środa, 28 października 2026


RESIDENT EVIL ****


Biorąc pod uwagę, jakim barachłem potrafiła być realizowana na przestrzeni siedemnastu lat filmowa seria z Millą Jovovich (zwłaszcza części realizowane przez Paula W. S. Andersona), nowemu „Resident Evilowi” powinienem dać maksymalną liczbę sześciu gwiazdek i grzmieć z mównicy: „Proszę państwa, w końcu doczekaliśmy się udanej adaptacji Resident Evil”. I, owszem, jest to zdecydowanie najlepszy film „residentevilowy” (jakkolwiek by to zabrzmiało), obawiam się tylko, że przy całych ochach i achach fani serii i tak mieliby do czego się przyczepić, a nawet prychnęliby, gdyby Zach Cregger wyznałby, że sam do nich należy.

Przede wszystkim nowy „Resident Evil” nie przenosi na ekran konkretnej części growej serii (podobny case jak przed laty było z pierwszym aktorskim „Asteriksem i Obeliksem”). Co najwyżej pożycza sobie pewne wątki, lokacje i osadza je w znajomym growym lore, ale generalnie fabuła (kurier wiezie do laboratorium Umbrella tajemniczą przesyłkę, od której zawartości zależą losy świata) i bohaterowie to są odautorskie pomysły (skoro z Creggera taki fan growego „Resident Evila”, to widzę go jako scenarzystę potencjalnej dalszej części samej serii gier). Różnica między „Asteriksem i Obeliksem kontra Cezar”, a nowym „Resident Evil” (a nawet między starym, a nowym „Resident Evil”) jest taka, że tu zadbano o klimat materiału źródłowego (co powinno być ważniejsze przy adaptowaniu, niż odwzorowanie fabuły 1:1), a w pierwszym aktorskim „Asteriksie”, owszem, było kilka gagów, ale popkulturowych aluzji można było ze świecą szukać (poza jedną w ostatnich minutach…).

Żeby była jasność, nie powołuję się bez powodu na adaptację francuskiego komiksu sprzed 27 lat - raczej pokazuję, czemu tutaj „adaptowanie” materiału źródłowego się udało, a tam: zdecydowanie nie. Powiem więcej, nigdy nie grałem w gry z serii „Resident Evil”, ale naczytałem się o nich tyle, że w sumie powinienem się czuć tak, jakbym ograł przynajmniej pierwszą część. Postawiony więc byłem w podobnej sytuacji jak wiosną tego roku gdy oglądałem „Władców Wszechświata”: mimo że nigdy nie byłem fanem He-Mana, na jego nowym filmowych przygodach bawiłem się jak kilkuletni fan zabawek firmy Mattel, albo serialu animowanego z lat 80.

Po drugie: slapstick. Wielbiciele growej serii mogliby dostać białej gorączki oglądając nieporadność głównego bohatera, który nawet nie obsługiwał nigdy broni palnej. Szczególnie użalanie się z kłódką za pierwszym razem może bawić, ale za trzecim: już irytować. Co poniektórzy powiedzieliby, że więcej tutaj komedii, a najmniej horroru (chyba, że mówimy o body horrorze: design zarażonych może się przyśnić po nocach).

Ponieważ jednak nigdy nie byłem fanem wcześniejszej serii adaptacji „Resident Evil”, mi nowy reboot (poprzedniego nie dane mi było obejrzeć, więc się o nim nie wypowiem) zupełnie przypadł do gustu. Bo tak jak powiedziałem, najważniejszy jest uchwycony klimat materiału źródłowego, a ten Zachowi Creggerowi się udał. To po prostu kolejny list miłosny od wielbiciela materiału źródłowego dla fanów z zastrzeżeniem tylko, by nikt nie wieszał na nim psów. Świetnie zagrany, obfotografowany (zdjęcia autorstwa Dariusza Wolskiego) i przyprawiony klimatyczną muzyką. Dla koneserów konsoli gier powinno to wystarczyć. Chyba, że mają zbyt duże wymagania.


Reż. Zach Cregger

Czas trwania: 85 min

Gatunek: horror

Tytuł oryg. „Resident Evil”

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. Prosto z romantycznej, francuskiej prowincji przeniesiemy się tym razem do napawających grozą Stanów Zjednoczonych, mając za przewodnika Grahama Mastertona (co prawda Brytyjczyka, konkretnie Szkota, ale umieszczającego z sukcesem akcję swoich książek w USA). W tym odcinku „Książkospektywy” na tapet wezmę serię grozy będącą kwintesencją jego twórczości: „MANITOU”. Zaczynamy.


