). Owacje.



To był mój ranking sampli wykorzystanych w nowszych kompozycjach. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje propozycje, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć. I przebojowej nocy życzę.

środa, 10 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. Już 1 lipca wydawnictwo Vesper zainauguruje jeden z najsłynniejszych cykli fantasy w historii gatunku: SAGĘ DRENAJÓW” Davida Gemmella. Z tej okazji postanowiłem przybliżyć wam historię cyklu i ogólny zarys fabuły poszczególnych tomów, włącznie z tymi które do tej pory nie zostały u nas wydane. Zaczynamy.


KILKA SŁÓW O SERII

Przed rozpoczęciem pracy nad cyklem „Saga Drenajów”, Gemmell próbował zadebiutować na początku lat 70. XX wieku, ale „Men from Miami” nie znalazł wydawcy. W poźniejszych latach sam Gemmell przyznał, że powieść ta była niewypałem. W 1976 roku, po zdiagnozowaniu u niego raka, którego uważał za terminalnego, napisał „The Siege of Dros Delnoch”, aby oderwać myśli od choroby i zrealizować ambicję opublikowania powieści przed śmiercią. Napisana w dwa tygodnie powieść opowiadała o oblężeniu, któremu przeciwstawiono się pomimo przytłaczającej przewagi wroga, stanowiąc wówczas metaforę jego choroby; twierdzą w centrum opowieści był Gemmell, najeźdźcami – jego nowotwór. Pozostawiając zakończenie otwarte, Gemmell planował pozwolić fortecy przetrwać lub upaść, w zależności od własnej prognozy. 

Kiedy Gemmell później dowiedział się, że postawiono mu błędną diagnozę, odłożył „The Siege of Dros Delnoch” na bok aż do 1980 roku, kiedy to przyjaciel przeczytał rękopis i przekonał Gemmela do dopracowania powieści, aby podjąć ostatnią próbę publikacji. Została ona przyjęta w 1982 roku i wydana w 1984 roku jako „Legenda”, odnosząc znaczny sukces komercyjny. Gemmell powiedział, że choć powieść miała „wszystkie wady, jakich można się spodziewać po debiutanckiej powieści”, pisanie „Legendy” było „złotym okresem” w jego życiu, uznając ją za ulubioną ze wszystkich swoich powieści. Powiedział, że chociaż mógłby „pisać ją lepiej” po zostaniu uznanym autorem, „[jej serce] nie zostałoby ulepszone przez poprawę stylu”. Kariera dziennikarska Gemmella nakładała się na jego karierę powieściową aż do publikacji trzeciej powieści „Waylander” w 1986 roku, gdy został zwolniony za używanie imion kolegów dla postaci w książce. Gemmell powiedział później, że jego dyrektor zarządzający uznał to za „trujący atak na jego integralność”. 

Po publikacji „Waylandera” Gemmell stał się pisarzem na pełen etat, który w całej swojej karierze opublikował ponad trzydzieści powieści, niektóre w ramach długotrwałych serii (jak „Saga Drenajów” licząca sobie , inne jako samodzielne dzieła. Choć początkowo zakładano, że diagnoza nowotworu okaże się niewłaściwa, z czasem okazała się trafna. Gemmell w tym czasie pracował nad innym swoim cyklem: „Trylogią trojańską”. Zmarł, nie dokończywszy ostatniego tomu, który ukończyła dopiero jego żona, Stella Gemmell. 


OMÓWIENIE TOMÓW

„Saga Drenajów” to cykl powieści zaliczanych do heroic fantasy, złożona z jedenastu tytułów. Była pisana w latach 1984-2004, a fabuła jest niechronologiczna. Dla polskiego czytelnika jest ona dość problematyczna i to nawet nie z powodu niechronologicznej fabuły, lecz z faktu że nie wszystkie tomy zostały przetłumaczone na język polski (dlatego dla ich omówienia będę się posiłkował także krótkimi opisami z Internetu).

