czwartek, 19 marca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Oscary, Oscary i po Oscarach. Choć tym razem obeszło się bez kontrowersji (no, może z wyjątkiem przedoscarowej wypowiedzi Chalameta o balecie i operze, która to wypowiedź przekreśliła jego szanse na pierwszego Oscara), w historii Amerykańskiej Akademii Filmowej zdarzały się KONTROWERSYJNE WERDYKTY (zwłaszcza W KATEGORII NAJLEPSZY FILM). I to na tych kontrowersyjnych werdyktach się skupimy. Zaczynamy.


8, Oscar 1999 [wygrał „Zakochany Szekspir”, powinien wygrać: „Szeregowiec Ryan”]

Gdy myślimy o filmach, które powinny dostać Oscara za Najlepszy Film, a nie dostały, gala z 1999 roku przychodzi jako pierwsza do głowy. Wówczas w głównej kategorii walczyły aż trzy filmy wojenne, każdy pokazujący wojnę w inaczej: słodko-gorzkie „Życie jest piękne”, liryczna „Cienka, czerwona linia” i brutalnie realistyczny „Szeregowiec Ryan”. A Oscara otrzymała… komediowo-romantyczna wariacja na temat Szekspira i genezy „Romea i Julii”. Film Maddena jest świetny, ale w tym zestawieniu byłby ostatnim tytułem wartym Oscara w głównej kategorii.

Skoro mówimy o kontrowersyjnych werdyktach oscarowych, niemało ich pojawiło się ponad dwadzieścia lat temu, gdy na scenę wkroczył Jack Nicholson.

7, Oscar 2006 [wygrał „Miasto gniewu”, powinien wygrać „Tajemnica Brokeback Mountain”]

Czarnym oscarowym koniem w 2006 r wydawała się „Tajemnica Brokeback Mountain”, gejowski western nakręcony w formie wyciskającego łzy melodramatu. Wygrał za to film „Miasto gniewu”, który łzy też wyciskał, choć nie powinien. Nie od dziś wiadomo o konserwatyzmie Oscarów. Ale brak statuetki dla filmu Anga Lee (a zwłaszcza dla Heatha Ledgera) wydaje się o tyle niesprawiedliwy, gdy przypomnimy sobie laureata w kategorii Najlepszy Aktor 2008 i za jaką kreację dostał wyróżnienie: Sean Penn za główną rolę w filmie „Obywatel Milk”. Gdzie tu konsekwencje, szanowne oscarowe grammy?

Jedno z największych zaskoczeń na Oscarach miało miejsce siedem lat temu, gdy statuetka w głównej kategorii prawie trafiła w ręce Alfonso Cuaróna.

6, Oscar 2019 [wygrał „Green Book”, powinna „Roma”]

Green Book” Petera Farrelly`ego jest świetnym (i dość zaskakującym jak na obleśną filmografię braci Farrellych) filmem. Jednak jego zwycięstwo nie bolałoby tak bardzo, gdyby w oscarowe szranki nie szedł z nim netflixowy film Alfonso Cauróna, który brylował już na Oscarach widowiskową „Grawitacją”. W tej sytuacji oscarowe grammy postawiło na kameralną, opartą na faktach, tragikomiczną historię relacji między białym, a Afroamerykaninem. Sam Cuarón mógł zadowolić się Oscarem w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. I to na naszą niekorzyść…

Rok 1999 zapisze się w pamięci Spielberga jako niejedyny, w którym mógł dostać Oscara za najlepszy film, choć nie dane mu było to zrobić. Jeden z wcześniejszych przypadków miał miejsce na początku lat 80.

5, Oscar 1983 [wygrał „Gandhi”, powinien wygrać: „E.T.”]

Jeden (skądinąd zasłużony) Oscar za muzykę wydaje się jawną niesprawiedliwością, tym bardziej że dla wielu historia przyjaźni chłopca i sieroty, których łączy rozdzielenie z rodziną, to opus magnum Stevena Spielberga. Gdy jednak na gali oscarowej 1983 kolejne wyróżnienia zdobywała biografia hinduskiego przywódcy politycznego z wybitną kreacją Bena Kingsleya, werdykt mógł być tylko jeden. Spielberg musiał chyba szybko obejść się smakiem, skoro zaledwie dziesięć lat później zaproponował reżyserowi „Gandhiego” rolę dr Hammonda w „Parku jurajskim”.

Jednym z najgłośniejszych oscarowych werdyktów był ten z 2018 roku, gdy statuetkę mógł wygrać film o kobiecie walczącej o pamięć córki, a tymczasem wygrał film o kobiecie kochającej… rybę.

