wtorek, 1 września 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim u progu nowego roku szkolnego 2026/2027. Zamiast o szkole, w tym odcinku opowiem o debiutanckim krążku piosenkarki o pseudonimie Jem zatytułowanym „FINALLY WOKEN”. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Na początku swej kariery walijska piosenkarka Jem (a właś. Jemma Gwynne Griffiths) wydała minialbum „It`s All Starts Here”, w którego skład weszło pięć utworów. Przełom nastąpił w 2004 r., kiedy piosenkarka przeniosła się do Los Angeles. Wówczas do jednej z kalifornijskich stacji radiowych trafiło demo z piosenką „Finally Woken”. Kawałek stał się hitem na żądanie słuchaczy, co zwróciło uwagę Dave'a Matthewsa i jego wytwórni ATO Records, z którą artystka podpisała kontrakt.

Już na swoim pierwszym krążku artystka postawiła na mocne muzyczne zróżnicowanie: z jednej strony mamy do czynienia z niekomercyjnym materiałem indie, z drugiej obcujemy z dobrze brzmiącym popem.. Pozornie zapowiadało się na klapę, jednak stało się zupełnie inaczej. Tym bardziej, że o sukcesie zdecydował również wkład debiutantki w nagranie albumu, co jest dodatkowym atutem.

Gdy mowa jest o albumie, warto zwrócić uwagę na okładkę, która różni się w zależności od wydania. Na okładce znajduje się zdjęcie kilkuletniej Jem zrobione przez jej ojca. Okładka miała odmienne kolory w różnych krajach. Stany Zjednoczone otrzymały wersję żółtą okładki, Wielka Brytania: wersję niebieską, a pozostałe kraje Europy oraz Australia: wersję zieloną. Album został wydany ponownie w Europie w 2005 roku z nową okładką, która przedstawiała nowe zdjęcie Jem.


UTWORY PROMUJĄCE

Płyta była promowana przez trzy piosenki na przełomie lat 2004-2005. Już pierwszy singiel był sukcesem w dorobku Jem. 17 lutego premierę miała bowiem piosenka pt. „They” [nr 1], która zajęła miejsca w pierwszej dziesiątce w wielu krajach europejskich (Grecja, Ukraina, Wielka Brytania, Belgia, Holandia, Irlandia, Szkocja). Piosence towarzyszył teledysk nawiązujący do słynnego filmu science fiction „Barbarella” z Jane Fondą w tytułowej roli.

Nieco mniejszym sukcesem okazał się drugi singiel promujący pt. „Just a Ride” [nr 8] wydany 13 czerwca 2005 r. Piosenka nie zdobyła list przebojów, najwyższymi miejscami jakie zajęła były 16 w Belgii i Wielkiej Brytanii oraz 18 w Szkocji. Trzecim utworem promującym był z kolei „Wish I” [nr 7] wydany 12 września.


PREMIERA I SUKCES

Płyta spotkała się w większości z pozytywną reakcją słuchaczy i krytyków. Ogłoszona największą brytyjską artystką debiutującą w Ameryce w 2004 roku, na łamach magazynu „Rolling Stone” pochwalono ją za „poczucie humoru dźwiękowego”. Płyta była również sukcesem komercyjnym. Według Nielsen SoundScan, do stycznia 2009 r. w Wielkiej Brytanii sprzedano aż 500 000 egzemplarzy, a do 4 lipca 2009 r. w Stanach Zjednoczonych sprzedano 332 000 egzemplarzy.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PL6-B652C0OuKSC72QB8kTHbkeKGHn7KFB

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


MARY RENAULT : REALISTYCZNY OBRAZ ANTYKU


Cześć wszystkim. Tegoroczne wakacje upłynęły nam pod znakiem starożytnej, a nawet mitycznej Grecji. A ponieważ wakacje powoli się już kończą, w dzisiejszym odcinku poniedziałkowego cyklu przybliżę sylwetkę autorki, która niejednokrotnie osadzała akcję swoich książek w starożytnej Grecji. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Urodziła się w Forest Gate w 1905 roku, w latach 1924-1928 uczęszczała do St. Hugh`s College w Oxfordzie, a jednym z jej wykładowców był sam John Ronald Reuel Tolkien. Naprawdę nazywała się Eileen Mary Challans. Po ukończeniu St Hugh's z trzecią klasą z języka angielskiego, pracowała jako pielęgniarka i zaczęła pisać swoje pierwsze powieści, które były współczesnymi romansami.

Matka Challans zachęcała ją do zainteresowania się małżeństwem. Po ukończeniu studiów, gdy ojciec odmówił wsparcia finansowego dla jej kariery pisarskiej, opuściła dom i aby się utrzymać, rozpoczęła w 1933 roku szkolenie pielęgniarskie. Szkolenie odbywało się w Radcliffe Infirmary w Oxfordzie. Podczas szkolenia poznała Julie Mullard, koleżankę pielęgniarkę, z którą nawiązała dożywotni związek. Pomimo obyczajów tamtych czasów i faktu, że Mullard otrzymała propozycję małżeństwa od jednego ze swoich kochanków, były zdeterminowane, by zostać parą. Wkradały się do swych pokoi w nocy, a pewnego razu musiały schować się pod prześcieradłami, gdy wpadła matrona.