KILKA SŁÓW O SERII

Dla Grahama Mastertona powieść „Manitou”, od której tytułu wziął się ogólny tytuł cyklu, była debiutem. I spośród wszystkich tomów (czy w ogóle wszystkich powieści jego autorstwa), jest ona najkrótsza ze wszystkich. Już tutaj Masterton dał się poznać jako autor powieści grozy inspirowanych wierzeniami północnoamerykańskich Indian, co będzie kontynuował w takich książkach jak „Wendigo”, „Kostnica” czy „Zaklęci”.

Masterton zainspirował się artykułem, który przeczytał w Buffalo Bill's Wild West Annual, komiksie narysowanym przez Denisa McLoughlina w 1955 roku. Wspomniany artykuł omawiał duchy północnoamerykańskich Indian, tzw „manitów”. Graham czerpał również inspirację z fikcyjnej postaci Quamusa, Indianina stworzonego przez Lovecrafta (co stanie się u niego normą, patrz: „Drapieżcy” na motywach „Snu w Domu Wiedźmy” i „Studnie piekieł” inspirowane „Kolorem z przestworzy”).

Szkocki pisarz nadał swojemu demonowi imię Misquamacus, co też stanowi nawiązanie do wierzeń Indian z Ameryki Północnej.


OMÓWIENIE TOMÓW

W pierwszym tomie cyklu, „Manitou”, przed głównym bohaterem – Harrym Erskinem – staje trudne zadanie. Na karku jego przyjaciółki, Karen Tandy, pojawia się nietypowy guz. Zabieg jego usunięcia zapoczątkowuje serię przerażających, kompletnie niezwiązanych z medycyną zdarzeń. W ciele dziewczyny odrodził się bowiem XVII-wieczny indiański szaman Misquamacus, który pała żądzą zemsty na białych ludziach. W nowojorskim szpitalu rozpętuje się piekielna bitwa, która może pochłonąć całą ludzkość…

Duch indiańskiego szamana powraca w drugim tomie pod wszystko mówiącym tytułem „Zemsta Manitou”. Wcielony w ośmioletniego chłopca zapowiada, że w dniu ciemnych gwiazd odrodzi się dwudziestu dwóch szamanów. Z pomocą indiańskich bogów, za każdego Indianina, który kiedykolwiek zginął z rąk białych, szamani zabiją jednego człowieka rasy białej. Jedynym człowiekiem, który po raz kolejny może powstrzymać Misquamacusa, jest jasnowidz Harry Erskine.

Trzeci tom pt. „Duch zagłady” zaczyna się w niemal hitchcockowski sposób: kobieta z wyprutymi wnętrznościami, rozszarpani na strzępy i poćwiartowani ludzie to pierwsze ofiary tajemniczej zjawy, która niespodziewanie pojawia się w Ameryce, niosąc śmierć i zniszczenie. Walka z demonem, swobodnie przemieszczającym się w czasie i przestrzeni, wydaje się beznadziejna. Jasnowidz Harry Erskine jest przekonany, że to kolejne wcielenie straszliwego Misquamacusa, wyrównującego rachunek za wszystkie krzywdy doznane przez Indian od białych. Apokalipsa zatacza tymczasem coraz coraz szersze kręgi. Wielkie miasta - Las Vegas, Chicago, Nowy Jork - zamieniają się w sterty gruzów całe budynki wraz z ludźmi zostają wciągnięte w głąb ziemi.

Czwarty tom, napisany po ataku z 11 września 2001 roku, nosi tytuł „Krew Manitou”, a wpływ samego ataku terrorystycznego mocno widać w tym tomie. Głównym antagonistą znów jest szaman Misquamacus, który przybrał postać XIX-wiecznego biznesmena, który 200 lat wcześniej sprowadził do USA wampiry zarażające swoje ofiary drogą płciową (ofiary wampirów odczuwają niepohamowany apetyt na prokreację). W XXI wieku wampiry przebudziły się akurat 11 września, a unicestwić je może tylko Harry Erksine z pomocą swoich przyjaciół.

