sobota, 1 sierpnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. W dzisiejszym dniu, w rocznicę Powstania Warszawskiego, zapraszam na specjalny odcinek „Nutki nostalgii”, którego bohaterką będzie „WARSZAWA” – tak szczerze i prawdziwie odmalowana przez zespół T. Love. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Pomysł na piosenkę pojawił się w 1989 r., gdy po rozpadzie T.Love Staszczyk pracował, zmywając naczynia w londyńskiej restauracji Parks. Podczas pewnego weekendu w pracy wymyślił dwa pierwsze wersy piosenki:


Za oknem zimowo zaczyna się dzień

Zaczynam kolejny dzień życia”.


Udając przed przełożonymi problemy żołądkowe szedł do toalety, gdzie na barowych serwetkach (w innym źródle: papierze toaletowym) dokończył pierwszą zwrotkę oraz napisał drugą. Trzecia zwrotka została napisana później. Według różnych źródeł miała powstać w Polsce w grudniu 1989 r. lub w wynajmowanym przez Staszczyka mieszkaniu w Londynie. Była to pierwsza piosenka Muńka Staszczyka napisana po 1986 r.

Pierwsza wersja „Warszawy” została nagrana 29 grudnia 1989 roku w domu dziennikarza i wydawcy książek Pawła Dunin-Wąsowicza. Podczas nagrania Staszczyk grał na gitarze basowej, a Dunin-Wąsowicz śpiewał chórki. W porównaniu do późniejszej wersji studyjnej druga zwrotka zaczynała się od słów


Krakowskie Przedmieście jest w maju cudowne

Studentki wirują swoimi ciałkami”,


a trzecia zwrotka kończyła się słowami:


Jesienią wychodzę z tobą na spacer

Przez pełne kasztanów ulice”.


W tym momencie dla Staszczyka stało się jasne, że po nagraniu dla tej piosenki należałoby reaktywować zespół.

Demo „Warszawy” zostało nagrane wiosną 1990 roku w składzie: Muniek Staszczyk (śpiew), Jan Benedek (gitary), Robert Szambelan (perkusja). Ścieżkę instrumentalną nagrano w ówczesnym mieszkaniu Jana Benedeka przy ul. Czarnieckiego 59, wokale w wytłumionym studiu Piotra Kokosińskiego.

Jesienią 1990 roku w Izabelin Studio nagrano finalną wersję „Warszawy”. Kompozycja została znacznie zmieniona przez Benedeka. Za jego sprawą pojawiła się gitara akustyczna, pojawiły się improwizowane partie trąbki i syntezatora, zrezygnowano z solówki gitarowej. Ścieżka basowa została zagrana na basie Steinbergera, wypożyczonej od Marcina Ciempiela. Solo na trąbce zagrał Andrzej Przybielski, na syntezatorach zaś Wojciech Konikiewicz. Podczas nagrywania utworu Przybielski borykał się ze spuchniętą wargą, będącą wynikiem pobicia. Konikiewicz korzystał z dwóch syntezatorów: analogowego Rolanda Juno-106 oraz cyfrowego Korga M1. Powstały dwie ścieżki na trąbkę, zmiksowane później w jedno solo przez Roberta Brylewskiego. Jarosław Polak odpowiadał za zaprogramowanie perkusji. Talerze nagrano osobno.


ANALIZA

Chociaż dzisiejszy dzień odnosi się do połowy lat 40, omawiana piosenka T. Love dotyczy bardziej późniejszych dekad, mianowicie przełomu l. 80-90. Piosenka „Warszawa” T.Love to osobiste wyznanie miłości do stolicy, opowieść o tęsknocie za ojczyzną z perspektywy emigranta oraz portret Warszawy przełomu lat 80. i 90. Pisząc słowa, Staszczyk – rodowity Warszawiak – wylewał z siebie smutek za ojczystym miastem. Warto też dodać, że sama piosenka powstawała w trudnej sytuacji osobistej piosenkarza: Staszczyk zmagał się z problemami finansowymi, brakiem weny i chwilowym rozpadem zespołu.