TWÓRCZOŚĆ

Począwszy od „Purposes of Love, sześć pierwszych powieści Challans (pisanych pod pseudonimem Mary Renault) rozgrywa się współcześnie, a trzy pierwsze powstawały w czasach II wojny światowej. W 1940 r. pisarka napisała powieść „Kind Are Her Answers”, a w 1943 roku: „The Friendly Young Ladies ”. Kolejne powieści powstały już po wojnie. W 1947 roku opublikowała „Return to Night”, a w 1948 roku „North Face”.

Spośród wszystkich współczesnych powieści, najbardziej popularna okazała się dopiero szósta. W 1953 roku Renault opublikowała książkę zatytułowaną „THE CHARIOTEER”, która oznaczała zmianę tematu. Opowiada historię dwójki młodych homoseksualistów-żołnierzy z l. 40. XX wieku, którzy próbują ukształtować swój związek na wzór ideałów wyrażonych w „Fajdrosie” i „Uczcie” Platona .

Powieść stanowiła zwrot w karierze Renault, gdyż odnosiła się do wątków i epoki, do której pisarka nawiązywała również później w swoich najbardziej znanych powieściach historycznych.


STYL

Z uwagi na orientację seksualną Mary Renault, trudno się dziwić umieszczeniu akcji jej książek w starożytnej Grecji, w której różnego rodzaju pederastia była na porządku dziennym. Jej dzieła często poruszają tematy związane z miłością, seksualnością i związkami. W momencie publikacji książki Renault cieszyły się dużym zainteresowaniem szczególnie wśród homoseksualistów, podczas gdy niewiele znanych dzieł przedstawiało elementy LGBT w pozytywnym świetle. Jej twórczość, z kolei, spotkała się z generalnie pozytywnym odbiorem krytyków.


POWIEŚCI HISTORYCZNE Z AKCJĄ W GRECJI

Jako autorka powieści historycznych rozgrywających się w starożytnej Grecji, Renault zadebiutowała powieścią „The Last Wine” z 1956 roku (nigdy nie wydanej w Polsce). W latach 1958-1962 pisarka pracowała nad dylogią opowiadającą o Tezeuszu: „KRÓL MUSI UMRZEĆ” (1958) praz „Bull from the Sea” (1962; nigdy nie wydana w Polsce). W 1964 roku wydała pierwszą z dwóch książek non fiction: „Lion in the Gateway” opowiadającą o o epickich starożytnych bitwach, które ukształtowały historię cywilizacji zachodniej. W 1966 roku wydana została powieść „The Mask of Apollo” opowiadająca o narodzinach teatru w antycznej Grecji.

Przełom nastąpił w 1968 roku. Wówczas to Renault opublikowała książkę zatytułowaną „OGIEŃ Z NIEBIOS”. Był to pierwszy tom cyklu o losach Aleksandra Wielkiego, który był opowiedziany z punktu widzenia Olimpias i Filipa II Macedońskiego, między którymi toczyła się niemalże rodzicielska rywalizacja. W 1972 roku autorka wydała drugi tom pt. „PERSKI CHŁOPIEC” opowiedziany z perspektywy perskiego eunucha i towarzysza Aleksandra Wielkiego, Bagoasa (postaci autentycznej). W 1975 r. Renault opublikowała drugą swoją książkę non fiction, tym razem poświęconą Aleksandrowi Wielkiemu pt. „The Nature of Alexander”, a w 1978 roku: „The Praise Singer” opowiadający o greckim poecie, Symonidesie z Keos. Na trzeci tom cyklu o macedońskim zdobywcy, z kolei, czytelnicy musieli czekać aż do 1981 roku, kiedy to Renault opublikowała powieść „IGRZYSKA ŻAŁOBNE” o następcach Aleksandra Wielkiego i wojnach diadochów.



Twórczość Mary Renault warta jest uwagi przede wszystkim z powodu najbardziej wiernego odzwierciedlenia realiów starożytnej Grecji. Wydaje się to mało prawdopodobne, gdyż powieści jej autorstwa są w Polsce stosunkowo mało znane (ostatnia jej powieść u nas wydana to „Król musi umrzeć”, która w Polsce ukazała się 20 [!] lat temu). Można mieć jednak nadzieję, że w dobie wznowień, wydawać by się mogło, zapomnianych książek również twórczość Renault zostanie zauważona przez jakieś wydawnictwo. Pozostaje więc trzymać kciuki.


link: https://lubimyczytac.pl/autor/22851/mary-renault

niedziela, 30 sierpnia 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „BOHATEROWIE POPKULTURY”