Pierwszy opublikowany tom, „Legenda” (według chronologii wydarzeń: tom siódmy) opowiada o wojowniku imieniem Druss, tytułowej Legendzie, który po wielu przygodach chce zaznać w końcu spokoju. Jednak nie jest mu to dane, ponieważ trwa właśnie oblężenie Dros Delnoch, potężnej twierdzy Drenajów. Druss, chcąc nie chcąc, musi wziąć w nim udział. Z kolei akcja „Króla poza bramą”, drugiego tomu cyklu, rozgrywa się sto lat po oblężeniu Dros Delnoch. Na ziemiach Drenai niepodzielnie panuje terror, a największe zagrożenie stanowi szalony władca. Wspierają go potęgi zła, w tym stwory będące połączeniem ludzi i krwiożerczych bestii. Każde ich pojawienie się budzi lęk i wywołuje grozę wśród mieszkańców. Tylko jeden człowiek, Książę Cieni, odważa się stanąć do zdecydowanej walki ze złem...

Trzeci tom „Sagi o Drenajach” zatytułowany „Waylander”, przenosi nas o kilkanaście lat wstecz. Po zamordowaniu króla Drenajów nieprzyjacielskie wojska pustoszą drenajskie ziemie. Mają rozkaz zabić każdego mieszkańca tego kraju. Ale temu ludowi pozostał jeszcze cień nadziei. Tropiony przez ludzi bestie, Waylander musi przedostać się przez krainę Nadirów i odnaleźć legendarną Zbroję. Mając ją, mógłby odwrócić bieg wydarzeń. Czwarty tom pt. „W poszukiwaniu utraconej chwały” stanowi bezpośrednią kontynuację „Króla poza bramą”, kiedy to Dros Delnoch już upadło. W maleńkim królestwie Gothirów łowcy niewolników porywają młodą dziewczynę. Jej przyjaciel, wieśniak imieniem Kiall, próbuje ją odnaleźć, a jego wyprawa może mieć nieoczekiwane skutki dla świata. W poszukiwaniach towarzyszą mu czterej legendarni wojownicy: Chareos - Fechmistrz, Beltzer - Rębacz oraz dwaj łucznicy, Fin i Maggrig. Jeden z nich skrywa tajemnicę, która może uwolnić świat od dominacji Naidirów. Jest bowiem Zgubą Naidirów i Nadzieją Drenajów ... Jest Księciem z Brązu. „W królestwie wilka”, piąty tom cyklu, to z kolei bezpośredni dalszy ciąg „Waylandera” (jej oryginalny tytuł brzmi „Waylander II: In the Realm of Wolves”), kontynuujący perypetie tytułowego herosa. 

Dwa kolejne tomy - szósty „Druss Legenda - Pierwsze kroniki” i siódmy „Legenda Kroczącej Śmierci” - opowiadają o najwaleczniejszym obrońcy Dros Delnoch, tytułowym dla tomu szóstego Drussie. W tomie szóstym wyrusza na poszukiwania porwanej żony, Rowenny, zabijając każdego kogo napotka na swojej drodze; z kolei w tomie siódmym broni pradawnej fortecy skrywającej legendarny skarb pożądany przez wielu nieprzyjaciół. 

Ostatnia wydana u nas część, „Zimowi wojownicy”, według kolejności chronologicznej będący finałem całego cyklu (i za pewne dlatego poczatkowo zaprzestano po nim publikacji u nas kolejnych tomów) opowiada o przepowiedni o pogrążeniu świata w chaosie po śmierci trzech władców i powrocie wszystkich zapomnianych demonów siejących smierć i zniszczenie. Dwóch z nich już nie żyje, jednak po stronie trzeciego, jeszcze nienarodzonego, staje trzech ostatnich wojowników z drenejskiej armii: Szermierz Nogusta, Kebra Łucznik i milczący osiłek, Bison. 