Piąty tom pt. „Armagedon” zaczyna się od epidemii ślepoty. Zapadają na nią zarówno prezydent Stanów Zjednoczonych, jak i piloci boeinga 747 i kierowcy samochodów. To Misquamacus, legendarny indiański szaman, powrócił z zaświatów, by dokonać zemsty na kolonizatorach, którzy odebrali ziemię rdzennym Amerykanom. Przeciw niemu znów staje jasnowidz Harry Erskine, tym razem wspierany przez swoją przyjaciółkę, Amelię Carlsson. Nim odkryją, jak go dokonać, muszą dowiedzieć się, kim są Zabójcy Oczu, oraz zgłębić tajemnice indiańskiej magii. Czeka ich morderczy pościg przez całą Amerykę.

W finałowym tomie pt. „Infekcja” starzejący się Harry Erskine nawiązuje współpracę z atrakcyjną wirusolożką Anną Grey. Oboje zostali wybrani, żeby ustrzec Stany Zjednoczone przed okrutnym atakiem grożącym błyskawicznym unicestwieniem ludności w całym kraju. Ich losy niespodziewanie splotą się, gdy przyjdzie im walczyć z zagrożeniem, którego źródła leżą w mrocznej historii Ameryki sprzed trzystu lat. Duchy zabitych przed wiekami Indian szykują bowiem współczesnym Stanom Zjednoczonym nieuchronną apokalipsę!


PODSUMOWANIE

Chociaż Graham Masterton ma w dorobku wiele serii horrorów („Rook”, „Wojownicy Nocy”, „Nathan Underhill”, seria kryminalna „Sissy Sawyer”), najbardziej rozpoznawalną w jego dorobku pozostaje ta pierwsza. I nie ma w tym nic dziwnego. Cykl „Manitou” stanowi cleu twórczości szkockiego pisarza, w którego powieściach grozy nie brak elementów zaczerpniętych z wierzeń północnoamerykańskich Indian. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że jeśli komuś przypadną do gustu powieści z tej serii (chociaż nie brak w nich scen łóżkowych, obecnych także w innych powieściach Mastertona) i przełknie ich lekko campowy klimat, to na każdej jego powieści będzie się dobrze bawił. Zwłaszcza w okresie Halloween.


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/1806/manitou

wtorek, 27 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. W ramach mojego horrorowego podcyklu tym razem przeniesiemy się do lat 80, by zapoznać się z historią specyficznego, bo nie promowanego w klasyczny sposób, albumu „WALK AMONG US” punkrockowego zespołu The Misfits. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Album „Walk Among Us”w teorii jest debiutanckim krążkiem w dorobku punkrockowej grupy Misfits, w praktyce jednak powstał po dwóch „Static Age” (nagranym w 1978 roku) i „12 Hits from Hell” (nagranym w 1980 roku), które zostały wydane później („Static Age” w 1996 roku, z kolei „Hits from Hell” nigdy nie ujrzało światła dziennego).

Sam zespół powstał w lutym 1977 r. w Lodi, w New Jersey, z inicjatywy Glenna Danziga, który miał już wcześniej doświadczenie w występach w lokalnych zespołach coverowych. Nazwa zespołu pochodzi od ostatniego filmu z Marilyn Monroe „The Misfits” z 1961 r. (polski tytuł „Skłóceni z życiem”). Pierwszymi członkami zespołu, do których dołączył Danzig, byli perkusista Mr Jim i basistka Diane DiPiazza, jednak DiPiazza nigdy się nie pojawiła. Wkrótce potem Mr. Jim został zastąpiony przez Manny'ego Martineza.

Tytuł albumu pochodzi od filmu „The Creature Walks Among Us” będącego kontynuacją klasyka „Potwór z Czarnej Laguny”. Praca nad płytą odbywała się w wielu studiach, na przełomie czerwca 1981 roku i stycznia 1982 roku. Większość utworów nagrano w Mix-O-Lydian Studio w Boonton w stanie New Jersey najpóźniej w sierpniu 1981 roku, a podczas tych sesji powstały również nagrania singla grupy „Halloween”.


UTWORY PROMUJĄCE

Warte zaznaczenia jest, że album „Walk Among Us” nie był promowany tradycyjnymi singlami radiowymi w stylu komercyjnym. Zespół funkcjonował w podziemiu i opierał promocję na wcześniejszych oraz równolegle wydawanych niezależnych wydawnictwach, a także na samej liście utworów z płyty.