Cześć wszystkim. Skoro od miesiąca w polskich kinach gościmy najnowszego „Spider-Mana”, za pewne dla wielu z was przestało być tajemnicą kim jest postać grana przez gwiazdę „Stranger Things”, Sadie Sink (sama zainteresowana w końcu też to ujawniła). Dlatego z czystym sumieniem mogę tym razem przedstawić sylwetkę jednej z najbardziej znanych mutantek ze szkoły Profesora X, czyli JEAN GREY. Zaczynamy


Dane:

Twórcy: Stan Lee, Jack Kirby

Odtwórcy: Catherine Disher [„X-Men”, „Spider-Man”, dubbing] 

                  Venus Terzo [„X-Men Evolution”, dubbing]

                  Famke Janssen [„X-Men”, „X-Men 2”. „X-Men: Days of Future Past”, reż. Bryan 

                  Singer; „X-Men: Ostatni bastion”, reż. Brett Ratner; „Wolverine”, reż. James Mangold]

                  Sophie Turner [„X-Men: Apocalypse”, reż. Bryan Singer; „X-Men: Dark Phoenix”, reż. 

                  Simon Kinberg]

                  Sadie Sink [„Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, reż. Destin Daniel Cretton]


HISTORIA POWSTANIA. GENEZA POSTACI.

  Jean Grey należy do jednej z najbardziej znanych członkiń komiksowej grupy X-Men. Jej debiut miał miejsce już w pierwszym albumie serii, we wrześniu 1963 roku. W pierwszym numerze Grey zostaje wprowadzona wraz z Cyclopsem, Beastem, Icemanem i Warrenem Worthingtonem III jako uczennica Profesora X, która walczy z Magneto. Jedyny członek oryginalnej drużyny, Marvel Girl, była jej stałym członkiem aż do publikacji serii. Niejednokrotnie była obiektem zainteresowań wśród męskich uczniów szkoły Profesora X. 

  Jean Grey jest córką Johna i Elaine Grey. Miała również siostrę, Sarę. Już w wieku dziesięciu lat ujawniła swoje zdolności, wchodząc do umysłu najlepszej przyjaciółki, która wcześniej uległa wypadkowi samochodowemu. Jean poczuła jak jej przyjaciółka umiera, w wyniku czego zapadła w katatonię. Dopiero Charles Xavier (poźniejszy Profesor X) wyrwał ją z tego stanu. Jean dołączyła do X-Men najpierw pod pseudonimem Marvel Girl, a potem funkcjonowała pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. 

  W zespole odgrywała znaczącą rolę. Tam również zakochała się w koledze z zespołu, Cyclopsie, za którego później wyszła za mąż. Była jednocześnie jedną z najbardziej tragicznych postaci, gdyż na dobrą sprawę nie potrafiła do końca kontrolować swoich mocy. Z tego powodu Profesor X po przebudzeniu jej z katatonii, musiał zablokował również część jej zdolności, by nie stanowiła zagrożenia dla całego otoczenia.

  Przez pewien okres komiksy o przygodach X-Menów nie sprzedawały się za dobrze, chociaż Lee i Kirby wprowadzali kolejnych członków, bez których trudno sobie dziś wyobrazić komiksowych mutantów (jak choćby Wolverine’a). Sytuację poprawiła sama Jean Grey, gdy w wyniku wypadku jej ciało połączyło się z mistyczną istotą zwaną Phoenix. Po tym wydarzeniu jej zdolności znacząco wzrosły, a sama Grey stała się wyjątkowo niebezpieczna. Wydarzenie to miało miejsce w słynnym komiksie „Dark Phoenix Saga”, a w trakcie jego publikacji od stycznia do listopada 1980 roku zanotowano gwałtowny wzrost zainteresowania X-Menami.


MOCE 

  Jean Grey posiada silne zdolności telekinetyczne. Umie również posługiwać się telepatią, jednak w znacznie mniejszym stopniu niż np. prof. Charles Xavier. Gdy stała się awatarem Phoenix Force, zyskując nadzwyczajne, ale również niszczycielskie, zdolności – stała się jedną z najpotężniejszych istot w Uniwersum Marvela.


W JAKICH PRODUKCJACH WYSTĘPUJE?

  Jean Grey, jak wiele postaci z Uniwersum Marvela, zadebiutowała na ekranie najpierw w serialu animowanym i to dopiero na początku lat 90. Animowana produkcja „X-Men” z 1992 roku (z rozpoznawalnym openingiem) była drugą, po anulowanym w 1989 roku serialu animowanym, po którym zachował się tylko pilotażowy odcinek „Pryde of the X-Men”), jaka powstała i odniosła z miejsca ogromny sukces (ostatnio powstała kontynuacja pt. „X-Men `97). Jean Grey wystąpiła też gościnnie w innym serialu z animowanego uniwersum Marvela: równie znanym „Spider-Manie” z lat 1994-1998. W obu serialach głosu podkładała jej Catherine Disher. Grey pojawiała się również w kolejnych animacjach, w tym m.in. „X-Men Evolution” (2000), gdzie głosu użyczyła jej tym razem Venus Terzo. 