PREMIERA I SUKCES

W listopadzie 1990 roku Warszawa ukazała się na singlu. Utwór trafił na album Pocisk miłości wydany 12 sierpnia 1991 roku. Piosenka uchodzi za jeden z najpopularniejszych utworów polskiego rocka. Był to również pierwszy prawdziwy przebój T.Love, który przeobraził się z zespołu alternatywnego w mainstreamowy.

Piosenka od razu stała się przebojem. Na przełomie 1990 i 1991 roku trzy razy zajmowała pierwsze miejsce na Liście przebojów Programu Trzeciego. Muniek Staszczyk wspomina, że Warszawę doceniła Agnieszka Osiecka oraz że piosenka cieszy się bardzo dużą popularnością wśród warszawskich taksówkarzy, którzy często uważają Warszawę jako najlepszy po „Śnie o Warszawie” Czesława Niemena utwór poświęcony stolicy.

W następnych latach utwór ten pojawił się również na składankach: BesT.Love (1998), Superprodukcja (2003), Gwiazdy polskiej muzyki lat 80. (2007), Love, Love, Love – The Very BesT.Love (2008)


link: https://youtu.be/59JGY-K0BeQ?si=zIJ0tJqZJRD6KbgJ


TEKST


T. Love


WARSZAWA”


Za oknem — zimowo, zaczyna się dzień
Zaczynam kolejny dzień życia
Wyglądam przez okno, na oczach mam sen
A Grochów się budzi z przepicia

Wypity alkohol uderza w tętnice
Autobus tapla się w śniegu
Zza szyby oglądam betonu stolicę —
Już jestem na drugim jej brzegu

Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje
To kocham to miasto, zmęczone jak ja
Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje
Gdzie wiosna spaliną oddycha

Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem
Wirujesz jak obłok, wynurzasz się z bramy
A ja jestem głodny, tak bardzo głodny —
Kochanie, nakarmisz mnie snami

Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz
Rozkwita na drzewach, na krzewach
Ściekami z rzeki, kompletnie pijany
Chcę krzyczeć, chcę ryczeć, chcę śpiewać

Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje
To kocham to miasto, zmęczone jak ja
Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje
Gdzie wiosna spaliną oddycha

Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje
To kocham to miasto, zmęczone jak ja
Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje
Gdzie wiosna spaliną oddycha

Jesienią zawsze zaczyna się szkoła
A w knajpach zaczyna się picie
Jest tłoczno i duszno, olewa nas kelner —
I tak skończymy o świcie

Jesienią zawsze myślę o latach
Tak starych, jak te kamienice
Jesienią, o zmroku, przechodzę z tobą
Przez pełne kasztanów ulice

I patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje
I kocham to miasto, zmęczone jak ja
Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje
Gdzie wiosna spaliną oddycha

I patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje
I kocham to miasto, zmęczone jak ja
Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje
Gdzie wiosna spaliną oddycha.

czwartek, 30 lipca 2026

NIE ŻYJE IGA CEMRZYŃSKA,

AKTORKA ZNANA Z FILMÓW ANDRZEJA KONDATIUKA.


Marcin Klimczuk


Dziś popołudniu dotarła do nas smutna wiadomość ze świata polskiego kina i teatru. W wieku 87 lat zmarła znana aktorka filmowa i teatralna, Iga Cembrzyńska. Debiutowała w "Rękopisie znalezionym w Saragossie" Wojciecha Jerzego Hasa (gdzie wcieliła się w jedną z mauretańskich księżniczek uwodzących głównego bohatera). Występowała również m.in. u Janusza Morgensterna ("Jowita"), jednak największy rozgłos przyniosły jej role w filmach swojego męża, Andrzeja Kondratiuka (np. w "Hydrozagadce"). 

Niżej zamieszczam link z informacją o śmierci Igi Cembrzyńskiej:

https://www.filmweb.pl/news/Nie+%C5%BCyje+Iga+Cembrzy%C5%84ska.+Gwiazda+film%C3%B3w+Andrzeja+Kondratiuka+mia%C5%82a+87+lat-166276


Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Od chwili premiery „Odyseja” Christophera Nolana zbiera skrajnie różne opinie: jedni film zachwalają, co odbija się na box officie, inni: krytykują (ostatnio do tej drugiej grupy dołączyła tłumaczka poematu Homera na język angielski, na której przekładzie ponoć Nolan się opierał). Pamiętajmy jednak, że kino - zwłaszcza amerykańskie - często nadinterpretowało mity. Na dowód tego przygotowałem listę ośmiu FILMOWYCH REINTERPRETACJI MITÓW I LEGEND. Zaczynamy.