4, Oscar 2018 [wygrał „Kształt wody”, powinien wygrać: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”]

Jak Oscara mógł dostać film, w którym kobieta uprawia seks z rybą?”, tak grzmiały głosy po finałowym werdykcie w 2018 r. (zaledwie rok po feralnej kopertowej aferze, gdy Oscara omal nie dostał „La La Land”, choć wyróżnienie należało do „Moonlight”). Wszyscy obstawiali „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, który nagrodzono za główną rolę kobiecą. Tym bardziej że była to era „#Metoo” i film, w którym kobieta bierze sprawy w swoje ręce by dopiec wrednemu facetowi mógł wydawać się manifestem. Tym razem ponad miłość do dziecka wygrała równie wielka miłość do kina.

Na podium uplasowały się trzy najbardziej niesprawiedliwe, najbardziej kontrowersyjne i najbardziej skandaliczne oscarowe wyróżnienia. Najpierw przeniesiemy się do 2011 roku.

3, Oscar 2011 [wygrał „Jak zostać królem?”, powinien wygrać „The Social Network”]

W 2011 r. bój o Oscara w głównej kategorii toczyły dwa filmy opowiadające o władzy: tej monarchicznej i tej internetowej. Choć niżej podpisany nie należał do jego entuzjastów, film Finchera powszechnie był chwalony przez krytyków uważających go za najlepszy film 2010 r. (gdybym robiłbym już wtedy ranking najlepszych filmów – gdybym założył wtedy bloga – postawiłbym na „Incepcję”). Byli tacy, dla których „The Social Network” był filmem wyprzedzającym swoją epokę i pod historią o narodzinach social mediów pokazywał jak się od nich uzależniamy. Oscarowe grammy jednak tego nie kupiło.

Przyszła teraz pora na jedno z najbardziej zastanawiających oscarowych wyróżnień w kategorii Najlepszy Film Roku.

2, Oscar 1942 [wygrał „Zielona dolina”, powinien wygrać „Obywatel Kane”]

Werdykt oscarowego grammy, które do dziś wzbudza falę dyskusji na temat tego, co się wtedy w ogóle odoscarowiło. Arcydzieło Wellesa zapisało się szczerozłotymi zgłoskami w historii kina i na dobre zrewolucjonizowało kino. Liczba pastiszy i parodii jest tak samo długa jak w przypadku chociażby „Pancernika Potiomkina” Siergieja Eisensteina. A czy ktoś w ogóle kojarzy „Zieloną dolinę” z tego samego roku? Choć nazwisko reżysera, Johna Forda, jest powszechnie znane (chociażby z klasycznych westernów z Johnem Waynem), sam film popadł niedługo potem w filmowe odmęty zapomnienia.

A skoro już jesteśmy przy filmach, które za swoją filmową rewolucję powinny otrzymać Oscara, czas na wyróżnienie z gali, która odbyła się w 1995 roku.

1, Oscar 1995 [wygrał „Forrest Gump”, powinien wygrać: „Pulp fiction”]

Polscy złośliwcy powiedzieliby, że oscarowy werdykt 95` to kara za odebranie Złotej Palmy w Cannes Krzysztofowi Kieślowskiemu. Arcydzieło postmordernizmu filmowego dostało w Cannes wyróżnienie za nowatorską realizację i scenariusz (z wymieszanym ciągiem fabularnym). Oscarowa kapituła musiała się, co prawda, poznać na nowatorskim skrypcie (słusznie nagrodzonym statuetką), ale za Film Roku uznano produkcję urzekającą przede wszystkim warstwą technologiczną pozwalającą wepchnąć fikcyjną postać w autentyczne realia. Co, jak na tamte czasy, też było kinową rewolucją.


To była moja lista kontrowersyjnych oscarowych wyróżnień w głównej kategorii. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? I czy zgadzacie się z tegorocznym werdyktem? Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

środa, 18 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. Po dwóch tygodniach pełnych akcji, zapraszam was tym razem na odcinek wypełniony absurdalnym, brytyjskim humorem. Na tapet biorę bowiem kultowy cykl nieodżałowanego sir Terry’ego Pratchetta pt. „ŚWIAT DYSKU”. Zaczynamy.


HISTORIA SERII

Koncepcja Świata Dysku rozwijała się w głowie Pratchetta stopniowo. Mało kto z fanów zwraca na to uwagę, ale pierwszy tom tego wieloksięgu, „Kolor Magii”, jest najmniej reprezentatywny względem dalszych książek. O ile każde późniejsze tomy naśmiewały się z pewnych elementów popkultury, „Kolor Magii” stanowi parodię fantasy wyśmiewającą jego klasyczne motywy i tropy. Poza tym „Kolor Magii”, w przeciwieństwie do późniejszych książek, nie stanowi oddzielnej całości, a fabuła jest kontynuowana w drugim tomie wieloksięgu pt. „Blask fantastyczny”.

Wszystko to jednak zaczęło się zmieniać mniej więcej od tomu „Mort” inaugurującego podcykl o Śmierci. Z czasem seria ewoluowała z czystej parodii w bogate, satyryczne uniwersum, które komentuje współczesny świat, politykę, naukę i kulturę, zachowując przy tym dużą dozę humoru. I choć cały wieloksiąg jest podzielony na kilka podcykli – które w dalszej części tego artykułu będę analizował – Pratchett w wielu wywiadach podkreślał, że można zacząć czytać „Świat Dysku” od dowolnego tomu nie zrażając się tym, że się czegoś nie zrozumie.