  W końcu jednak postać zaczęła pojawiać się w kinie fabularnym. Pierwszy swój występ zaliczyła w superprodukcji Bryana Singera „X-Men”, który zrewolucjonizował jak na tamte czasy podejście do adaptacji komiksowych u progu XXI wieku (bez powodzenia filmu Singera nie byłoby choćby „Spider-Mana” Sama Raimiego). Grey, grana niezmiennie przez Famke Janssen, ewoluowała (tak jak sama filmowa franczyza): jeśli w pierwszym filmie była wyraźnie w tle (pierwsze skrzypce w „X-Men” grali Wolverine i Kitty Pride), o tyle w zdecydowanie lepszym „X-Men 2” w tej samej reżyserii (inspirowanym serią „God Loves, Men Kills”) została wysunięta na pierwszy plan, dając podwaliny pod fabułę o wiele słabszego „X-Men: Ostatni bastion”, tym razem w reżyserii Bretta Ratnera, inspirowany dla odmiany serią „Dark Phoenix Saga”. Warto zaznaczyć, że w trzech pierwszych filmach pojawia się zasadnicza zmiana względem komiksów: jeśli w komiksach Jean Grey była zakochana w Cyclopsie, o tyle w adaptacjach od 20th Century Fox romansowała z Wolverinem. W poźniejszych latach Janssen wracała do swojej roli jeszcze dwa razy: epizodycznie w „Wolverinie” Jamesa Mangolda oraz w widowiskowym „X-Men: Days of Future Past” w reżyserii Bryana Singera.

  Wspomniany Singer z jednej strony pożegnał dotychczasową odtwórczynię z postacią Jean Grey, a z drugiej strony wprowadził nową aktorkę. Tym razem była to gwiazda „Gry o tron”, Sophie Turner (odtwórczyni roli Sansy Stark), która w roli Jean Grey zadebiutowała w nie najlepiej przyjętym  filmie „X-Men: Apocalypse”. Choć sama aktorka wypadła nieźle, film został zmasakrowany m.in. za kuriozalny wątek Magneto rozgrywający się w Polsce. Singer odszedł od franczyzy (jak potem się okazało, na dobre), a za kamerą następnej części, „X-Men: Dark Phoenix” stanął tym razem Simon Kinberg, który chciał się zrehabilitować za niepowodzenie „X-Men: Ostatniego bastionu”, do którego napisał scenariusz. Obie części bazują na tej samej komiksowej serii o Mrocznej Feniks, jednak w tym przypadku wyszło jeszcze gorzej niż w 2006 roku.

  Niedługo potem wytwórnia Disney’a zakupiła wytwórnię 20th Century Fox, prawa do uniwersum X-Men (i, przy okazji także do Fantastycznej Czwórki) wróciły do Marvela, dlatego też zapadła decyzja o reboocie serii, który miałby być włączony do Marvel Cinematic Universe. Na początek Sagi Mutantów przyjdzie nam zaczekać do 2028 roku, jednak pewne podwaliny pojawiły się już w tegorocznym „Spider-Manie: Całkiem nowym dniu”, gdzie zadebiutowała nowa wersja Jean Grey, tym razem grana przez gwiazdę innego serialu, „Stranger Thongs”: Sadie Sink.

sobota, 29 sierpnia 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim, Tym razem odcinek „Nutki nostalgii” upłynie nam pod znakiem zadumy i tęsknoty. W ostatni wtorek światem muzyki pop wstrząsnęła informacja o śmierci Dolly Parton, ikony country. Dla uczczenia jej pamięci przeanalizuję dla was jej najbardziej znaną piosenkę: „JOLENE”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Podobno inspiracją dla „Jolene” była ruda kasjerka pracująca w banku – Dolly Parton podejrzewała swojego męża o to, że o niej fantazjuje, ponieważ zaczął często chodzić do banku. Sama artystka wspominała o tym na jednym z koncertów z 1988 roku, przy czym zapewniała jednak, że inspiracją dla utworu była mała, ruda dziewczynka, która po jednym z koncertów poprosiła artystkę o autograf i powiedziała, że ma na imię „Jolene”.

Co ciekawe, podczas wywiadu w programie The Bobby Bones Show w 2018 roku Dolly Parton ujawniła, że ​​napisała „Jolene” tego samego dnia, w którym napisała „I Will Always Love You” (a ta piosenka, unieśmiertelniona potem przez wykonanie Whitney Houston w 1993 roku) powstała po rozstaniu z tymże mężem i opowiada o złamanej miłości. Parton powiedziała z kolei w późniejszym wywiadzie, że oba utwory zostały napisane „w podobnym czasie”, ale niekoniecznie tego samego dnia.


ANALIZA

„Jolene” opowiada historię gospodyni domowej, która musi zmierzyć się z piękną uwodzicielką, którą podejrzewa o romans z jej mężem. Podmiot liryczny prosi tytułową kochankę by nie zabierała jej męża, choć zdaje sobie sprawę że uwodzicielka jest o wiele piękniejsza, a mąż potencjalnie nie może się jej oprzeć. 