W Polsce jak dotąd nie wydano jednak trzech ostatnich tomów i dlatego dla ich omówienia będę się posiłkował zagranicznymi stronami internetowymi. I tak tom 9. „Hero in the Shadows” (według chronologii wydarzeń: tom 3, będący bezpośrednią kontynuacją „W królestwie wilka”) opowiada dalsze losy Waylandera, obecnie: człowieka majętnego, który stacza decydującą walkę ze swoimi demonami z przeszłości. Tom 10 „White Wolf”, osadzony jest chronologicznie między „Legendą Kroczącej Śmierci”, a „Legendą”, powraca w nim postać Drussa Legendy szukającego swojej córki, któremu towarzyszy de facto główny bohater tego cyklu, farmer i były żołnierz Skilgammon. Wreszcie tom 11. „Swords of Nights and Days” opowiada o wydarzeniach jakie miały miejsce 1000 lat po fabule z tomu poprzedniego i pokazuje konsekwencje działań Skilgammona. 


PODSUMOWANIE

„Saga Drenajów” to epicka heroic fantasy napisana mocno w duchu najwiekszych klasyków tego podgatunku, jak Robert E. Howard (seria o Conanie) czy Karl Wegner („Kane”). Wykorzystując utarte przez nich rozwiązania fabularne, Gemmell stworzył nową klasykę heroic fantasy, w której innowacją jest nielinearna fabuła i mnogość głównych postaci. Wywarł też wpływ na poźniejszych autorów i chyba przypadkiem nie jest, że laureatem nagrody literackiej imienia Davida Gemmella została „Krew elfów”, pierwsza powieść o wiedźminie Geralcie, którego przygody mogą po części przywodzić na myśl grimdark fantasy (kwestia wyboru między Mniejszym, a Większym Złem), a po części heroic fantasy. 

Z początku „Saga Drenajów” była mało u nas popularna (czego dowodem osiem z jedenastu u nas jak dotąd wydanych tomów), jednak dzięki wydawnictwu Vesper za pewne ten stan rzeczy może się zmienić. Tym bardziej, że w ostatnim czasie wznowiona została również „Trylogia trojańska” tego samego autora. Pozostaje więc tylko trzymać kciuki. 


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/3762/saga-drenajow

wtorek, 9 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. Przenieśmy się tym razem do lat 2000, by omówić płytę Kings of Leon „ONLY BY THE NIGHT” roku. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Wrzesień 2007 roku. Wokalista zespołu Kings of Leon, Caleb Followill, zapowiada, że trwają już prace nad utworami na czwarty album grupy, ledwie kilka dni po wydaniu trzeciego albumu zespołu, "Because of the Times". 

Nagrywanie rozpoczęło się w lutym 2008 roku w Blackbird Studios w Nashville z asystentem inżyniera dźwięku, Lowellem Reynoldsem. Według producenta Jacquire'a Kinga, występy na żywo głównych partii każdego utworu zostały nagrane na 16-ścieżkowej taśmie analogowej, a następnie przeniesione do systemu Pro Tools w celu dogrania i miksowania. 23 czerwca 2008 roku ustalono datę premiery na 22 września 2008 roku i ogłoszono nowy tytuł.


UTWORY PROMUJĄCE

Album był promowany na przełomie 2008-2009 roku pięcioma piosenkami. Premiera pierwszego z nich, „Sex on Fire” [nr 3], miała miejsce 11 sierpnia 2008 roku. Cztery miesiące później, 8 grudnia, wydana została piosenka „Use Somebody” [nr 4], która okazała się wielkim przebojem w dorobku zespołu.

Trzeci utwór promujący, „Reverly” [nr 6], miał premierę 3 marca 2009 roku. Czwarty utwór promujący, „Notion” [nr 8], miał premierę 29 czerwca. Cztery miesiące później, 27 października, odbyła się premiera piosenki „Crawl” [nr 2].