8, „Troja”, reż. Wolfgang Petersen

  Jeśli ktoś krytykuje Nolana za przeinaczanie wątków mitologicznych i homeryckich w „Odysei”, odsyłałbym do starszej o 22 lata „Troi” Petersena inspirowanej „Iliadą”. Tam panowała istna wolna Amerykanka. Historia wojny trojańskiej została obdarta z mityczności, by podporządkować się ówczesnej modzie na urealnianie popkultury. Podobny zabieg zastosowano w „Królu Arturze” Antoine’a Fuqua, „Robin Hoodzie” Ridleya Scotta czy (zwłaszcza) „Tristanie i Izoldzie” Kevina Reynoldsa (brak wątku eliksiru miłości). Jakie czasy, taki odbiór mitów i legend.


W bajkach też dopuszczano się przeinaczeń mitologicznych. Chociażby po to, by ciekawie opowiedzieć historię Herkulesa.


7, „Herkules”, reż. John Musker & Ron Clements

  Dosiadających Pegaza Herkules jako syn Zeusa i Hery, którego zaciekłym wrogiem był bóg świata umarłych, wyraźnie nadpobudliwy Hades. Aha, dodajmy do tego jeszcze, że nasz super bohater smaży cholewy do Megary, którą w oryginalnym micie w przypływie szału odesłał na Pola Elizejskie, a tu ani o tym myśli. Czy ktoś w wytwórni Disneya w ogóle sięgał do mitologii greckiej? Mimo ewidentnych odstępstw od najpopularniejszego mitu greckiego, film Johna Muskera i Rona Clementsa okazał się jednym z sukcesów wytwórni w latach 90. Tylko się cieszyć.


Ponieważ w tym rankingu w większości będziemy się pochylać nad mitologią grecką, skupmy się teraz na innych mitologiach. Na początek weźmy na warsztat mitologię egipską. 


6, „Bogowie Egiptu”, reż. Alex Proyas

  Po reżyserze egipskiego pochodzenia można było się spodziewać podejścia do rodzimej mitologii z większym szacunkiem, nawet jeśli ma w dorobku takie produkcje jak „Kruka” z Brandonem Lee czy „Ja, Robot” z Willem Smithem. Wykorzystując najbardziej znany mit egipski - o Ozyrysie, Izydzie i Horusie - Proyas podporządkował się jednak widzom oczekującym od zwykłego filmu fantasy widowiskowości i niekoniecznie sensownej fabuły. Ceną za to był zmieniony design bogów i wprowadzenie postaci, których w konkretnym micie w ogóle nie ma.


Zdecydowanie ciekawsze podejście do rodzimej kultury miał jednak Jerzy Hoffman adaptując „Starą Baśń” Jerzego Ignacego Kraszewskiego.


5, „Stara Baśń. Kiedy Słońce było bogiem”, reż. Jerzy Hoffman

  Chociaż Józef Ignacy Kraszewski pisał „Starą Baśń” jako powieść stricte historyczną, inspirował się podaniami o królu Popielu i Piaście Kołodzieju. Jerzy Hoffman do spółki z nestorem polskiej literatury, Józefem Henem, przepisał materiał źródłowy w taki sposób, by widzowie - niezależnie od wieku - nie zanudzili się w salach kinowych. W efekcie filmowa adaptacja bardziej niż powieść Kraszewskiego czy nawet polskie podanie przypomina… słowiańskiego „Makbeta” (z Foremniak w roli polskiej Lady Makbet). Jak już zapoznawać młodzież z klasyką, to przystępnie.


Ze słonecznego Egiptu i słowiańskiej Polski przeniesiemy się teraz do mroźnej Skandynawii, gdzie czeka na nas Zygfryd walczący ze smokiem Fafnirem. Bynajmniej nie ten z klasyka Fritza Langa. 