PREMIERA I SUKCES

Piosenka stała się drugim solowym singlem Parton, który zajął pierwsze miejsce na listach przebojów country po wydaniu jako singiel w styczniu 1974 roku (przed premierą albumu). Utwór osiągnął szczyt listy przebojów w lutym 1974 roku; był to również jej pierwszy występ na liście Billboard Hot 100, gdzie wszedł do pierwszej 60-tki, a także niewielki wpis na liście Adult Contemporary. Do grudnia 2019 roku piosenka sprzedała się w Stanach Zjednoczonych w 935 000 egzemplarzy cyfrowych od momentu udostępnienia jej do pobrania.

Piosenka została później wydana jako singiel w Wielkiej Brytanii i stała się pierwszym utworem Parton, który znalazł się na listach przebojów w tym kraju, osiągając siódme miejsce na UK Singles Chart w 1976 roku. Utwór ponownie wszedł na listę przebojów, gdy Parton wystąpiła na festiwalu Glastonbury w 2014 roku. Do stycznia 2017 roku piosenka sprzedała się w Wielkiej Brytanii w 255 300 egzemplarzach cyfrowych. Według Official Charts jest to trzeci najczęściej odtwarzany utwór Parton w Wielkiej Brytanii, z ponad 209,4 milionami odtworzeń. Zainteresowanie piosenką odżyło po śmierci Parton w 2026 roku, a liczba odtworzeń na Spotify wzrosła o 630 procent na całym świecie. W kolejnym tygodniu „Jolene” osiągnęła 9. miejsce na oficjalnych listach przebojów, wyprzedzając inne utwory z biblioteki Parton, które ponownie znalazły się na listach przebojów.

Piosenka doczekała się kilkunastu coverów. Przytoczę jedynie kilka z nich, jednak każda z nich jest bardzo ciekawa. Pierwszy z nich powstał już w dwa lata potem, a nagrała go nieodżałowana Olivia Newton-John:


https://youtu.be/K9ynEaf2s3I?si=6M4x2DgM5eS7DySo 


Kolejny rozpoznawalny cover „Jolene” powstał dopiero w 2004 roku, kiedy to zabrał się za niego zespół The White Stripes:


https://youtu.be/yXlULkwhgrc?si=EbVbyFWexgmMmuYT 


Zdecydowanie najbardziej chwytający za serce jest cover nagrany w 2010 r. przez Miley Cyrus, prywatnie: chrześnicę Dolly Parton, która gościnnie wystąpiła w nagraniu:


https://youtu.be/f6H4r1kWqSM?si=daCoTfw6Zn8KqbWC 


Jeden z ostatnich coverów został nagrany zaledwie dwa lata temu przez Beyonce na potrzeby jej płyty utrzymanej w konwencji country:


https://youtu.be/tSrWTzoYDwI?si=QMlDce4_mRRPDV3K 



link: https://youtu.be/L0eeSoU35wM?si=bKmXRYY_hziOmrWU 


TŁUMACZENIE


Dolly Parton


„JOLENE”

tytuł oryg. „Jolene”


Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Błagam cię, proszę, nie zabieraj mi mojego mężczyzny

Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Proszę, nie zabieraj go tylko dlatego, że możesz


Twoja uroda jest nieporównywalna

Z płonącymi lokami kasztanowych włosów

Z kością słoniową i szmaragdowozielonymi oczami

Twój uśmiech jest jak powiew wiosny

Twój głos jest miękki jak letni deszcz

I nie mogę z tobą konkurować, Jolene


On mówi o tobie przez sen

Nie ma nic, co mogłabym zrobić, żeby powstrzymać

się od płaczu

Kiedy woła twoje imię, Jolene


I łatwo rozumiem

Jak łatwo mogłaś zabrać mi mojego mężczyzny

Ale nie wiesz, co on dla mnie znaczy, Jolene


Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Błagam cię, proszę, nie zabieraj mi mojego mężczyzny

Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Proszę, nie zabieraj go  Tylko dlatego, że możesz


Mogłabyś mieć wybór mężczyzn

Ale ja już nigdy nie będę mogła kochać

On jest tym jedynym dla mnie, Jolene


Musiałam z tobą o tym porozmawiać

Moje szczęście zależy od ciebie

I cokolwiek postanowisz zrobić, Jolene


Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Błagam cię, proszę, nie zabieraj mi mojego mężczyzny

Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Proszę, nie zabieraj go, mimo że możesz

Jolene

piątek, 28 sierpnia 2026


SPIDER-MAN : CAŁKIEM NOWY DZIEŃ *****


Życie superbohatera nie jest usłane różami. A Petera Parkera (przejmujący Tom Holland) w szczególności. Wbrew temu, jak można by dosłownie przetłumaczyć podtytuł tej części, na chłopaka nie nastał „Nowy, wspaniały dzień”. Wręcz przeciwnie (chyba że tytuł słynnej antyutopii Aldousa Huxleya przyjmiemy jako wyjątkowo cyniczny). Jak co dzień pod maską Spider-Mana walczy z kolejnymi przestępcami (swoje cameo zaliczają Tombstone czy wracający po dekadzie Scorpion, którego wcześniej widzieliśmy z Adrianem Toomesem w scenie po napisach ze „Spider-Mana: Homecoming”). Jednak gdy zdejmuje maskę superbohatera, musi zmagać się z samotnością po wydarzeniach z „No Way Home”: tak Ned Leeds, jak i - o zgrozo - MJ zupełnie wymazali go z pamięci: gdy oni dostali się na wymarzone studia, on musi samotnie bujać się między wieżowcami Nowego Jorku. Jak to śpiewał ongiś Ryszard Riedel z zespołu Dżem: „Samotność to taka straszna trwoga”.