Nie oznacza to, że nie wydano kilku znaczących singli. Na szczególną uwagę zasługuje „Night of the Living Dead” [nr 8] którego tytuł nawiązuje do klasycznego horroru „Noc żywych trupów”, a który został wydany 31 października 1979 roku.


PREMIERA I SUKCES

Pierwotnie album „Walk Among Us” miał być wydany w 1981 r. przez własną wytwórnię zespołu, Plan 9 Records, ale z powodu braku finansowania nie doszło do jego wydania. Po tym, jak kilka niezależnych wytwórni na Zachodnim Wybrzeżu zainteresowało się wydaniem albumu, został on wydany w Stanach Zjednoczonych na 12-calowej płycie LP przez Ruby Records, imprint Slash Records, w marcu 1982 r.

Album został ponownie wydany w 1988 roku na CD i kasecie, tym razem z zielonym logo, a Warner Bros. rozprowadził w tym roku promocyjne kopie albumu w około 3000 specjalnie zaprojektowanych torbach Misfits Halloween. Album wydano w Kanadzie na płycie LP przez Slash/London Records w 1996 roku. Do 2018 roku wszystkie oficjalne wydania „Walk Among Us” na winylu lub CD w USA były wydawane przez Ruby, Slash lub Warner Records/Rhino.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PL1c8Jy6ByE2Dn-QL8GYuE8tA5cqpwSzNX

poniedziałek, 26 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


ALICE COOPER : ROCK Z NUTKĄ GROZY


Cześć wszystkim. Chociaż już tydzień temu zaprezentowałem wam osobę związaną z horrorami, dopiero dziś inauguruję „halloweenowy tydzień”. Tym razem przybliżę wam sylwetkę jednej z najbardziej barwnych postaci ze świata muzyki: Alice`a Coopera. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Alice Cooper w rzeczywistości nazywa się Vincent Damon Furier, a na świat przyszedł 4 lutego 1948 roku w Detroit. Rodzina Furnierów mieszkała w East Detroit na Lincoln Avenue niedaleko Kelly Road, kilka przecznic od Eastland Mall. Cooper uczęszczał do szkoły podstawowej Kantner, wspominał oglądanie horrorów w Eastown Theatre (gdzie później występował), i lokalne zbieranie cukierków w Halloween, „najważniejszą noc w roku”, którą traktował „bardzo poważnie”. Cooper był aktywny w swoim kościele w wieku 11–12 lat. Po serii chorób w dzieciństwie przeprowadził się z rodziną do Phoenix w Arizonie , gdzie uczęszczał do Cortez High School .

Już jako dziecko zainteresował się sztuką, zaczął śpiewać i występować publicznie. Pod wpływem muzyki brytyjskiej założył zespół The Earwigs (później znany też jako The Spiders oraz The Nazz), z którym nagrywał covery przebojów grup z Anglii, przede wszystkim The Beatles, a także zarejestrował kilka singli. Dzięki występom w zespole zdobył lokalny rozgłos. Grał jako support przed zespołami z Wielkiej Brytanii.


KARIERA

Początkowo Alice Cooper, wraz z założonym przez siebie zespołem nazywającym się tak samo, grał utwory będące pod wpływem The Doors i Franka Zappy. Dopiero na początku lat 70 nowy producent, Bob Ezrin, nadał zespołowi zupełnie nowe brzmienie wspomagane przez instrumenty klawiszowe. Na przełomie 1970-1971 roku Alice Cooper promował album pt. „LOVE IT TO DEATH”, który był kamieniem milowym w rozwoju shock rocka, nowej odmiany klasycznego rock`n`rolla. Wytwórnia Warner Bros zainteresowała się grupą i podpisała z nią kontrakt, po czym w czerwcu 1971 wydała wznowienie płyty pt. Love It to Death. Zespół w swoim klasycznym składzie w krótkim czasie nagrał z Ezrinem cztery albumy: „KILLER” (grudzień 1971), „School’s Out” (czerwiec 1972), „Billion Dollar Babies” (marzec 1973) i „Muscle of Love” (grudzień 1973). Ezrin produkował płyty Alice’a Coopera do lat 80.