4, „Pierścień Nibelungów”, reż. Uli Edel

  Skoro krytykowana przez widzów i krytyków „Odyseja” Nolana inspirowana jest eposem Homera, to ciekawe jak odebrany był dwuodcinkowy miniserial Uliego Edela inspirowany dla odmiany poematem „Niedola (albo Pieśń) Nibelungów”. Z większym szacunkiem do skandynawskich i germańskich korzeni podszedł wspomniany Fritz Lang blisko 100 lat temu. Odstępstwa od mitu o Zygfrydzie i Krymhildzie nie są jednak tak rażące jak od mitologii egipskiej w „Bogach Egiptu” Proyasa, tak więc mimo wyraźnym różnic od klasyka Langa, tą wersję da się obejrzeć.


Podium otwiera kolejna adaptacja mitu greckiego wyjątkowo swobodnie podchodząca do materiału źródłowego. Tym razem wyprawimy się po Złote Runo. 


3, „Jazon i Argonauci”, reż. Don Chaffey

  Oglądając film Chaffeya można odnieść wrażenie, że zmarginalizowano Medeę, bez której Jazon zginąłby na Kolchidzie już pierwszego dnia pobytu. Film sugeruje, że Jazon dzięki swemu sprytowi i sile pokonał Talosa, a z pomocą Orfeusza zdobył Złote Runo. Jaka jest prawda mitologiczna? To Medea pokonała Talosa i to ona uśpiła smoka strzegącego Złotego Runa, dała także Jazonowi zioła, maści i zaklęcia, bez których nie pokonałby ziejących ogniem byków i wojowników wyrastających z ziemi. Umówmy się: to dzięki efektom specjalnym Harryhausena ogląda się ten film.


Srebro dla najlepszego nieeuropejskiego podejścia do pradawnych wierzeń z mitów. I to z korzyścią dla kina gatunkowego. Zapraszam do Japonii. 


2, „Ring: Krąg”, reż. Hideo Nakato

  Twórczość zmarłego w tym roku pisarza Kōjiego Suzukiego była silnie zakorzeniona w japońskiej kulturze popularnej. Praktycznie każda jego powieść była inspirowana rodzimym folklorem i wpisana we współczesne realia. W najbardziej znanej jego książce, „Ringu” (czyli „Ring: Kręgu”), mamy odwołania do yokai: mściwego ducha przedstawianego pod postacią dziewczyny w białej sukni (kolor nieprzypadkowy: biały jest w Japonii kolorem żałoby) i z długimi czarnymi włosami zasłaniającymi twarz. Adaptując powieść, Hideo Nakata wziął to sobie do serca.


Zwycięstwo dla adaptacji greckiej mitologii, która wprowadza masę odstępstw względem materiału źródłowego - czyli mitu o Perseuszu - a mimo to niezmiennie fascynuje od lat: czyli dla „Clash of the Titans” z 2010 roku… to znaczy z 1982 roku.


1, „Zmierzch Tytanów”, reż. Desmond Davies

  Było to moje celowe przejęzyczenie. Oczywiście, gdy mówimy o greckiej mitologii na ekranie, oryginalne „Clash of the Titans” (czyli „Zmierzch Tytanów”) nasuwa się samoistnie. Podobnie jak w disnejowskim „Herkulesie” główny bohater dosiada tutaj Pegaza, chociaż był to wierzchowiec Bellerofonta. Poza tym walczy nie tylko z Gorgoną Meduzą, ale i z Krakenem, chociaż ten ostatni wywodził się z żeglarskiego folkloru. W tym szaleństwie jest metoda: popisanie się najlepszymi efektami specjalnymi Raya Harryhausena i dostarczenie epickości. Nie to, co wersja 3D z 2010 r. 