Pomimo zdiagnozowania u Terry`ego Pratchetta choroby Alzheimera w grudniu 2007 r., pisarz nie przerwał pracy nad swoim opus magnum. Pisał kolejne tomy przy pomocy specjalnego programu, który przypominał mu o elementach (np. imiona postaci), które pojawiły się w jego wcześniejszych tomach, a do których chciał wrócić. Pisarz przez wiele lat angażował się w walkę na rzecz legalizacji eutanazji, która jest zabroniona w Wielkiej Brytanii. W grudniu 2010 wraz z ekipą BBC nakręcił kontrowersyjny film „Decydując się na śmierć”, o ostatnich chwilach życia nieuleczalnie chorego brytyjskiego milionera Petera Smedleya, który w szwajcarskiej klinice przed kamerami wypił truciznę. Film 13 czerwca 2011 został na Wyspach wyemitowany przez BBC.

Ostatnim dniem, w którym autor cokolwiek napisał, był 5 grudnia 2014 roku, a ostatnim ukończonym tomem „Świata Dysku” była książka „Pasterska korona” z podcyklu o Tiffany Obolałej. Po jego śmierci 12 marca 2015 roku wszystkie nieukończone tomy „Świata Dysku” (m.in. powieść wyśmiewającą skauting) zostały zniszczone.


OMÓWIENIE PODCYKLI

W wieloksięgu „Świat Dysku” możemy wyróżnić kilka podcykli, które teraz pokrótce i po kolei omówię.

Bohaterem pierwszego podcyklu jest czarodziej Rincewind. Jest skrajnie tchórzliwy, a mimo to nieustannie wciągany w niebezpieczne przygody. Kilkakrotnie ratuje Świat Dysku i odgrywa kluczową rolę w powstaniu życia na Ziemi (Nauka Świata Dysku). Poza Rincewindem w podcyklu pojawiają się też inne postaci: Cohen Barbarzyńca, starzejący się bohater starej tradycji fantasy, oderwany od współczesnego świata i wciąż walczący pomimo podeszłego wieku; Dwukwiat, naiwny turysta z Imperium Agatejskiego (inspirowany kulturami Azji Wschodniej, zwłaszcza Japonią i Chinami); oraz Bagaż, magiczny, półświadomy i agresywny, wielonożny gadżet podróżny.

Drugi podcykl opowiada o Czarownicach z Lancre, jednej z krain w Świecie Dysku. Na ich czele stoi Babcia Weatherwax, małomówna, zgorzkniała staruszka gardząca ludźmi, ale pełniąca jednocześnie funkcję uzdrowicielki i obrończyni, ponieważ nikt nie potrafi tego robić lepiej niż ona sama. Jej najbliższą przyjaciółką jest Niania Ogg, wesoła, sympatyczna czarownica o „zwykłym dotyku”, która lubi zapalić papierosa i wypić kufel piwa, a często śpiewa sprośne pieśni ludowe, jak osławiona „Pieśń Jeża”. Obie czarownice przyjmują na uczennice czarownice: najpierw Magrat Garlick, potem (konkretnie od tomu „Maskarada”) Agnes Nitt, a na końcu Tiffany Obolałą, które stają się wprawnymi czarownicami.

Trzeci, najpopularniejszy podcykl, opowiada o Śmierci, postaci będącej w ramach Świata Dysku personą płci męskiej. Śmierć to siedmiostopowy szkielet w czarnej szacie (będący parodią średniowiecznego wyobrażenia śmierci), jadący na bladym koniu o imieniu Piimpuś, pojawia się w każdej powieści z wyjątkiem „Wolnych Ciut Ludzii „Niucha”. Jego dialogi są zawsze pisane kapitalnikami bez cudzysłowu. Kilka postaci twierdzi, że jego głos zdawał się docierać do ich umysłów, nie wydając dźwięku. Śmierć prowadzi dusze z tego świata do następnego. Przez tysiąclecia rozwinęła się w nim fascynacja ludzkością, która zaczęła go chronić. W powieści „Mort adoptował ludzką córkę i przyjął na ucznia. Ostatecznie córka i uczeń mieli córkę, Susan Sto Helit, która odgrywa pierwszoplanowe role w „Muzyce duszy”, „Wiedźmikołaju” i „Złodzieju czasu”.

Czwarty podcykl „Świata Dysku”, i drugi najpopularniejszy, opowiada o Straży Miejskiej Ankh-Morpork. U podstawy stanowi on parodię urban fantasy ukazujący zderzenia świata fantastycznego ze światem nowoczesnym. Koncentrują się na rozwoju Straży Miejskiej Ankh-Morpork, na czele której stoi cyniczny kapitan Vimes, z beznadziejnej, trzyosobowej bandy do w pełni wyposażonej i skutecznej policji. Opowieści te to w dużej mierze policyjne procedury, przedstawiające przestępstwa o silnym wydźwięku politycznym lub społecznym.