W 1983 Alice Cooper wydał album „THE NIGHTMARE” (1983), a następnie „THE NIGHTMARE RETURNS” (1987). W II. połowie lat 80. próbował przywrócić lata swojej sławy z repertuarem heavymetalowym. Występował i nagrywał wówczas z zupełnie nowym zespołem, w którym grali: Johnny Dane (gitara), Paul Horovitz (klawisze), Steve Steele (bas), Ken Mary (perkusja) i Kane Roberts (gitara i kompozytor większości utworów). Płyty „Constrictor” (1986) i „Raise Your Fist and Yell” (1987) wydała wytwórnia MCA, a potem wokalista przeszedł do Epic Records, w którym jesienią 1989 roku wydał kultowy album „TRASH”. Z tego albumu pochodzi największy hit Coopera od lat 70. – „Poison”, wydany latem 1989 roku. Tym samym artysta zaczął kontynuować styl swych własnych kontynuatorów.


STYL

Alice Cooper jest uważany przez dziennikarzy muzycznych i kolegów po fachu za „ojca chrzestnego shock rocka”: jego kontrowersyjne występy charakteryzowało makabryczny show sceniczny i prowokacyjne teksty, pełne przemocy, śmierci i seksualnych aberracji, a podczas jego koncertów na scenie pojawiały się rekwizyty, takie jak gilotyna, szafot, krzesło elektryczne. Czerpał inspiracje z horrorów, wodewilu i garage rocka (tzw. rocka garażowego), aby stworzyć pionierski gatunek rocka pełen makabry, którego celem jest szokowanie publiczności. Paradoksalnie uważa samego siebie za chrześcijanina.


DALSZE PŁYTY

Sukces odniesiony pod koniec l. 80. wyniósł Alice`a Coopera na wyżyny showbiznesu i zaowocował kolejnymi płytami, kosztownymi teledyskami, występami gościnnymi oraz współpracą z takimi gwiazdami gatunku jak Rob Zombie, Zodiac Mindwarp, Sammy Hagar czy Slash. Jeszcze w 1989 ukazała się kompilacja „The Beast of Alice Cooper”, będąca praktycznie powieleniem składanki z 1974. Wydał także dwie nowe płyty: „ALICE COOPER TRASHES THE WORLD” (1990) i „PRIME” (1991), która zawiera nagrania archiwalne. 24 czerwca 1997 zagrał w klubie Colosseum w Warszawie swój pierwszy polski koncert, a w październiku miesięcznik „Tylko Rock” poświęcił mu obszerną wkładkę.

Współpraca z innymi gwiazdami zaowocowała powstaniem kilku płyt, m.in. u Roba Zombiego (utwór „Hands of Death”). W połowie 1999 r. ukazała się składanka „Humanary Stew: A Tribute to Alice Cooper”, na której utwory Coopera wykonują m.in. Joe Elliott, Roger Daltrey, Ronnie James Dio i Vince Neil. Zespół Halo of Files wziął swoją nazwę od utworu z płyty „Killer”. W 2011 roku wprowadzono grupę Alice Cooper do Rock and Roll Hall of Fame. Od 2015 roku piosenkarz jest jednym z członków zespołu Hollywood Vampires, w którego skład wchodzą również Joe Perry i Johnny Depp.



Alice`a Coopera, chociaż niewątpliwie należy do jednego z kontrowersyjnych piosenkarzy, warto docenić za wkład w rozwój ciężkiej muzyki rozrywkowej i wprowadzenie nowego podgatunku muzycznego. Jego specyficzny styl muzyczny oraz charakterystyczny makijaż jak żaden inny kojarzy się z horrorem, grozą i makabrą. Dlatego na końcówkę października pasuje jak ulał.


link: https://music.youtube.com/playlist?list=PLaDRPpwAaBvOSIbqjBz86kiRgwRKna3kP

sobota, 24 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Przenieśmy się dzisiaj do lat 90, by posłuchać historii i analizy piosenki zespołu Eternal i gospelowego piosenkarza BeBe Winansa „I WANNA BE THE ONLY ONE”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Po odejściu Louise Nurding grupa, z początku funkcjonująca jako kwarter, postanowiła nie zastępować jej i dalej działała jako trio. „Power of a Woman” był pierwszym albumem nagranym w trio i zajął szóste miejsce na brytyjskiej liście przebojów. Zespół wydał cztery przeboje: „Power of a Woman”, „I Am Blessed” (zaśpiewaną dla papieża Jana Pawła II w Watykanie w 1995 r.), zremiksowaną wersję „Good Thing” oraz zremiksowaną wersję „Secrets”. Wszystkie te utwory kontynuowały dominację Eternal w pierwszej dziesiątce brytyjskich przebojów.