To była moja lista najlepszych filmowych reinterpretacji mitów i legend. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

wtorek, 28 lipca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. Tym razem cofniemy się do l. 90. Prześledzimy karierę jednej z najbardziej znanych piosenkarek R&B oraz hip hopu, Mary J Blige na przykładzie płyty „MY LIFE”. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

  Po sukcesie debiutanckiego albumu artystki, „What's the 411?” z 1992 roku, Blige rozpoczęła sesję nagraniową jesienią 1993 roku, nagrywając tym samym drugi studyjny album zatytułowany „My Life”. Producent Chucky Thompson został zatrudniony i pierwotnie miał wyprodukować jedną piosenkę i interludium do projektu. Ostatecznie został zastąpiony w ostatniej chwili, ponieważ producenci, z którymi Blige współpracowała wcześniej przy albumie „What's the 411?”, zażądali więcej pieniędzy, gdy album uzyskał status potrójnej platyny. Blige spodobała się piosenka, którą Thompson dla niej wyprodukował, co skłoniło Combs do zmiany kierunku albumu.

  Combs zadzwonił do inżyniera dźwięku Prince Charlesa Alexandra zupełnie niespodziewanie po tym, jak Jodeci pojechała nagrać Diary of a Mad Band. Alexander został zatrudniony pod koniec nagrania, po pracy nad albumami innych artystów w Bad Boy Entertainment, takich jak Total, The Notorious B.I.G. i 112. W trakcie nagrywania My Life Combs zasugerował wykonanie coveru przeboju Rose Royce z 1977 roku „I'm Going Down”, przy czym chciał, aby Alexander zajął się sesją. Jednak obaj panowie pokłócili się o uznanie autorstwa, ponieważ Combs chciał przypisać zasługi sobie i Thompsonowi, chociaż żaden z nich nie był obecny na sesji nagraniowej utworu. Alexander mocno walczył o uznanie autorstwa Combsa i obaj spierali się o to przez telefon. Combs później wyjaśnił, że wynikało to z otrzymywania stałej stawki tantiem za wyprodukowanie większości utworów, a uznanie autorstwa Alexandra kolidowałoby ze stawką tantiem. Aby obejść ten problem, Alexander nalegał na odbycie jeszcze dwóch sesji z artystami Bad Boy.  Jednym z innych utworów, które wyprodukował, był kolejny cover Rose Royce – „Love Don't Live Here Anymore” z debiutanckiego albumu Faith Evans z 1995 roku „Faith”. Alexander został później ponownie zaproszony do miksu i nagrań.

  Album był przełomem dla samej Mary Blige, która w tym czasie leczyła się z depresji i walczyła z narkotykami i alkoholem. Równocześnie tabloidy donosiły o kłótniach z ówczesnym partnerem Mary, K-Ci Haileyem, z którym zerwała w 1997, niedługo po wydaniu trzeciego albumu artystki, „Share My World”.


UTWORY PROMUJĄCE

  Album był promowany na przełomie 1994-1995 roku. Pierwszy utwór promujący, „Be Happy” [nr 17], został wydany 26 października 1994 roku. Prawdziwy wysyp promujących piosenek pojawił się jednak już rok potem.

  Wszystko zaczęło się od „I’m Going Down” [nr 10], które ukazało się 18 stycznia 1995 roku, stając się wielkim przebojem w dorobku piosenkarki. Sukces był na tyle duży, że zaledwie dwa tygodnie potem, 8 lutego, ukazał się następny utwór promujący pt. „Mary Jane (All Night Long)” [nr 2], który cieszył się umiarkowanie pozytywnym uznaniem. Powodzenie było na tyle mniejsze, że na czwarty utwór promujący album, „You Bring Me Joy” [nr 3], trzeba było czekać aż do 23 maja. Ale za to ostatni utwór promujący, „I Love You” [nr 15], ukazał się niedługo potem, bo zaledwie 28 maja.


PREMIERA I SUKCES

  Album zebrał wiele pochlebnych recenzji. Na łamach „NME” napisało, że beaty 


„królują niepodzielnie” i pochwaliło Blige za „powiedzenie publiczności, że dorastała tak samo jak oni, słuchała tych samych rzeczy i była pod wpływem tych samych sytuacji”. 


  Krytyk „Village Voice” Robert Christgau przyznał z kolei albumowi trzy gwiazdki, wskazując na „przyjemne dzieło, które konsumenci, dostosowani do jego dominującej estetyki lub indywidualnej wizji, z pewnością docenią”. Wymienił „Mary Jane” i „I'm Going Down” jako najważniejsze utwory, nazywając album „przepisem na szczęście dla dziewczyny z dalekich stron”. 