PREMIERA I SUKCES

Album Only by the Night odniósł komercyjny sukces, plasując się w pierwszej dziesiątce w ponad 10 krajach. Album został uznany za najlepiej sprzedający się album w Australii, pokrył się dziewięciokrotną platyną. Był również najlepiej sprzedającym się albumem 2008 roku w Australii, trzecim najlepiej sprzedającym się albumem 2008 roku w Wielkiej Brytanii, zdobywając dwie nagrody Brit Awards, i 18. najlepiej sprzedającym się albumem lat 2000. w Wielkiej Brytanii. 

Ponadto dwa single z albumu znalazły się na wysokich miejscach list przebojów: „Sex on Fire” zajął pierwsze miejsce w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Australii i na amerykańskiej liście Hot Modern Rock Tracks oraz drugie miejsce w Nowej Zelandii. Drugi singiel z albumu, „Use Somebody”, również zajął drugie miejsce na listach przebojów w Wielkiej Brytanii i drugie miejsce w Australii, a także był pierwszym przebojem zespołu, który znalazł się w pierwszej dziesiątce w Stanach Zjednoczonych. Album został nominowany do nagrody Grammy w kategorii „Najlepszy album rockowy” w 2009 roku, a utwór „Sex on Fire” otrzymał dwie nominacje. Według komunikatu prasowego zespołu, światowa sprzedaż albumu przekroczyła 6,2 miliona egzemplarzy.


link: https://youtube.com/playlist?list=PLD722104C13338BEE&si=_eo0GGv-DQVUsj4x

Cykl na blogu „CultureZone”: „PROGRAM W ODCINKACH”


Cześć wszystkim. Przed wami czwarty tegoroczny odcinek „Programu w odcinkach”, w którym tym razem wyładujemy na bezludnej wyspie zarządzanej przez dwie zwaśnione ze sobą grupy nastoletnich chłopców, dla których pojęcie władzy i hierarchii praktycznie nie istnieje. Brzmi znajomo? Nic dziwnego. Oto recenzja serialowej adaptacji „Władcy much”. Zaczynamy.


„WŁADCA MUCH” *****


twórca: Jack Thorne

obsada: Winston Sawyer, Lox Pratt, David McKenna, Ike Talbut, Daniel Mays, Rory Kinnear, Rochelle Neil, Tom Goodman-Hill, Ralph Allwood


Znakomita powieść Williama Goldinga „Władca much”, podszyta biblijną alegorią metafora utraty autonomii i kształtującego się zła w człowieku (zwłaszcza niewinnym dziecku), doczekała się jak dotąd dwóch kinowych adaptacji. Pierwszą z nich nakręcił w 1963 r. teatralny reżyser Peter Brook (co było czuć w jego wersji). Druga, mniej popularna, adaptacja powstała w 1990 roku. Żadna z nich nie zagłębiła się za bardzo w problematykę zawartą w powieści Goldinga. Udało się to dopiero w najnowszej, tym razem serialowej, adaptacji.


FABUŁA

Grupa brytyjskich chłopców trafia na bezludną wyspę, na której starają się ustalić pewną formę autonomii. Jednak to, co z początku było namiastką utopijnego raju, stopniowo zamienia się w antyutopię, a między chłopakami nagle zaczyna dochodzić do brutalnej rywalizacji.


OCENA

Kolejne podejście do powieści Goldinga może zrobić spore wrażenie. Miniserial Jacka Thorne’a jest bowiem dowodem na to, że aby móc stosunkowo wiernie zaadaptować jakąś powieść, lepiej jest to zrobić w formie serialu. Tak, nie zawsze się to udaje (ekhem, ekhem, „Wiedźmin” od Netflixa, lub „Pierścienie władzy” od Amazon Prime Video…), ale jeśli podejdzie się do materiału źródłowego z głową i szacunkiem do materiału źródłowego („One Piece” od Netflixa), to fani mogą być usatysfakcjonowani. A sądzę, że jeśli ktoś czytał powieść Goldinga, ten będzie właśnie usatysfakcjonowany. Z kolei jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zapoznać się z książkowym „Władcą much”, ten po obejrzeniu serialu (w sam na modny ostatnio bingwatching) za pewne sięgnie po samą książkę.