W „Świecie Dysku” można również wyróżnić trzy mniejsze podcykle. Pierwszy z nich opowiada o czarodziejach z Niewidzialnego Uniwersytetu i jest poniekąd powiązany z podcyklem o Rincwindzie. Podobnie ma się sprawa z podcyklem o Tiffany Obolałej, który jest powiązany z podcyklem o czarownicach z Lancre. Najmniej powiązany z którymkolwiek innym podcyklem jest trylogia o Moiście von Lipwigu, drobnym oszuście podszywającym się kolejno za: listonosza, bankiera oraz kolejarza.


PODSUMOWANIE

Świat Dysku” nieodżałowanego sir Terry`ego Pratchetta jest sztandarowym przykładem tzw. fantasy comedy, podgatunku fantasy nakierowanego na parodiowanie wybranych schematów w popkulturze. Pisany przez blisko 40 lat, dostarczył zagorzałym wielbicielom (w tym niżej podpisanemu), wiele okazji do śmiechu i dobrej zabawy. Choć wydaje się, że żarty w tego typu podgatunku mogą okazać się nietrafione, Pratchett celnie i z klasą wytykał utarte i nadużywane schematy w książkach, sztukach teatralnych, operach czy nawet w filmach i serialach. Nic zatem dziwnego, że zyskał tylu oddanych fanów, których niewątpliwie dotknęła informacja o jego śmierci w 2015 roku.


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/114/swiat-dysku

poniedziałek, 16 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


PAUL THOMAS ANDERSON : 

NIEPOKORNY TWÓRCA BEZ OSCARA (DO CZASU)


Cześć wszystkim. W nocy z niedzieli na poniedziałek czasu polskiego reżyser Paul Thomas Anderson dopiął swego i zdobył pierwszego w karierze Oscara za reżyserię. Gratulacje i z tej okazji przybliżę wam sylwetkę wczorajszego zdobywcy Oscara. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Paul Thomas Anderson urodził się 26 czerwca 1970 roku w Studio City w Los Angeles. Dorastał w Dolinie San Fernando w rodzinie katolickiej. Miał burzliwe relacje z matką, ale był blisko z ojcem, który zachęcał go do zostania pisarzem lub reżyserem. Uczęszczał do szkół prywatnych, takich jak Buckley School, John Thomas Dye School, Campbell Hall School, Cushing Academy i Montclair College Preparatory School.

Anderson był zaangażowany w produkcję filmową od najmłodszych lat i nigdy nie miał innego planu niż reżyserowanie filmów. Nakręcił swój pierwszy film, gdy miał osiem lat, i zaczął kręcić filmy kamerą wideo Betamax, którą jego ojciec kupił w 1982 roku. Później zaczął używać filmu 8 mm, ale zdał sobie sprawę, że praca z wideo jest łatwiejsza. Jako nastolatek zaczął pisać i eksperymentować z kamerą Bolex 16 mm. Po latach eksperymentowania ze „standardową zawartością”, Anderson napisał i nakręcił swoją pierwszą prawdziwą produkcję jako uczeń ostatniej klasy w Montclair Prep, wykorzystując pieniądze zarobione na czyszczeniu klatek w sklepie zoologicznym. Film był 30-minutowym mockumentem o gwieździe porno, „The Dirk Diggler Story” (1988), która zainspirowała go później do nakręcenia głośnego „Boogie Nights”.

Jego film krótkometrażowy „Cigarettes & Coffee” (1993) z udziałem Philipa Bakera Halla i Miguela Ferrera prezentowany był podczas Sundance Festival Shorts Program. Z kolei dramat kryminalny „SYDNEY” (1996) z Philipem Bakerem Hallem, Johnem C. Reilly’em i Gwyneth Paltrow był nominowany do nagrody na Festival du cinéma américain w Deauville.


KARIERA

Wspomniane „Sydney” było debiutem reżyserskim Paula Thomasa Andersona. Prawdziwy rozgłos przyszedł jednak później, kiedy reżyser nakręcił, również wcześniej wspomniane, „BOOGIE NIGHTS” z Markiem Wahlbergiem w roli gwiazdy kina porno. Sukcesem był również film „MAGNOLIA” z Julianne Moore i Tomem Cruisem. 

Na początku XXI wieku Anderson nakręcił najbardziej nietypowy film w swoim dorobku: komedię romantyczną „Lewy sercowy” z jeszcze bardziej nietypową rolą Adama Sandlera, zwyczajowo grającego w swoich filmach sympatyczne niezdary. Wielkim triumfem i powrotem do formy okazał się epicki western „AŻ POLEJE SIĘ KREW” z wybitną, nominowaną do Oscara, rolą Daniela Day-Lewisa jako XIX-wiecznego nafciarza (sam film otrzymał Oscara właśnie w tej kategorii, a także za zdjęcia).