W 1997 roku Eternal po raz pierwszy w historii osiągnął pierwsze miejsce na brytyjskiej liście przebojów, za sprawą duetu z BeBe Winans , „I Wanna Be the Only One”, który stał się drugą najczęściej graną piosenką w brytyjskim radiu w 1997 roku i utrzymywał się na szczycie przez tydzień. Co ciekawe, nie był to pierwszy, lecz trzeci utwór nagrany z Winansem; wcześniej girlsband nagrał z nim również „Crazy” i „It Will Never End”. Utwór „I Wanna Be The Only One” pochodził z trzeciego albumu Eternal „Before the Rain” , na którym znalazł się również utwór „ Don't You Love Me ”. Album zadebiutował na trzecim miejscu na brytyjskiej liście przebojów.


ANALIZA

Omawiany utwór jest wyznaniem silnej i bezwarunkowej miłości. Podmiot liryczny wyraża potrzebę przebywania u boku drugiej osoby, oferując w zamian swoje serce i zaangażowanie. W odpowiedzi słyszy od ukochanego obietnicę schronienia i opieki. Podmiot liryczny słyszy zapewnienia bycia tarczą przed wszelkimi troskami. Warto tutaj zaznaczyć, że piosenka ma silne korzenie w gatunkach R&B oraz gospel, co zarazem nadaje mu duchowy, niemal hymniczny charakter – to obietnica wierności, bycia oparciem w każdych okolicznościach i gotowości dania z siebie wszystkiego, jeśli tylko druga strona da im szansę.


PREMIERA I SUKCES

Piosenkę wydano w maju 1997 r. Utwór dotarł na szczyt brytyjskich list przebojów i, jak już wcześniej wspomniałem, był trzecią współpracą grupy z Winansem, który napisał również i wyprodukował ich singiel „Crazy” z 1994 roku (pochodzący z albumu „Always & Forever”) oraz utwór „It Will Never End” (z albumu „Power of a Woman” z 1995 roku). Singiel ten stał się jedenastym z kolei wydawnictwem grupy, które znalazło się w pierwszej dziesiątce brytyjskich list przebojów.


link: https://www.youtube.com/watch?v=MsTeL8-ornA


TŁUMACZENIE


Eternal feat Bebe Winans


„CHCĘ BYĆ JEDYNĄ”

tytuł oryg. „I Wanna Be The Only One”


  - Wiesz, musiałem przyjechać aż do Anglii, by z tobą zaśpiewać.
  - Aha.
  - Wiesz, ale było warto.
  - Cóż, dziękuję.
  - Więc wydaje mi się, że mamy coś do powiedzenia.
  - Zróbmy to.
  - Zróbmy to? Dobra, może zaśpiewasz pierwszą zwrotkę?
  - Okej.
  - Zaczynajmy.

Widzę, że płaczesz
Czuję, że masz złamane serce
Czuję twój ból
A mimo to wciąż grasz swoją rolę
Jeśli pozwolisz mi być przy sobie
Będę wszystkim, czego potrzebujesz – wszystkim, czego potrzebujesz

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)

Zasługujesz na pałac
Możesz mieć to, co w życiu najlepsze
A do tego wszystkiego dam ci coś jeszcze
Czystą miłość, której nie da się kupić za złoto
Jeśli dasz mi szansę
Warto będzie zaryzykować – naprawdę warto

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)

Jeśli pozwolisz mi być przy sobie
Jeśli pozwolisz mi być przy sobie
Będę wszystkim, czego potrzebujesz
Jeśli dasz mi szansę
Jeśli dasz mi szansę
Będę jej warta
Jeśli tylko mnie pokochasz
Z radością dostrzeżesz
Że jestem wszystkim, czego potrzebujesz

Chcę być jedyną osobą, która cię przytuli
Chcę być jedyną osobą, która cię ukoi
Chcę być jedyną osobą, która cię pokocha – pokocha
Chcę być tą jedyną, tą jedyną
(Tą jedyną osobą, którą jestem)

piątek, 23 października 2026

 

NIE ŻYJE TOM SKERRITT,

GWIAZDA "OBCEGO" RIDLEYA SCOTTA ORAZ

"TOP GUN" I "STALOWYCH MAGNOLII".