Czyżby więc superbohaterskość służyła Peterowi jako forma terapii? Można by tak uznać, gdyby nie powracające bóle głowy i niebezpieczny wzrost pajęczych hormonów (metafora dojrzewania?), które są zwiastunem potencjalnej pajęczej mutacji (i potencjalnej intrygi dla kolejnych części, w których być może zobaczymy Man-Spidera, czyli alter ego Spideya). Swą pomocną dłoń poda Bruce Banner (Mark Ruffalo), a nawet Punisher (Jon Bernthal; ich filmowa relacja to czyste złoto), ale na ile to się przyda, kiedy w Nowym Jorku zaczyna działać tajemnicza rudowłosa telekinetką (Sadie Sink), wpływająca na świadomość mieszkańców.

Zwykle, gdy dochodzi do reżyserskiego przetasowania i jeden reżyser zostaje zmieniony na innego, nie wróży to dobrej jakości kolejnych sequeli. Nie zawsze tak jest (choćby przypadek „Harry’ego Pottera i więźnia Azkabanu”, któremu przysłużyło się zamienienie family frendly Chrisa Columbusa na bardziej dojrzałego Alfonso Cuaròna) i to widać także tutaj. Gdy swój - nazwijmy to - storyarc przedstawił Jon Watts, przyszła pora zamienienia go na kogoś innego. Wybór Destina Daniela Crettona mógł wzbudzać pewne obawy (wcześniej przez niego nakręcony „Shang-Chi” nie każdemu się podobał), ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Wyszedł mu bowiem bardziej najlepszy, bardziej dojrzały, „Spider-Man” z Tomem Hollandem. I ja wiem, że to samo mówiłem i o „Homecoming”, i o „No Way Home”, ale w obu przypadkach za bardzo ponosiły mnie emocje (zwłaszcza przy „No Way Home”, którego napędzała nostalgia: gdyby wywalić obu starszych Spider-Manów, a do ról Doc-Ocka, Green Goblina, Sandmana, czy Lizarda dać innych aktorów, film byłby co najwyżej przyzwoity i nic poza tym). 

Przede wszystkim jest to kolejny, po znakomitym „Thunderbolts”, film Marvel Studios niebojący się podejmować poważne, jak na kino superbohaterskie, tematy. W tamtym filmie dotykano tematu PTSD, tu zaś mamy temat pokrewny, bo związany z samotnością. Niby przerabialiśmy to w trylogii Sama Raimiego z lat 2000 (gdzie Peter Parker dla bezpieczeństwa MJ po prostu z nią zerwał), ale tym razem uderzają mocniej w czulsze struny. Tam Parker mimo zerwania widywał się z MJ, tu zaś dawna ukochana dosłownie wymazała go z pamięci. W efekcie trudno nie współczuć bohaterowi, gdy MJ, po przebytych wydarzeniach i na jego oczach, obejmuje NOWEGO chłopaka (a jeszcze bardziej to boli, gdy wie się, że Tom Holland i Zendaya od niedawna są parą). Smutek jest tu zresztą równoważony pyszną relacją Spider-Mana z Punisherem kierującym się kompletnie innym kodeksem moralnym (znaleźć złola, przyłożyć mu pistolet do skroni i nacisnąć spust), co bawi tym bardziej, że Holland i Bernthal prywatnie są dobrymi kumplami (a poza tym obaj mieli również interakcję w tegorocznej „Odysei” Christophera Nolana. 

Nowemu reżyserowi należą się też brawa, za bardziej dojrzałe podejście do samego Parkera, który zaczyna rozumieć maksymę „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” (lepiej późno niż wcale) i nawet zaczyna rozważać zespołową walkę z przestępczością.

Film jest też dojrzalszy pod kątem aktorstwa. Tom Holland bezbłędnie oddaje zarówno dojrzałość jak i przede wszystkim samotność Petera Parkera. Jacob Batalon jak zwykle służy za element komediowy, za to Zendaya odsuwa na bok zarówno swój sarkazm jak i sarkazm MJ. Najwiecej emocji wzbudziła rola Sadie Sink, gwiazdy serialu „Stranger Things”, o której bohaterce niejeden raz spekulowano. Gdy piszę te słowa, od polskiej premiery filmu minął prawie miesiąc i za pewne wielu widzów poznało tożsamość jej tajemniczej postaci, jednak z dziennikarskiego obowiązku nie zdradzę jej personali. Powiem tylko tyle, że wypadła najlepiej spośród trzech aktorek, które do tej pory grały Tą Postać. Trudno się dziwić, skoro nawet w przebojowym serialu braci Duffer młoda aktorka zjadła na śniadanie bezbarwną Millie Bobby Brown, a nawet podpatrzyła jak odgrywać telekinetyczne zdolności.