STYL

Paul Thomas Anderson jest uznawany za jednego z najlepszych filmowców XX i XXI wieku, jednak mało który film w jego reżyserii (nie mówiąc już o nim samym, wielokrotnie nominowanym za najlepszą reżyserię) miał szansę zdobyć statuetkę w głównej kategorii oscarowej. Jego filmy, choć niepozbawione epickości (większość z nich trwają po trzy godziny) są znane z surowości, która nie zawsze przypadała do gustu oscarowej grammy. Poza tym filmy Andersona zwykle mówią o dość głośnych rzeczach, jak branża porno („Boogie Nights”), czy XIX-wieczna mentalność („Aż poleje się krew”). A to, pomimo znakomitej reżyserii, nie wszystkim musi się podobać.


REŻYSER BEZ OSCARA NA KONCIE

Nic więc dziwnego, że pomimo nominacji do Oscarów, Andersonowi nigdy statuetki nie przyznano. Tak było przy realizacji wielowymiarowego „MISTRZA” z Joaquinem Phoenixem i Philipem Seymourem Hoffmanem, tak było przy „WADZIE UKRYTEJ” (pierwsze podejście Andersona do twórczości Thomasa Pynchona), a także „NICI WIDMO”, która miała być ostatnim filmem z udziałem Daniela Day-Lewisa (miała być, ale aktor ma zagrać w kolejnym filmie - tym razem w reżyserii swojego syna).

Sytuacja poniekąd zaczęła się zmieniać przy realizacji kolejnego filmu Paula Thomasa Andersona. Po nakręceniu krótkometrażówki „Anima”, reżyser nakręcił bowiem film „LICORICE PIZZA”, która była powiewem świeżości w jego twórczości. Film w sposób nostalgiczny opowiadał historię miłosną między dwoma nastolatkami. Przede wszystkim Anderson zerwał ze swoim klasycznym, przyciężkim stylem. Mimo tej zmiany w swoim stylu, nie przełożyło się to na zdobycie statuetki za reżyserię. Film nie był również zbyt dużym sukcesem w kinie, choć krytycy i tak byli wobec niego przychylni. 

Tak było jednak do momentu realizacji swojego najnowszego dzieła. W tym celu Paul Thomas Anderson po raz kolejny sięgnął po twórczość Thomasa Pynchona - tym razem po krytyczni-satyryczne „Vineland”, który pokazywał obraz Ameryki za prezydentury Reagana - by po swojemu pokazać Amerykę za prezydentury Donalda Trumpa. „JEDNA BITWA PO DRUGIEJ” okazała się jeszcze większym sukcesem, który przekuł się na sześć Oscarów (w tym za najlepszą reżyserię) na trzynaście nominacji.



Za co warto docenić Paula Thomasa Andersona? Reżyser nie unika mocnych, kontrowersyjnych tematów (co nie wszystkim musi się podobać), co czyni z niego jednego z najlepszych filmowców przełomu XX i XXI wieku. Warto również docenić w jego filmach epicki oddech (większość jego filmów trwa nawet po trzy godziny).


link: https://www.filmweb.pl/person/Paul+Thomas+Anderson-10263 


PAUL THOMAS ANDERSON Z PIERWSZYM OSCAREM!

"JEDNA BITWA PO DRUGIEJ" ZWYCIĘZCĄ GALI, A "WIELKI MARTY" PRZEGRANYM.


Marcin Klimczuk.


Znamy laureatów wczorajszej oscarowej gali wręczania nagród filmowych. Zwycięzcami zostali zarówno "Jedna bitwa po drugiej" jak i "Grzesznicy". Pierwszy z tych filmów, na 13 nominacji, zgarnął sześć Oscarów, w tym za Najlepszy Film Roku, a także za Reżyserię (jest to pierwszy Oscar dla Paula Thomasa Andersona). Z kolei drugi z tych filmów, na rekordowe 16 nominacji, zgarnął tylko cztery statuetki, w tym za scenariusz i główną rolę męską. Wielkim (nomen omen) przegranym okazał się za to film "Wielki Marty", który na 9 nominacji nie dostał żadnej statuetki.

Na gali pojawił się również polski akcent: w kategorii najlepszy krótkometrażowy film Oscara dostał "The Girl Who Crying Pearls" współprodukowany przez Macieja Szczerbowskiego.

Niżej zamieszczam link z informacją o Oscarach i listą laureatów. Wszystkim laureatom gratulujemy:

https://www.filmweb.pl/news/Oscary+2026%253A+%2522Jedna+bitwa+po+drugiej%2522+tryumfuje.+Poznaj+pe%C5%82n%C4%85+list%C4%99+laureat%C3%B3w-165632

niedziela, 15 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „PROGRAM W ODCINKACH”


Cześć wszystkim. Przed wami trzeci tegoroczny odcinek „Programu w odcinkach”. Z tej okazji zapraszam wszystkich na pokład pirackiego statku, gdzie obierzemy kurs na niebezpieczny Grand Line. Posłuchajcie moich wrażeń po obejrzeniu długo wyczekiwanego drugiego sezonu aktorskiej wersji „ONE PIECE’A”. Zaczynamy.


