ODYSEJA *****
Poemat Homera w ujęciu Christophera Nolana, przefiltrowany przez amerykańską popkulturę: kontrowersyjnie, ale widowiskowo .
Najnowsza adaptacja klasycznego poematu Homera wzbudzała kontrowersje jeszcze na etapie postprodukcji. Wytykano rażące błędy merytoryczne (inny typ zbroi Odyseusza od tego, który nosiło się w epoce mykeńskiej, czyli kiedy potencjalnie mogła wybuchnąć wojna trojańska), uwspółcześnienie języka (sformułowania typu „Let’s go!”), oraz obsadzenie rapera Travisa Scotta w roli antycznego pieśniarza czy w ogóle - jakże by inaczej w dzisiejszych czasach - poprawność polityczną (obsadzenie Afroamerykanki Lupity Nyongo w roli Heleny i Klitajmestry). Prawda jest jednak taka, że czasy się zmieniają, a co za tym idzie każda epoka i każdy naród, ma swoje własne wyobrażenie popkultury, zwłaszcza gdy bierze się na warsztat tak ponadczasowe dzieło jak eposy Homera. Jeszcze 22 lata temu, kiedy Wolfgang Petersen adaptując „Iliadę” (a bardziej inspirując się nią) kręcił „Troję” z Bradem Pittem, pokazał znany mit o wojnie trojańskiej zgodnie z ówczesną modą, gdy popkultura musiała być bardziej realistyczna (odbiło się to przy okazji na ówczesnym przedstawianiu takich postaci jak James Bond czy Batman). A dziś, gdy kinowe sale są oblegane przez super bohaterów z komiksów? Trzeba widzom przedstawić starożytnych super bohaterów. Co z kolei zrobić, kiedy obecne kino przeżarte jest poprawnością polityczną? Niestety, trzeba jej ulec, gdy nie ma innego wyjścia.
Nie dziwmy się więc takiej a nie innej obsadzie, kojarzącej się dziś z Marvelem (Tom Holland, Zendaya, Jon Bernthal, Lupita Nyongo) czy DC Comics (Robert Pattinson). Kim innym byli dla Greków Odyseusz, Telemach Agamemnon czy Menelaos, jeśli nie mitycznymi super bohaterami (dość rzec, że niektórzy mityczni herosi byli na wpół bogami i mieli swoje super moce w postaci nieśmiertelności). To oni mogą skusić widzów na kolejny seans, nawet jeśli MCU mocno dziś szwankuje, a DCU raptem raczkuje. Ale żeby przyciągnąć widza, potrzebny jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nolan, tak jak Tim Burton, lubi przefiltrowywać materiały źródłowe przez swoją wrażliwość i w jego przypadku odbywa się to przez pryzmat czasów, w jakich żyjemy. To on 22 lata temu, gdy Petersen kręcił „Troję”, dał nam bardziej realistycznego Batmana o aparycji Christiana Bale’a. Cztery lata potem, po premierze „Iron Mana” Jona Favreau, rozpoczął się boom na kino super bohaterskie (sam termin został ukuty właśnie w tym okresie, wcześniej o adaptacjach komiksów mówiło się: „film fantasy/SF” albo „film przygodowy”) i tej modzie Nolan w końcu też musiał ulec, niekoniecznie znowu adaptując przygody jakiegoś obrazkowego herosa w trykotach. Aż przypominają się lata 90, kiedy to ówczesne kino i TV były podporządkowane estetyce stacji MTV, w efekcie czego w filmach i serialach m.in. pojawiał się szybki i rwany montaż, obsadę zasilali w większości młodzi aktorzy (którzy do dziś podtrzymują popularność), a przy napisach końcowych rozbrzmiewała jakaś piosenka Bryana Adamsa lub Jona Bon Jovi. Tyczy się to też, niestety, poprawności politycznej: skoro inni obecnie jej ulegają, spędzając sen z powiek widzom, Nolan również musiał jej ulec (stąd Lupita Nyongo jako Helena i Klitajmestra).
Ulegając dzisiejszej popkulturowej modzie, reżyser pod względem fabuły pozostał jednak wierny Homerowi (bardziej, niż Wolfgang Petersen, któremu swego czasu również wytykano nieścisłości historyczne i mitologiczne, a kręcąc „Troję” zachował takie elementy jak konia trojańskiego czy piętę Achillesa).
Reż. Christopher Nolan
Czas trwania: 175 min
Gatunek: przygodowy
Tytuł oryg. „The Odyssey”