Serialowy „Władca much” jest bowiem o tyle wierną adaptacją, ponieważ nie ogranicza się tylko do, skądinąd równie mocnej, warstwy psychologicznej książki. Jasne, showrunner dodaje od siebie kilka nieobecnych w książce elementów (np. prawdziwe imię Piggy’ego), ale nie zaburzają odbioru serialu (jeśli ktoś obawiał się, że wśród chłopców znajdą się jakieś dziewczynki, co byłoby dość prawdopodobne w dzisiejszych czasach, uspokajam: nic takiego nie ma). Sercem książki Goldinga były bowiem biblijne metafory, które w dotychczasowych adaptacjach (a przynajmniej w filmie z 1963 roku, bo wersji z 1990 roku nie widziałem) pojawiały się w ilościach śladowych. Bezludna wyspa jako Eden, który czeka upadek i w którym dzieci tracą niewinność na rzecz okrucieństwa. Koncha (rodzaj muszli) jako symbol demokracji i porządku. Wreszcie głowa upolowanej maciory zwabianej przez chmarę much jako symbol diabła, tytułowego Władcy Much (w języku hebrajskim: Belzebub, brzmi znajomo?). Golding nie daje w powieści wprost wskazówek, co do biblijnych sensów w niej zawartych, funkcjonują one raczej jako subtelne aluzje. I, dzięki Bogu, Jack Thorne bezbłędnie te aluzje wychwycił.

Trudno mu się również dziwić, co go pociągnęło do powieści Goldinga. Thorne zdobył popularność dzięki netflixowemu serialowi „Dojrzewanie”, które podejmuje nieco podobną tematykę (punkt wyjściowy: trzynastolatek zostaje oskarżony o morderstwo koleżanki z klasy). Od razu widać, co pociąga początkującego producenta i dlaczego zdecydował się na adaptację powieści, w której nie jedno, ale cała gromada dzieci na skutek utraty niewinności i autonomii zamienia się w grupę żądnych krwi dzikusów. 

Bezbłędny okazał się również dobór aktorski. Dziecięcy aktorzy spisują się znakomicie, jednak całe show kradnie Lox Pratt w roli buntowniczego i najbardziej okrutnego ze wszystkich Jacka. Zresztą, wystarczy poszukać jego zdjęć w Internecie, by przekonać się, że za tym blondynem w loczkach kryje się niemalże diabeł (chociaż od premiery serialowego „Harry’ego Pottera” dzieli nas dopiero pół roku, już mogę z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że chłopak przebije Toma Feltona w roli Draco Malfoya). Jego burzliwa relacja z Ralphem (bardzo dobry Winston Sawyer) dosłownie rozsadza ekran. To samo się tyczy Ike’a Talbuta w roli dobrodusznego Simona (będącego w książce metaforą Jezusa) czy Davida McKenna w roli Piggy’ego. Zresztą, każdy odcinek nosi tytuł od czterech głównych bohaterów i skupia się na każdym z nich, co daje możliwość młodym aktorom do popisania się aktorstwem, a showrunnerowi do pogłębienia ich warstwy psychologicznej.

Nas, z kolei, może utwierdzić w przekonaniu, że powieść Williama Goldinga w końcu doczekała się satysfakcjonującej adaptacji. Zresztą, miarą tego jak udana jest to adaptacja, niech będą słowa córki autora książkowego pierwowzoru, która przyznała, że jej ojciec byłby z tej adaptacji bardzo zadowolony. Jako wielbiciel książki, sądzę że byłby nawet więcej niż „bardzo zadowolony”.

poniedziałek, 8 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


JACK LONDON : 

MIĘDZY ROMANTYZMEM, A REALIZMEM


Cześć wszystkim. Z okazji niedawnego Dnia Dziecka przybliżę sylwetkę jednego z klasycznych autorów powieści przygodowych, Jacka Londona. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

John London, znany później jako Jack, przyszedł na świat w styczniu 1876 r. w San Francisco. Dorastał w rodzinie robotniczej, a jego jedyną szansą na zdobycie wykształcenia, którą skrzętnie wykorzystał, było samodzielne czytanie książek. Jako 9-latek pochłonął wiktoriańską powieść „Signa”, którą wspominał jako kluczową w swoim życiu, i wkrótce zaczął regularnie odwiedzać lokalną bibliotekę.