ONE PIECE : INTO THE GRAND LINE” *****


twórcy: Matt Owens & Joe Tracz

obsada: Inaki Godoy, Emily Rudd, Mackenyu, Jacob Romero, Taz Skylar, Charithra Chandran, Callum Kerr, Julia Rehwald, Katey Segal, Mikaela Hoover, Mark Harelik, Brendan Murray, Werner Coester, Rob Colletti, Lera Abova


Zwykle gdy mówimy o produkcjach Netflixa, szczególnie tych adaptujących materiały źródłowe, częściej padają gorzkie słowa, niż komplementy (fani „Wiedźmina”, łączymy się w bólu…). Zwykle gdy mówimy o aktorskich adaptacjach mang i anime, częściej padają słowa o upraszczaniu materiału źródłowego (fani „Ghost in the Shell” łączymy się w bólu), lub dorzucaniu absurdalnych rozwiązań fabularnych (fani „Dragonball”, łączymy się w bólu…). Dlatego gdy Netflix zaczął pracę nad aktorską wersją „One Piece’a” - mangi uznawanej za nieadaptacyjną z powodu ogromu wątków i abstrakcyjnego humoru - nawet najwierniejsi fani przyjmowali to z politowaniem. Tymczasem „One Piece” w wersji live action stał się ogromnym przebojem i tylko kwestią czasu było, kiedy powstanie drugi sezon (i to pomimo odbywającego się w międzyczasie strajku scenarzystów).  


FABUŁA

Grand Line wita wszystkich was, zapewniając moc atrakcji. W programie wycieczkowym mamy Reverse Mountain okupowaną przez wieloryba Laboona, westernową Whiskey Peak zamieszkaną przez wielbiących piratów mieszkańców, Little Garden z dwoma walczącymi od stulecia olbrzymami, wreszcie: mroźne Drum Island zamieszkaną przez Dr Kurehę i jej tajemniczego pomagiera. Naszymi przewodnikami niezmiennie pozostaną załoganci Monkey D. Luffy’ego, po których piętach depczą tym razem członkowie organizacji Baroque Works.


OCENA

Rok 2026 niewątpliwie należy do „One Piece’a”. W styczniu zakończono adaptację storyarcu „Egghead” (tym samym anime przeszło w tryb sezonowy, a nowy storyarc - „Elbaph” - zadebiutuje na początku kwietnia; co, w sumie, jest o tyle zabawne, bo dla Amerykanów „One Piece” od początku jest podzielony na sezony i liczy ich - bagatelka - 25). Nim jednak postawimy stopę na wyspie olbrzymów, otrzymaliśmy z dawna wyczekiwany drugi sezon aktorskiego „One Piece’a” adoptujący pierwsze storyarci obszernej sagi „Alabasta”). Tym samym Netflix znów dowiózł, wprawiając w osłupienie zarówno sceptyków w kwestii adaptowania mang i anime jak i antyfanów samej platformy wytykających jej promowanie wątków LGBT.

Podobnie jak poprzednio, ostatnie zdanie zależało od autora mangi, Eiichirō Ody, który decydował, co ma zostać, co usunąć; co uprościć, a czego nie. W efekcie sezon drugi z dodanym podtytułem „Into the Grand Line” utrzymał poziom swojego poprzednika, a chwilami nawet go przebił. Ma o wiele szybsze tempo niż w pierwszym sezonie i bardziej dopracowane sceny walk. Showrunnerzy - Steve’a Maedę zastąpił tu Joe Tracz, co nie zaniżyło poziomu produkcji - dorzucają tu easter eggi odnoszące się do poźniejszych sag: postaci (poznajemy m.in. Bartolomeo i Brooka), historie (dostajemy zalążek backstory Sanji’ego ze storyarcu „Whole Cake Island”) czy artefakty. Wszystko by późniejsze historie uprościć, a dla poźniejszych bohaterów wylać odpowiedni fundament. Podobnie też jak w poprzednim sezonie, z innych postaci albo rezygnują albo przedwcześnie je uśmiercają. Z kolei te, które występują, mają albo bardziej rozbudowany wątek niż w anime (Stoker i Tashigi), albo są bardziej poprawione. To drugie najlepiej widać na przykładzie Wapola, który w mandze i anime był przeraźliwie irytujący (nie mówiąc już o tym, że zjedzony przez niego Diabelski Owoc miał turbo absurdalną moc, nawet w ramach „One Piece’a), a tu nabrał większej głębi i autentycznie przerażał swoim charakterem. Z kolei realizatorzy znacznie lepiej oddają charakter backstories niż miało to miejsce w anime: historia Choppera w tej wersji złamie serca o wiele bardziej niż w adaptacji od Toei Animation. Widać więc w dalszym ciągu, ile włożono serca w adaptowany materiał źródłowy i jak godną podziwu postawę przyjął jej autor - nie to, co w przypadku takiego Sapkowskiemu, który adaptatorom „Wiedźmina” dał zbyt wolną rękę, bo najwyraźniej bardziej mu zależało na dolarach.