Marcin Klimczuk


Wczoraj wieczorem dotarła do nas smutna wiadomość ze świata kina. W wieku 93 lat zmarł Tom Skerritt, niezapomniany kapitan Dallas, głównodowodzący "Nostromo" z filmu Ridleya Scotta "Obcy: 8 pasażer Nostromo". Zapisał się także jako komandor Mike "Viper" Metcalf z "Top Gun" Tony`ego Scotta. W mojej pamięci pozostanie jednak jego pełna sarkazmu rola w "Stalowych magnoliach", gdzie Skerritt stworzył brawurowy duet z Shirley MacLaine.

Niżej zamieszczam link z informacją o śmierci Toma Skerritta:

https://www.filmweb.pl/news/Nie+%C5%BCyje+Tom+Skerritt%2C+gwiazda+%22Obcego+i+%22Top+Guna%22.+Aktor+mia%C5%82+93+lata-169268

czwartek, 22 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Pod koniec 2026 roku otrzymaliśmy prawdziwy wysyp adaptacji gier wideo: dopiero co premierę miał nowy „Street Fighter”, a przecież za rogiem czai się już kolejne „Resident Evil” (z nich prędzej zrecenzuję tą drugą adaptację). Przygotowałem dla was z tej okazji RANKING NAJLEPSZYCH ADAPTACJI GIER WIDEO. Uwaga, skupiam się na filmach, więc nie będzie np. „The Last of Us”. Odpalamy playstation, chwytamy za pady i zaczynamy.


8, „Silent Hill”, reż. Christophe Gans

Zaczynamy od adaptacji, która perfekcyjnie podzieliła growych koneserów i laików. Film Christophe’a Gansa, chociaż zebrał negatywne opinie krytyków, zachwycił fanów wiernym odwzorowaniem atmosfery pierwowzoru: dusznym klimatem, surrealistycznymi lokacjami i przerażającymi potworami. W efekcie do dziś uchodzi za jedną z najbardziej udanych prób przełożenia gier na ekran. Obraz zyskał uznanie za artystyczne podejście do horroru i oddanie klimatu gry. Dla fanów oryginalnej serii „Silent Hill” pozostaje jednym z niewielu przykładów, kiedy ekranizacja zdołała uchwycić esencję pierwowzoru.

Filmy oparte na grach potrafiły wzbudzić również kontrowersje wśród fanów materiałów źródłowych. Przykład na miejscu 7.

7, „Sonic. Szybki jak błyskawica”, reż. Jeff Fowler

Filmowa adaptacja serii gier studia Sega wywołała kontrowersje po opublikowaniu już pierwszego zwiastuna. Falę oburzenia wzbudził wizerunek tytułowego jeża, który wyglądał zbyt ludzko (nie mówiąc już o tym, że dodany do trailera „Gangsta Paradise” Coolio nijak tam pasował). Fani gry byli bardziej, niż rozzłoszczeni, bo przecież Sonic ma typowo kreskówkowe rysy twarzy (wielkie oczy na pół twarzy). Reżyser musiał więc poprawić warstwę technologiczną i dobrze, bo dzięki temu otrzymaliśmy całkiem dobrą komedię, która doczekała się kolejnych części.

Był taki okres, że gry powstawały w oparciu o filmy. Na miejscu 6. sytuacja gdy role się odwróciły. Tym bardziej, że inspirująca dla gier seria filmowa powoli dobiega końca.

6, „Need for Speed”, reż. Scott Waugh

„Need for Speed” Scotta Waugha to film na motywach jednej z najpopularniejszych serii gier wyścigowych od Electronic Arts powstałych z inspiracji „Szybkimi i wściekłymi”. A że cykl filmowy z Vin Dieslem powoli zmierza do garażu, potrzeba rozejrzeć się za kolejną potencjalną serią wyścigową. Film mimo dynamicznych scen wyścigów, zebrał mieszane opinie krytyków, wytykających mu banalną oraz przewidywalną fabułę. Produkcja zyskała za to sympatię wśród miłośników gier dzięki spektakularnym ujęciom super samochodów oraz wiernemu oddaniu ducha growej serii.

Przez wiele lat adaptacje gier wideo nie cieszyły się uznaniem (choć fani „Mortal Kombat” Paula W. S. Andersona polemizowaliby z tym). Sytuacja zmieniła się w 2001 roku.