Jego młodość można porównać do Charlesa Dickensa. W wieku 13 lat London był pełnoetatowym pracownikiem Hickmott's Cannery, co oznacza, że spędzał w zakładzie od 12 do 18 godzin na dobę. Jednak młody London, mający buntowniczy charakter, nie godził się na taki los. Za pożyczone pieniądze kupił jednomasztową żaglówkę i został poławiaczem ostryg. W wieku 17 lat dołączył do załogi szkunera i brał udział w polowaniach na foki. Po tym epizodzie wrócił do San Francisco, gdzie zastała go tzw. panika roku 1893. Bez jakichkolwiek perspektyw i szansy na legalną pracę, został bezdomnym włóczęgą. Pęd do wiedzy i świadomość, że tylko wykształcenie może odmienić jego beznadziejną sytuację, sprawiły, że London wrócił do Oakland i podjął naukę w liceum. W tamtym czasie po raz pierwszy wydrukowano jego opowiadanie.

Młody London większość czasu spędzał w portowym barze, gdzie czytał i uczył się do egzaminów. Marzył o pójściu na studia, o czym opowiedział zaprzyjaźnionemu właścicielowi lokalu. Dostrzegając potencjał chłopaka po przejściach, barman pomógł mu opłacić pierwszy semestr. London dostał się na studia, jednak trudna sytuacja materialna nie pozwoliła mu kontynuować nauki. Szukając swojego miejsca na świecie, London poczuł gorączkę złota i w wieku 21 lat ruszył do Klondike.


KARIERA 

Poszukiwanie złota nie zrobiło z niego bogacza, a całą wyprawę do Klondike przypłacił zdrowiem. Podobnie jak wielu innych poszukiwaczy London zachorował na szkorbut (stracił cztery przednie zęby). Kolejne problemy utwierdziły go w przekonaniu, że żywot wiecznego tułacza nie jest jego celem.

W 1898 r. wrócił do Kalifornii, gdzie zainteresował się ruchem socjalistycznym. Był zagorzałym aktywistą i po raz kolejny spróbował odmienić swój los, wiążąc przyszłość z pisarstwem. Początki nie były łatwe – za pierwszą wydrukowaną historię („Do człowieka na szlaku”, 1898) miał dostać 5 dol., przy czym opieszałość wydawcy sprawiła, że London był gotów wrócić do pracy fizycznej. Zacisnął jednak zęby i pisał dalej. Rok później za opowiadanie „Tysiąc śmierci” zapłacono mu 40 dol., co jak sam wspominał, uratowało jego karierę pisarską. Ogromny wpływ na jego sukces miał rozwój technologiczny, który doprowadził do upowszechnienia druku. Pod koniec XIX wieku i na początku XX na rynku zaczęły się pojawiać liczne magazyny z prozą dla masowego odbiorcy, tym samym zapotrzebowanie na barwne opowiadania przygodowe Londona stale rosło. 

Na początku 1903 r. London sprzedał nowelę „ZEW KRWI” za 750 dolarów. Wkrótce po tym Macmillan Publishers zapłaciło 2000 dol. za prawa do książki. Wydawca zadbał o odpowiednią promocję, czyniąc z „Zewu krwi” jedną z najsłynniejszych książek tamtych czasów.

Jack London, gromadząc fortunę, nie osiadł na laurach i cały czas szukał nowych wyzwań. W 1904 r. został korespondentem wojennym, relacjonującym dla "San Francisco Examiner" przebieg wojny rosyjsko-japońskiej. Po burzliwych przygodach (3 razy trafił do niewoli) i ostatecznej interwencji prezydenta Roosevelta, London wrócił do kraju, gdzie rozpoczął nowy etap w swoim życiu.