  Pojawiły się również mniej pochlebne recenzje. Jonathan Bernstein ze „Spin” uznał w swojej stonowanej recenzji większość utworów za zbyt „zwyczajne” i stwierdził, że kompozycje Blige „dają jej przestrzeń do rozciągania się i wyrażania emocji, ale pomimo całej melodii, jaką posiadają, równie dobrze mogłyby być ćwiczeniami oddechowymi”. Connie Johnson była bardziej krytyczna na łamach „Los Angeles Times”, określając je jako „nijakie” i pozbawione afektacji ze strony Blige, która „w żaden znaczący sposób nie dodaje do nich własnego, hardcorowego charakteru”.

  W 2002 roku „My Life” znalazł się na 57. miejscu na liście 100 najlepszych amerykańskich albumów wszech czasów magazynu „Blender”. W następnym roku „Rolling Stone” umieścił go na 279. miejscu na swojej liście 500 najlepszych albumów wszech czasów, 281. na zaktualizowanej liście z 2012 roku i 126. na liście z 2020 roku. W 2006 roku płyta znalazła się na liście 100 najlepszych albumów wszech czasów magazynu „Time”. W 2024 roku, album uznano za 86. najlepszy album wszech czasów na liście 100 najlepszych albumów Apple Music.


link: https://youtube.com/playlist?list=PLNPGM2D7aODckCLVt-c0IULou1WO8w8v1&si=3NtEZfLB8JfGXrXu

poniedziałek, 27 lipca 2026


NIE ŻYJE KEIGO HIGASHINO,

JAPOŃSKI AUTOR KRYMINAŁÓW.


Marcin Klimczuk.


Dotarła do nas smutna wiadomość z Kraju Kwitnącej Wiśni. W wieku 68 lat zmarł japoński pisarz Keigo Higashino specjalizujący się w kryminałach. Wiadomość jest o tyle szokującą, ponieważ książki z jego serii o detektywie Galileo, zapoczątkowanej kryminałem pt. „Podejrzany X” dopiero co zaczęły zdobywać popularność także w Polsce. Keigo Higashino zmarł 23 lipca, jednak wiadomość o jego śmierci podano dopiero dzisiaj.

Niżej zamieszczam link z informacją o śmierci Keigo Higashino:

https://kultura.onet.pl/ksiazki/keigo-higashino-nie-zyje-wybitny-pisarz-mial-68-lat/wk251bx?utm_source=kultura.onet.pl_viasg_kultura&utm_medium=referal&utm_campaign=leo_automatic&srcc=undefined&utm_v=2

niedziela, 26 lipca 2026


GARŚĆ INFORMACJI Z COMIC-CON W SAN DIEGO;
NOWA „OPOWIEŚĆ WIGILIJNA”,
POWRÓT RICKA MORANISA I „KOSMICZNYCH JAJ”
ORAZ NOWE PROJEKTY MCU NA 2028 ROK.

Marcin Klimczuk.

Na tegorocznym Comic-Con w San Diego, a więc corocznej popkulturowej imprezie dla fanów filmów, seriali, gier i komiksów, jak zwykle się gotuje od garści nowych informacji. Zacznijmy od tego, że w sieci pojawił się zwiastun nowej adaptacji „Opowieści wigilijnej” według świątecznej noweli Charlesa Dickensa. Gwiazdą filmu zatytułowanego po prostu „Scrooge” będzie Johnny Depp, który gościł na tegorocznym Comic-Con w stroju tytułowego bohatera:


Na tegorocznym Comic-Con gościł również Rick Moranis, aktor komediowy, który od blisko 30 lat nie występował w filmach. Moranis przeszedł na aktorską emeryturę po śmierci swojej żony by móc skupić się na wychowaniu dzieci. Jego powrót do aktorstwa jest związany ze zbliżającą się - i zapowiedzianą już jakiś czas temu - premierą nowej części „Kosmicznych jaj”, którą produkować będzie reżyser oryginału: obecnie 100-letni Mel Brooks. Moranis oczywiście powraca jako główny antagonista komedii: Wielki Hełmofon (parodia Dartha Vadera).