Dotychczasowa obsada jak zwykle spisuje się świetnie, a nowo nabyci aktorzy wiernie dotrzymują im kroku. Szczególne wrażenie robi Smoker, kapitan marynarki i użytkownik Diabelskiego Owocu o dymnej mocy. Patrząc na grającego go Calluma Kerra odniosłem wrażenie, że lepiej pasowałby na następcę Henry’ego Cavilla w roli Geralta niż Liam Hemsworth. Były, oczywiście, kontrowersje castingowe, czepiano się koloru skóry Charithry Chandrany i narodowości Lery Abovy oraz tego, że Julia Rehwald w roli Tashigi za bardzo przypomina Velmę ze „Scooby-Doo”. Nie mają jednak znaczenia, bo Oda bronił tych decyzji, uzasadniając np wybór Chandrany i Abovy stwierdzeniem, że gdyby „One Piece” rozgrywałyby się w realnym świecie, Vivi pochodziłaby z kraju arabskiego, a Nico Robin z Rosji.

Oddzielny akapit należy się Dr Kurehy. Początkowo w postać tą miała wcielić się Jamie Lee Curtis, prywatnie fanka zarówno mangi „One Piece” jak i adaptacji anime. Musiała jednak zrezygnować z roli, a jej miejsce zajęła Katey Segal (dla niezorientowanych: Peggy Bundy z sitcomu „Świat według Bundych”). Nie wiem jaki ma stosunek do mang i anime, ale słynną Doktorinę zagrała na tyle przekonująco, że Curtis powinna żałować, że zrezygnowała z roli w adaptacji anime za którą odpowiada ekipa szanująca materiał źródłowy na rzecz kuriozalnej adaptacji gry „Borderlands”, która za namową wytwórni filmowej z ultra brutalnego materiału źródłowego zrobiła przygodówkę typu family frendly (co skończyło się nie lada klapą finansową 2025 roku).

Pojawiły się również zarzuty co do słabszych efektów specjalnych i tu jestem skłonny się zgodzić. Rozciąganie się Luffy’ego nadal robi wrażenie, Chopper w wersji podstawowej jest (że użyję japońskiego sformułowania) kawaii, ale poza tym CGI wypada zaskakująco sztucznie. Trudno dać wiarę, że showrunnerzy potrzebowali większego budżetu by bardziej zagłębić się w przedstawiony świat (chyba, że postanowili go spożytkować na sezon trzeci adaptujący storyarc „Alabasta” - jeśli ktoś to zauważył, w podróży Słomkowych nie bierze udział pewna urocza kaczuszka…). Jeszcze charakteryzacja wypada bardzo dobrze (choć złośliwcy prawdopodobnie przyrównaliby Choppera w formie reniferoludzkiej do Chubacci z „Gwiezdnych Wojen”). Miejmy nadzieję, CGI wypadnie lepiej w przyszłorocznym sezonie trzecim.

Tak jak można mieć nadzieję, że włodarze Netflixa będą w dalszym ciągu słuchać się wytycznych Eiichirō Ody i będą dostarczać widzom nieznającym ani anime, ani mangi w miarę przystępną adaptację, która jednocześnie odda klimat i charakter materiału źródłowego. Cieszmy więc z tego, co mamy, bo nie wiadomo jak długo będzie to trwać (oby jak najdłużej, a najlepiej do samego końca).

sobota, 14 marca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Zagłębmy się w lata 80, by posłuchać historii i analizy piosenki F. R. Davida pt. „WORDS”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Words” to utwór skomponowany i zaśpiewany w 1981 r. przez francusko-tunezyjskiego piosenkarza i tekściarza F. R. Davida. Tekst do piosenki napisali jednak w tym przypadku Martin Kupersmith i Louis S. Yaguda. W momencie nagrywania, David miał kłopoty finansowe, więc za radą swojego agenta napisał piosenkę taneczną z nadzieją na większy sukces w rozgłośniach radiowych.

Prace nad piosenką rozpoczęły się po odbytej trasie koncertowej F. R. Davida, która miała miejsce w Stanach Zjednoczonych. W tym okresie piosenkarz współpracował także z takimi zespołami jak Toto. Utwór Wordsnagrano zimą 1981 roku, początkowo przy użyciu syntezatorów, gdyż David zapomniał gitary elektrycznej przed wyjazdem do studia nagraniowego.

Chociaż piosenka stała się wielkim przebojem, kolejne utwory F. R. Davida już jej nie powtórzyły. F.R. David powrócił na niektóre listy przebojów dopiero w 1986 roku za sprawą singla "Sahara Night". Tym samym utwór „Words” stał się przekleństwem artysty, który dał się zaszufladkować do kategorii gwiazdy jednego przeboju.