STYL

Twórczość Jacka Londona jest bardzo zróżnicowana nie tylko pod kątem gatunkowym, ale także pod kątem poglądowym autora i wynika tak z czytanych przez niego książek jak i jego osobistych przeżyć. W wieku 9 lat London przeczytał „Alhambrę” Washingtona Irvinga, która mocno wpłynęła na jego postrzeganie świata. Jako źródła inspiracji London wymieniał także „Signe” Ouidy, szczególnie widać u niego wpływ Karola Marksa i, w ogólny sposób, Herberta Spencera.


PÓŹNIEJSZE LATA ZAKOŃCZONE PRZEDWCZESNĄ ŚMIERCIĄ

Trzy lata później ukazała się słynna powieść przygodowa „BIAŁY KIEŁ”, której akcja - tak jak w przypadku „Zewu krwi” - rozgrywa się w czasach gorączki złota w Klondike. Częściowo o gorączce złota opowiada też składająca się z epizodycznych rozdziałów powieść „BELLEW ZAWIERUCHA” z 1912 r. Wraz z wydanym w 1904 r. „WILKIEM MORSKIM” tytuły te tworzą żelazny kanon dzieł Jacka Londona. Poza autobiograficznym „MARTINEM EDENEM” (1909) żadna z jego książek nie stała się tak sławna, jak ta czwórka, przynajmniej poza Ameryką.

Z czasem jego życie zaczęło popadać na zdrowiu, głównie w wyniku licznych podróży, ale również w czasach gorączki złota w Klondike. W 1916 r, cierpiąc z powodu straszliwego bólu, zażywał na przemian morfinę i opium, dostępne wówczas bez recepty. 22 listopada 1916 r, prawdopodobnie wskutek przypadkowego przedawkowania morfiny, tocząca go mocznica uległa raptownemu nasileniu, co doprowadziło do śmierci pisarza. Tak też opisano to w akcie zgonu.

Ale wnikliwi czytelnicy prozy Londona uznali, że było nieco inaczej. Twórczość Londona ma sporo wspólnego z życiem i poglądami samego autora, co najmniej dwie jego powieści - prócz „Martina Edena” także „JOHN BARLEYCORN” - zawierają wątki autobiograficzne (tytułowy bohater tej pierwszej powieści bynajmniej nie odbiera sobie życia na skutek przedawkowania morfiny). Zagadka śmierci Londona nigdy nie zostanie rozwiązana, a w wielu opracowaniach za pewne nie raz spotkamy się z informacją, że London zmarł śmiercią samobójczą. 



Za co warto docenić Pawła Pawlikowskiego? Reżyser jest jednym z najciekawszych twórców filmowych, od początku pracującym za granicą, chociaż mocno inspirującym się europejskimi dokonaniami kinematograficznymi. W jego twórczości można znaleźć inspiracje zarówno kinem francuskim (cała Francuska Nowa Fala, ze szczególnym uwzględnieniem Jean-Luca Godarda), czy włoskim (zwłaszcza Federico Fellinim). Inspiracji szuka też w kinie brytyjskim (Richard Lester) i amerykańskim (Billy Wilder, David Lynch), dzięki czemu wychodzą mu same arcydzieła, warte obejrzenia.


link: https://lubimyczytac.pl/autor/6687/jack-london 

sobota, 6 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Po wycieczce w roztańczonych latach 90 zapraszam na słoneczne lata 80, gdzie czeka zespół Laid Back z przebojem „SUNSHINE REGGAE”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Choć tytuł i rytm piosenki mógłby sugerować, że pochodzi ona z Jamajki, tak naprawdę „Sunshine Reggae” nagrał duński (na dodatek postpunkowy…) zespół Laid Back. Grupa powstała w w 1979 r. Stworzyli go Tim Stahl i John Guldberg. Debiutowali w 1981 roku wydając album „Laid Back”, a promował go singiel „Maybe I’m Crazy”, który zadebiutował rok wcześniej w rozgłośniach radiowych. W swoich kompozycjach umiejętnie mieszali ze sobą muzykę elektroniczną i pop. 