Najwięcej ciekawych informacji pojawiło się przy okazji prezentacji przyszłych projektów spod szyldu Marvel Cinematic Universe. Po pierwsze ujawniony został następca Chadwicka Bosemana w roli T’Challi aka Czarny Pantery w filmie „Black Panther 3”, za którego reżyserię będzie odpowiadał Ryan Coogler. Nowym obrońcą Wakandy zostanie tym razem David Jonsson jako T’Challa II. Co ciekawe, aktor ma „aż” 32 lata (podczas gdy w finale „Czarnej Pantery 2” sprzed czterech lat poznaliśmy T’Challę II jako kilkuletniego chłopca. I nie ma znaczenia, że premiera trzeciej części odbędzie się za dwa lata. Czyżby po wydarzeniach z „Avengers: Doomsday” miałby nastąpić kolejny timeskip?).



Najbardziej jednak fanów popkultury zelektryzowała kolejna wiadomość związana z Marvel Cinematic Universe, potwierdzająca także dotychczasowe plotki. Otóż szykuje się reboot „Ghost Ridera”. Za kamerą stanie Shawn Levy, który pod szyldem Marvela nakręcił „Deadpoola & Wolverine’a”. Plotkowano dotąd, co jednocześnie było marzeniem fanów, że Ghost Ridera zagra Ryan Gosling. Obecny na Comic-Con Kevin Feige potwierdził te plotki, co wywołało wśród obecnych największą euforię.


Co sądzicie o tych wszystkich informacjach. Piszcie swoje uwagi w komentarzach. 

sobota, 25 lipca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Bonjour. W kolejną podróż w czasie wybierzemy się tym razem do lat 2000, by zapoznać się z historią musicalowego przeboju znad Sekwany: „LES ROIS DU MONDE”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

„Les Rois du monde” to piosenka wykonywana przez Philippe'a d'Avillę, Damiena Sargue'a i Grégoriego Baqueta. Jest to drugi singiel z popularnego ćwierć wieku temu francuskiego musicalu „Romeo i Julia: Miłość i nienawiść” oraz czwarty utwór na albumie o tym samym tytule. Autorem utworu i kompozytorem muzyki jest Gérard Presgurvic.

Elia Habib, specjalista od francuskich list przebojów, skomentował ten utwór: „jego refren, urzekające chóry wyrzeźbione w słowach równie mocno, co w melodii”, rekompensują „brak smaku wykonania” i „niezdarność niektórych zwrotek”.


ANALIZA

Słuchając piosenek takich jak „Les Rois du monde”, na myśl przychodzi łacińska sentencja „Carpe Diem”, czyli „Chwytaj dzień”. Piosenka w pewnym sensie jest peanem na cześć życia, z którego czerpać garściami. Tytułowi „Królowie świata” zdają się spędzać czas na bezustannej zabawie. Wrażenie to okazuje się złudne, gdyż prawdziwa zabawa odbywa się „tu, na dole”, wśród nas. Królowie życia w rzeczywistości okazują się znudzonymi samotnikami, chociaż mają przy sobie służbę, a do ich uszy docierają odgłosy pobliskich zabaw.

Co to w praktyce oznacza? Piosenka z musicalowej wersji „Romea i Julii” mówi nam, że życie jest kruche i bardzo szybko może zostać przerwane. Nie należy go marnować na byle błahostki, tylko załatwić jak najwiecej najistotniejszych rzeczy; rzecz jasna, nie wszystko da się dosłownie załatwić, ale może chociaż część z nich, te naprawdę najistotniejsze. Tytułowi królowie życia w tym przypadku zdają się być widmami osób, którym nie udało się nic ważnego załatwić w czasie swojej egzystencji i teraz snują się po świecie jak pokutujące dusze.


PREMIERA I SUKCES

Piosenka,  co nie będzie zaskoczeniem, okazała się przebojem przede wszystkim we Francji. Co prawda „Les Rois du monde” zadebiutował dopiero na 30. miejscu francuskiej listy przebojów 29 lipca 2000 roku, ale osiągnął pierwsze miejsce w piątym tygodniu, gdzie utrzymywał się przez 17 tygodni z rzędu, blokując na drugim miejscu utwór Alizée „Moi... Lolita” przez trzynaście tygodni. W sumie singiel spędził 22 tygodnie w pierwszej dziesiątce, 36 tygodni w pierwszej pięćdziesiątce i 40 tygodni na liście (top 100) i uzyskał certyfikat Diamentowej Płyty przyznany przez Syndicat National de l'Édition Phonographique. 