Nowy film jest jednocześnie początkiem drugiej trylogii „Spider-Mana” w MCU i skłonny jestem uwierzyć, że piąty w kolejności dostaniemy szybciej niż można się spodziewać. Trudno by było inaczej, skoro film jest wielkim przebojem w kinach (tylko czekać aż przebije trzeciego „Avatara”, hi, hi, hi…), a poza tym wiele elementów tam wrzuconych nie znalazło jeszcze swojej kulminacji (kto czeka na wątek Man-Spidera, za pewne wprowadzony by nie mielić znowu Venoma?). No i jest też zgrabnym wprowadzeniem do kolejnej marvelowej sagi, która ma nastąpić po końcu mocno nagmatwanej Sagi Multiwersum.


Reż. Destin Daniel Cretton

Czas trwania: 140 min

Gatunek: przygodowy

Tytuł oryg. „Spider-Man : Brand New Day

czwartek, 27 sierpnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Czy zdarzało się wam kiedyś kupić DWIE KSIĄŻKI Z RÓŻNIE PRZEŁOŻONYMI TYTUŁAMI, CHOCIAŻ PRZEZ TYCH SAMYCH TŁUMACZY? Dla wielu czytelników może to być niezła zagwozdka, choć trzeba przyznać, że tego typu praktyka często się zdarza. Przygotowałem dla was osiem przykładów takich procederów z powodami, dlaczego tak się dzieje.


8, Stephen King, „Cmętarz zwieżąt”/„Smętarz dla zwierzaków” [oba przekłady Pauliny Braiter]

Gdy myślimy o takich przypadkach, powieść Kinga jest dobrym przykładem. Wszystko jednak zaczęło się od starego tłumaczenia Michała Wroczyńskiego. Oryginalny tytuł, „Pet Sematary”, nawiązywał do błędów robionych przez dzieci. Późniejsza propozycja Pauliny Braiter, „Cmętarz zwieżąt”, bardziej to podkreślała. Czemu więc tak nagle nawiązano do poprzedniego przekładu? Z powodu tytułu drugiej adaptacji, która po polsku niezmiennie brzmiała „Smętarz dla zwierzaków” (nigdy nie byłem fanem tej wersji). Na szczęście przy kolejnych wznowieniach wrócono po poprzedniego wariantu.

Skoro jesteśmy przy adaptacjach, zmiana polskiego tytułu książki może wynikać również z tego, jak po polsku brzmi adaptacja tejże książki. I to pomimo zachowanego oryginalnego tytułu.

7, Agatha Christie, „Wigilia Wszystkich Świętych”/„Duchy w Wenecji” [oba przekłady Krzysztofa Masłowskiego]

Adaptując powieść Agathy Christie „Halloween Party”, Kenneth Branagh i scenarzysta Michael Green dokonali kilku kosmetycznych zmian: przenieśli akcję do Wenecji, dodali wątek seansów spirytystycznych, utrzymali całość w klimacie horroru. Przede wszystkim zmienili tytuł na „Ghosts in Venice”. To miało u nas przykre konsekwencje. Zachowano oryginalny tytuł i nazwisko polskiego tłumacza, ale przy wznowieniach zmieniano polski tytuł na ten bardziej filmowy (jakby filmowa okładka nie wystarczała). Dodawano jednak też uwagę, pod jakim polskim tytułem książka była u nas wcześniej znana.

Ciekawy w tym wszystkim jest przypadek pewnej antyutopii Anthony`ego Burgessa dwukrotnie przełożonej przez Roberta Stillera, choć w obu przypadkach na różne sposoby.

6, Anthony Burgess, „Mechaniczna pomarańcza”/„Nakręcana pomarańcza” [oba przekłady Roberta Stillera]

A Clockwork Orange” znany jest w Polsce zarówno jako „Mechaniczna pomarańcza” jak i jako „Nakręcana pomarańcza”. Choć można założyć, że pierwszy tytuł nawiązuje do adaptacji Kubricka, a drugi jest bliższy oryginałowi, powód jest inny. W obu przekładach Stiller użył różnych konwencji: za pierwszym razem użył neologizmów wywodzących się z języka rosyjskiego, w drugim przypadku: z języka angielskiego. Chciał w ten sposób nawiązać do języka powieści pochodzącego w oryginale z języka rosyjskiego. Planował też trzeci wariant – nawiązujący do języka francuskiego – ale zmarł nim to zrobił.

Co kraj, to inny tytuł – także w oryginale. Na miejscu 5. uplasował się najlepszy tego przykład.