W 1982 roku duet nagrał swój największy przebój „Sunshine Reggae”, który znalazł na drugim albumie „Keep Smiling”. Słowa piosenki napisali Tim Stahl i John Guldberg, założyciele Laid Back. O tym, że piosenka idealnie nadaje się na wakacyjne klimaty niech świadczy fakt, że prace nad nią miały miejsce w czerwcu. 

Niewątpliwie swoje trzy grosze dołożyli również twórcy klimatycznego wideoklipu o znudzonych pracownikach biurowych fantazjujących o wakacjach nad Morzem Południowym, gdzie śpiewają piosenkę, bawią się i grają muzykę z miejscowymi. Jakby tego było mało, teledysk został nagrany na Sri Lance, co również powinno wprowadzić w wakacyjny nastrój.


ANALIZA

Wspomniany wideoklip powinien ułatwić analizę samej piosenki. W istocie „Sunshine Reggae” stanowi fantazję na temat wymarzonych wakacji, rzecz jasna we dwoje. Podmiot liryczny kieruje słowa do ukochanej osoby, zachęcając ją do spędzenia wakacji w „słonecznym, słonecznym reggae”, bez zmartwień, za to z całkowitą beztroską. Wystarczy tylko poczuć dobre wibracje, a już ma się ochotę spakować walizki i lecieć nad Morze Południowe. Co, za pewne, przyda się niejednej osobie w czasie nadchodzących wakacji.


PREMIERA I SUKCES

„Sunshine Reggae” osiągnął pierwsze miejsce na listach przebojów w Niemczech i Austrii we wrześniu 1983 roku. We Włoszech osiągnął trzecie miejsce, w Holandii i Flandrii (Belgia) czwarte, a w Szwajcarii dziewiąte. Zaskakująco popularny był w Ameryce Południowej. Jego popularność dodatkowo wzrosła dzięki filmowi, którego tytuł nawiązuje do piosenki, „Sunshine Reggae in Ibiza”, którego premiera odbyła się w listopadzie 1983 roku.

Piosenka pojawiła się w różnych wersjach singlowych wydanych przez Metronome Records, Polydor Records, Sire Records, CBS i Atlas Records. Utwór został również wydany w różnych wersjach jako 12-calowy maxi singiel o długości około 6:30 minut.

Tylko w Stanach Zjednoczonych piosenka cieszyła się mniejszym powodzeniem. O wiele  większy sukces odniósł tam utwór „White Horse”, będący stroną B singla. Utwór został wydany jako singiel i przez trzy tygodnie utrzymywał się na pierwszym miejscu listy przebojów tanecznych.


link: https://youtu.be/R82XGJV_nkU?si=8CTklPrWnisr4AOr 


TŁUMACZENIE


Laid Back


„SŁONECZNE REGGAE”

tytuł oryg. „Sunshine Reggae”


Daj mi, daj mi, daj mi tylko mały uśmiech

Tylko o to cię proszę

Daj mi, daj mi, daj mi tylko mały uśmiech

Mamy dla ciebie wiadomość


Słoneczne, słoneczne reggae

Nie martw się, nie spiesz się, weź na luz

Słoneczne, słoneczne reggae

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze


Daj mi, daj mi, daj mi tylko mały uśmiech

To wszystko, o co cię proszę – czy to za dużo?  

Daj mi, daj mi, daj mi tylko mały uśmiech

Mamy dla Ciebie wiadomość - dołącz do


Słonecznego, słonecznego reggae

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze

Słoneczne, słoneczne reggae

Nie martw się, nie spiesz się, weź na luz

Słoneczne, słoneczne reggae

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze,

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze

Niech dobre wibracje staną się o wiele silniejsze