5, „Lara Croft. Tomb Raider”, reż. Simon West

Chociaż film arcydziełem nie jest (zdecydowanie bije go o głowę bardzo dobry sequel w reżyserii Jana de Bonta), zapisał się w historii kina, popkultury i adaptacji gier wideo. Nie tylko zrobił z gwiazdy Angelinę Jolie „strzelającą do wszystkiego, co się rusza”, ale także potrafi zachwycić choćby lokacjami, gdzie kręcono zdjęcia, a poza tym był pewnym sukcesem finansowym (w końcu kto nie zna gier z cyklu „Tomb Raider”…). Nakręcony po latach reboot z Vikander nie ma do niego startu (chociaż doceniam przygotowania aktorki do roli) i podejrzewam, że z szykowanym serialem z Sophią Turner będzie to samo.

Tuż przed podium uplasowała się adaptacja wyjątkowa, bo oparta na grze jakkolwiek fabuły pozbawionej. A mimo to przebojowa, nie tylko z powodu animowanej formy.

4, „Angry Birds. Film”, reż. Clay Keitis, Fergal Reilly

Czy gra wideo polegająca na katapultowaniu tytułowych „wściekłych ptaków” w stronę zielonych świń to wdzięczny materiał na choćby półtoragodzinny film (do niedawna jeszcze bym napisał, że teraz „wystarczy czekać na potencjalną adaptację Minecrafta”)? Tymczasem dzięki autorskiej kreatywności i marketingu, produkcja zarobiła astralne jak na adaptację gry wideo setki milionów dolarów, co pozwoliło na realizację dwóch kolejnych części. I choć film nie był adaptacją sensu stricte (bo i sam materiał źródłowy nie posiada żadnej fabuły), to przynajmniej udało się zachować growy klimat. A to już coś.

Nie żebym miał coś do kinowej adaptacji „Uncharted”, ale podium otwiera coś, co bije film z Tomem Hollandem i Markiem Walhbergiem o głowę. Fanowski film aktorski.

3, „Uncharted Live Action Fan Film”, reż. Allan Ungar

Mała rzecz, a jak cieszy. Przedrostek „Fan Film” nie jest tu użyty na wyrost, bo Allan Ungar zaiste fanem gry studia Naughty Dog jest. Nie dość, że obsada wizualnie pasuje do granych postaci, to jeszcze wiele ujęć odpowiada tym, co dostaliśmy w rozgrywkach. I tylko szkoda, że sukces filmiku na serwisach typu YouTube nie przyczyniła się do realizacji pełnometrażowego filmu, na jaki fani gry czekali od premiery pierwszej części przygód Nathana Drake`a. Zamiast tego otrzymaliśmy film Rubena Fleischera – co prawda wypełniony odniesieniami do poszczególnych części serii, ale nic poza tym.

Srebro dla jednej z najbardziej przełomowych, choć obecnie uznawanej za niedocenioną, adaptacji w historii kina i konsoli.

2, „Final Fantasy”, reż. Hironobu Sakaguhi

Film Sakaguhiego zapisał się w historii jako pierwszy, w którym zastosowano moition capture. I, oczywiście, po dwudziestu pięciu latach od premiery kinowej widać jak bardzo zastosowana tutaj technologia się zestarzała (porównajcie faktury bohaterów z takim Gollumem z jacksonowskiego „Władcy Pierścieni”), jednak pozwoliło to na uchwycenie klimatu znanego z oryginału. Być może niedostatki techniczne były widoczne już w chwili premiery, skoro film nie zwrócił się w box officie i nie dał zielonego światła na potencjalny sequel. Ale być może w przyszłości doczekamy się konkretnej adaptacji.

Złoto dla adaptacji growej, która przebojem też nie była, a szkoda. Choćby z tego powodu, że dawała szansę na potencjalną serię filmową.

1, „Książę Persji. Piaski czasu”, reż. Mike Newell

Film Mike`a Newella jest tak wybitnym przykładem przeniesienia growych rozgrywek na ekran, że późniejsza klapa finansowa jest zaiste zastanawiająca. Produkcja od Jerry`ego Bruckheimera była pomyślana jako potencjalny następca „Piratów z Karaibów”: jako kolejny przygodowy blockbuster za cysternę pieniędzy. I gdyby ktoś zupełnie nie wiedział, że to film na podstawie gry komputerowej, uznałby ją za wdzięczny pastisz przygodowych powieści w klimacie „Księgi 1001 nocy”. Skąd więc ta frekwencyjna klapa? Niech mi ktoś wyjaśni, tak na spokojnie…


To był moja lista adaptacji gier wideo. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.