5, Robert Graves, „Wyprawa po Złote Runo”/„Herkules z mojej załogi” [oba przekłady Haliny Sibery-Breitkopf]

Napisany przez Roberta Gravesa retelling mitu o wyprawie Argonautów znany jest za granicą (ale i u nas) pod dwoma tytułami. W Wielkiej Brytanii książka wyszła pod tytułem „The Golden Fleet” (dosł. „Złote Runo”), jednak Amerykanom za pewne taki tytuł nic by nie mówił, stąd decyzja o wydaniu zza oceanem pod tytułem „Hercules, My Shipmake” („Herkules z mojej załogi”). Polscy wydawcy wzięli od nich przykład, przy czym wydania z obydwoma wariantami mają przekład tego samego autorstwa. Co nie zmienia faktu, że czytelnicy sięgający po „Wyprawę po Złote Runo”, wiedzą na jaki retelling się piszą.

Pozostając w temacie mitologicznych retellingów, pochylmy się nad największym bestsellerem w dorobku Madeline Miller… nie, nie chodzi mi o „Kirke”.

4, Madeline Miller, „Achilles. W pułapce przeznaczenia”/„Pieśń o Achillesie” [oba przekłady Urszuli Szczepańskiej] – nowe wydawnictwo, nowe wydanie

Debiutancka powieść Madeline Miller została u nas wydana przez wydawnictwo Burda Publishing Polska pt. „Achilles. W pułapce przeznaczenia”. Tytuł, choć bardzo niefortunny względem oryginału, funkcjonował u nas, póki praw do książki nie kupiło wydawnictwo Albatros (święcące triumfy wydaną u nas „Kirke” tej samej autorki). O ile tłumaczenie pozostało bez zmian, o tyle nowe wydawnictwo podjęło decyzję o zmianie polskiego tytułu na bliższe oryginałowi, które brzmi „Song of Achilles”. I mimo wprowadzonego wątku LGBT, wywołującego spazmy u homofobów, książka odniosła sukces.

Podium otwiera klasyczna powieść science fiction znana u nas zarówno pod filmowym jak i oryginalnie książkowym tytułem.

3, Philip K Dick, „Blade Runner”/„Blade Runner. Czy androidy śnią o elektronicznych owcach” [oba przekłady Sławomira Kędzierskiego]

Dotąd nieprzetłumaczalny u nas tytuł „Blade Runner” funkcjonował u nas ze względu na film Ridleya Scotta (choć ten miał swój przetłumaczony tytuł: „Łowca androidów”). Tyle że powieść Philipa K Dicka ma zupełnie inny tytuł i osobom, które widziały film oryginał mógłby nic nie mówić. Stąd decyzja, by powieść w przekładzie Sławomira Kędzierskiego wydać u nas pod dwoma tytułami: filmowo-książkowym, by wszystko stało się dla nas jasne. Ja tylko czekam, aż nowe wydawnictwo pomyśli o zupełnie nowym wariancie tytułu np. „Łowca androidów. Czy androidy śnią o elektronicznych owcach”.

Czasem zmiana polskiego tłumaczenia tytułu jest konieczna z powodu niezadowolenia czytelników.

2, Jaroslav Hašek, Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny”/„Przygody dobrego wojaka Szwejka czasu wojny[oba przekłady Antoniego Kroha]

Powieść Jaroslava Haška w przekładzie Antoniego Kroha została wydana pod polskim tytułem jako „Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny”. Było to wierne oryginałowi tłumaczenie tytułu, problem pojawił się jednak z przyjęciem ze strony czytelników. Ci bowiem byli przyzwyczajeni do tłumaczenia: „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” dokonany przez Pawła Hulki-Jaskowskiego. Wyjątek zrobił tylko dla określenia „podczas”, które w oryginale brzmiało „za světové války” czyli dosł. „w czasie wojen światowych”, więc tu zmiana musiała zostać dokonana.

Złoto dla najbardziej słusznego przeredagowania polskiego tytułu zagranicznej powieści, który na trwałe zakorzenił się w świadomości czytelników. Tak jak sam przekład książki.

1, John Ronald Reuel Tolkien, „Władca Pierścieni: Wyprawa”/„Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia” [oba przekłady Marii Skibniewskiej]

To chyba najbardziej znany przypadek, gdy przeredagowano polski tytuł, by był bardziej zbliżony do oryginału. Przekład Skibniewskiej, choć wybitny ma wiele mankamentów, które z czasem zniwelowano. W oryginale pierwszy tom „Władcy Pierścieni” nosi tytuł „The Fellowship of the Ring”, a tytułowa „Wyprawa” pojawia się w całym opus magnum Tolkiena. W pewnym sensie można uznać, że za tą decyzją stała premiera filmowej adaptacji funkcjonująca już jako „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia”, jednak mimo kontrowersji ze strony spadkobierców Skibniewskiej była to słuszna decyzja.


To była moja lista książek z różnie przełożonymi tytułami, chociaż za przekłady samych książek odpowiadał ten sam tłumacz. Piszcie w komentarzach, jakie są wasze typy, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.