ANALIZA

Kompozycja Davida opowiada o trudach relacji międzyludzkich. Jak podkreśla podmiot liryczny, „słowa nie przychodzą łatwo”. Oznacza to, że trudno jest ubrać słowa w emocje, które najczęściej górują nad komunikacją werbalną. Bardzo często zdarzają się sytuacje, gdy ktoś nie zwraca uwagi na to, co kto mówi, tylko na to, kto jak mówi. Dlatego dla lepszej komunikacji lepiej jest spuścić z tonu i mówić spokojniejszym tonem.

Słowa nie przychodzą łatwo w wielu emocjonalnych sytuacjach. Nawet wtedy gdy jedna osoba wyznaje drugiej miłość. Podmiot liryczny wychodzi z założenia, że lepszym nośnikiem emocji okazuje się muzyka, która potrafi wyrazić więcej niż tysiąc słów. W ten sposób „Words” staje się utworem z prostym przekazem o chęci bycia z drugą połówką, pomimo problemów z komunikacją.


PREMIERA I SUKCES

Piosenka stała się wielkim europejskim hitem, osiągając pierwsze miejsce na listach przebojów w wielu krajach europejskich, w tym: W Niemczech Zachodnich, Szwajcarii, Hiszpanii, Włoszech, Szwecji, Austrii, Danii, Irlandii, Belgii oraz Norwegii. Na początku 1983 r. osiągnęła drugie miejsce na brytyjskiej liście hitów, a pod koniec 1982 r. osiągnęła pierwsze miejsce w Republice Południowej Afryki, spędzając 25 tygodni na listach przebojów, stając się ostatecznie najpopularniejszym hitem na liście przebojów kończących rok w tym kraju. Z kolei w Australii singiel osiągnął 12. miejsce i spędził 41 tygodni w pierwszej setce w dwóch seriach przebojów w 1983 i na początku 1984 r.


link: https://youtu.be/PTsSk0r_Tq8?si=c4fhMKMF2oZ7Eh1v


F. R. David


SŁOWA”

tytuł oryg. „Words”


Słowa nie przychodzą mi łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zobaczyła, że cię kocham?
Słowa nie przychodzą mi łatwo

Słowa nie przychodzą mi łatwo
To jedyny sposób, żebym powiedział, że cię kocham
Słowa nie przychodzą mi łatwo

Cóż, jestem tylko muzykiem
Melodia jest jak dotąd moim najlepszym przyjacielem
Ale moje słowa wołają źle
A ja, ja, otwieram przed tobą moje serce i
Mam nadzieję, że uwierzysz, że to prawda, ponieważ

Słowa nie przychodzą mi łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zobaczyła, że cię kocham?
Słowa nie przychodzą mi łatwo

To tylko prosta piosenka
Którą sama dla ciebie stworzyłam
Nie ma ukrytego znaczenia, wiesz, kiedy ja
Kiedy mówię, że cię kocham, kochanie
Proszę, uwierz, że naprawdę tak jest, ponieważ

Słowa nie przychodzą mi łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zobaczyła, że cię kocham?

Słowa nie przychodzą łatwo

To nie jest łatwe, słowa nie przychodzą łatwo
Słowa nie przychodzą łatwo
Jak mogę znaleźć sposób, żebyś zrozumiał, że cię kocham?
Słowa nie przychodzą łatwo

Nie przychodzą łatwo
To jedyny sposób, żebym powiedział, że cię kocham
Słowa nie przychodzą łatwo
Słowa nie przychodzą łatwo


ZNAMY LAUREATÓW ZŁOTYCH MALIN 2026.

"WOJNA ŚWIATÓW" Z ICE CUBEM NAJGORSZYM FILMEM.


Marcin Klimczuk.


W nocy z piątku na sobotę czasu polskiego przyznano tegoroczne Złote Maliny, nagrody dla najgorszych filmów mijającego roku. Główna (anty)nagroda, wbrew przewidywaniom, nie powędrowała do "Śnieżki" (aktorskiego remake`u filmu Disneya sprzed 90 lat), lecz do produkcji Amazon Prime Video "Wojna światów". Wcielający się tam w główną rolę Ice Cube został, z kolei, laureatem Złotej Maliny w kategorii Najgorszy Aktor. W sumie "adaptacja" powieści H. G. Wellsa zdobyła pięć Złotych Malin. Z kolei "Śnieżka" dostała Złote Maliny w kategoriach (jeśli można tak to ująć) technicznych, bo otrzymali je głównie krasnoludki. 

Niżej zamieszczam link z newesem o laureatach Złotych Malin z listą "wyróżnionych". Wszystkim nagrodzonym serdecznie "gratulujemy":

https://www.filmweb.pl/news/Z%C5%82ote+Maliny+2026%3A+%22Wojna+%C5%9Bwiat%C3%B3w%22+najgorszym+filmem.+Ice+Cube+najgorszym+re%C5%BCyserem.+%22%C5%9Anie%C5%BCka%22+dosta%C5%82a+2+statuetki-165618