W innych krajach też radził sobie dobrze. W Belgii singiel zajął 27. miejsce na liście Ultratop 40 Singles Chart 12 sierpnia 2000 roku, tydzień później dotarł do pierwszej dziesiątki i dwa tygodnie później stał się numerem jeden. Pozostał na szczycie przez 14 kolejnych tygodni i spędził 22 tygodnie w pierwszej dziesiątce i 32 tygodnie na liście (top 40). Podobnie jak we Francji, był to drugi najlepiej sprzedający się singiel 2000 roku, zaraz za „Ces Soirées-là” Yannicka. W Szwajcarii singiel utrzymywał się na listach przebojów przez 23 tygodnie, począwszy od 24 września 2000 roku, osiągając dziewiąte miejsce w czwartym tygodniu i utrzymując się przez 11 tygodni w pierwszej dwudziestce. Wydany w Holandii w lipcu 2001 roku, nie znalazł się w pierwszej siedemdziesiątce i przez cztery tygodnie utrzymywał się na liście przebojów Single Top 100.

W 2001 r. „Les Rois du monde” nominowano w kategorii „Francuskojęzyczna piosenka roku” , w której wyróżniono nagrodą NRJ Music Awards.

„Les Rois du monde” okazał się sukcesem także w Polsce. Początek piosenki został wykorzystany w czołówce niegdyś popularnego w latach 2000 programu muzycznego „Wideoteka dorosłego człowieka”, który przybliżał widzom stare piosenki (od lat 60-70 po lata 90):


https://youtu.be/b1bFeMMRw_0?si=GF8Cs7GFR23Pf5U5 


W 2003 roku „Les Rois du monde” wykonali Marc Lavoine, MC Solaar, Pierre Palmade i Dany Brillant. Jest to szósty utwór na albumie „La Foire aux Enfoirés”, wydanym 24 lutego 2003 roku.


link: https://youtu.be/RojF4Y_GEzQ?si=FHPlDTcQrZrAljKX 


TŁUMACZENIE


Damien Sargue, Grégori Baquet & Philippe D'Avilla


„KRÓLOWIE ŚWIATA”

tytuł oryg. „Les Rois du Monde”


Romeo:

Królowie świata mieszkają na górze

Mają najlepszy widok, ale jest pewien haczyk

Nie wiedzą, co o nich myślimy na dole

Nie wiedzą, że tutaj na dole jesteśmy królami


Benvolio

Królowie świata robią, co chcą

Mają wokół siebie ludzi, ale są sami

W swoich zamkach na górze się nudzą

Podczas gdy na dole tańczymy całą noc


Romeo, Benvolio i Merkucjo

Kochamy się, żyjemy

Dzień po dniu, noc za nocą

Jaki jest sens bycia na Ziemi,

Jeśli chodzi o życie na kolanach?

Wiemy, że czas jest jak wiatr

Życie to jedyna rzecz, która się liczy

Nie obchodzi nas moralność

Wiemy, że nie wyrządzamy nikomu krzywdy


Merkucjo

Królowie świata boją się wszystkiego

Mylą psy z wilkami

Zastawiają pułapki tam, gdzie pewnego dnia wpadną

Bronią się przed wszystkim, nawet przed miłością


Romeo i Benvolio

Królowie świata walczą ze sobą

Jest miejsce, ale tylko dla jednego, nie dla dwóch

A my tutaj na dole nie będziemy walczyć w ich wojnie

Nawet nie wiemy, dlaczego to wszystko jest tylko grą dla królów


Romeo, Benvolio i Merkucjo

Kochamy się, żyjemy

Dzień po dniu, noc za nocą

Jaki jest sens bycia na tej ziemi,

Jeśli chodzi o życie na kolanach?

Wiemy, że czas jest jak wiatr

Życie to jedyna rzecz, która się liczy

Moralność nas nie obchodzi

Dobrze wiemy, że nie robimy nikomu krzywdy.