czwartek, 25 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Kończy się czerwiec, za moment zakończenie roku szkolnego. Czas pomyśleć o urlopie, lub wakacjach z rodziną. By ułatwić wam rozwiązanie problemu, przychodzę do was z pomocą, oferując wam rezerwacje w ośmiu FILMOWYCH HOTELACH. Biuletyny przygotowane, możemy więc zaczynać.


8, The Plaza Hotel New York [„Kevin sam w Nowym Jorku”, reż. Chris Columbus] 

Na początek zaoferować mogę wam nowojorski hotel, gdzie zarezerwował się Kevin McCullister po tym jak w czasie pośpiechu nieopatrznie wsiadł do innego samolotu niż jego rodzice. Jeśli chcecie spędzić w nim czas, macie do dyspozycji np. ogromny basen. Problemem będzie tylko ówczesny właściciel, który aktualnie bezcześci Biały Dom. Hotel należał bowiem do Donalda Trumpa, który dał zgodę na kręcenie zdjęć pod warunkiem, że sam zagra epizod. Ekipa pewnie pytała go o doświadczenia aktorskie, a Trump ze swoim narcystycznym uśmiechem zapewniał, że da sobie radę. 


Hotele potrafią być świadkami nawet najbardziej dramatycznych sytuacji, zwłaszcza w czyjejś rodzinie. Kto wie, co takiego mogą skrywać mury hotelu New Hampshire.


7, Hotel New Hampshire [„Hotel New Hampshire”, reż. Tony Richardson]

Adaptacja powieści Johna Irvinga to na pierwszy rzut oka jedna z wielu sag rodzinnych. Irving pokazał jednak, że rodzinny dramat w równym stopniu może się rozegrać w domu rodzinnym, jak i w prowadzonym przez rodzinę hotelu. Nieszczęścia towarzyszą bowiem Berrym od chwili otwarcia hotelu, kiedy to nagle umiera nestor rodziny, a najmłodsza członkini (grana przez młodziutką Jodie Foster) zostaje zgwałcona. Gdy nadchodzi list zapraszający do Wiednia, by tam wspólnie prowadzić hotel, rodzina decyduje się na wyjazd. Mimo to ból przebyty w hotelu pozostaje.


Urok filmowych hoteli polega jednak na tym, że można je odwiedzić w realu. I nie, nie chodzi mi o to, że można sobie pozwiedzać scenografię. Zdarza się, że one istnieją naprawdę. Np w Tokio.


6, Park Hyatt Tokio [„Między słowami”, reż. Sofia Coppola]

Omawiany tu hotel jest jedyny w swoim rodzaju. Nie tylko dlatego, bo istnieje naprawdę. Obejmujący górne 14 z 52 pięter budynku w centrum Shinjuku obiekt z lat 90 wciąż zachwyca nowoczesną architekturą. Główną atrakcją jest tutaj New York Bar and Grill na najwyższym piętrze, gdzie bohaterowie (grani przez Billa Murraya i Scarlett Johansson) spotykali się na whisky. Klasyk Sofii Coppoli dodaje tokijskiemu hotelowi także melancholijnego romantyzmu, wartego wysokiego rachunku. A i widok z najwyższych pięter jest naprawdę spektakularny.


Jak przystało na agenta Jej Królewskiej Mości, James Bond w byle spelunce rezerwować się nie będzie. Spośród bogatego hotelowego zaplecza, wybrałem czeski Grandhotel Pupp. 


5, Grandhotel Pupp [„Casino Royale”, reż. Martin Campbell]

Chociaż lwia akcja filmu rozgrywa się w zupełnie innym miejscu, czeski hotel z powodzeniem odgrywał czarnogórski hotel wewnątrz którego rozgrywała się partyjka pokera. Trzeba bowiem przyznać, że gdy filmowcy wybierają hotele do scenografii filmów o Jamesie Bondzie, mają bardzo specyficzne wymagania, które spełniają nieliczne obiekty. Grunt, że wybranie tak luksusowego hotelu pozwoliło na ulokowanie w nim morderczego pokerowego starcia, po którym rozgoryczony Bond zamawiał wódkę z martini, nie dbając (jeszcze) czy ma być wstrząśnięte czy zmieszane.


By nie było, że zupełnie o dzieciakach zapomniałem, zapraszam do pewnego uroczego zakątka prowadzonego przez słynnego wampira. Podwoje otworzy teraz przed wami hotel Transylwania.


4, hotel Transylwania [„Hotel Transylwania”, reż. Genny Tartakowsky]

Hotel prowadzony przez hrabiego Draculę może przywodzić na myśl karczmę z cyklu Marcina Mortki „Drużyna do zadań specjalnych”: rezyduje go nie tylko Dracula, ale też jego starzy znajomi inspirowani klasycznymi horrorami Universalu: Monstrum Frankensteina, Niewidzialny Człowiek, Mumia i Wilkołak. Tartakowsky z humorem znanym z jego słynnych seriali (na czele ze świetnym „Laboratorium Dextera”) wprowadza tu chaos, w trakcie którego nikomu nie powinno się nudzić. Nawet jeśli przy okazji czwartej części trochę się już nam zasiedziało… 


Podium otwiera jeden z najbardziej ikonicznych hoteli w popkulturze, prowadzony przez pewnego podejrzanego właściciela. 


3, Bates Motel [„Psychoza”, reż. Alfred Hitchcock]

Trudno o bardziej szemrane miejsce na tej liście (chyba że mówimy o jakiejś spelunce z kryminału noir). Bates Motel swoim wyglądem, przywodzącym na myśl obraz „Dom przy torach” Edwarda Hoppera, mógłby napędzić stracha niejednej osobie. I to nic, że właściciel motelu, Norman Bates, sprawia wrażenie sympatycznego młodzieńca - wystarczyło raz wziąć prysznic, by już nie wyjść stamtąd żywym. Bates Motel straszył skutecznie w dwóch pierwszych częściach, jednak (podobnie jak w przypadku „Hotelu Transylwania”) w pewnym momencie lepiej było w porę zawrócić.


Gdy mówimy o hotelach z przepychem, tylko jedno miasto przychodzi nam do głowy: ociekający kiczem Las Vegas. Dlatego srebro przypadło w udziale niejednemu znajdującemu się tam hotelowi.


2, The Bellagio [„Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra”, reż. Steven Soderbergh]/Caesars Palace [„Kac Vegas”, reż. Todd Philips]

Na upartego mógłbym tu jeszcze wymienić Fontainebleau Miami Beach, w którym rezerwował swój pokój Tony „Scarface” Montana, ale ostatecznie padło na hotelowe skupisko w Las Vegas. W końcu, co by nie mówić o filmowcach, umieli oddać kiczowatą aurę tego miasta. Na tle hotelowych korytarzy bohaterowie filmu Soderbergha obmyślali plan okradzenia pobliskich kasyn, a z kolei w komedii Todda Philipsa paczka przyjaciół wizytując Caesars Palace spotkała na swojej drodze samego Mike’a Tysona zasłuchanego w „In the air tonight” Phila Collinsa (powinszować gustu).


Choć filmowe „Lśnienie” mocno odstaje od książkowego pierwowzoru, trudno o bardziej pamiętny hotel w popkulturze, niż słynny Overlook, w którym rozgrywa się akcja.


1, hotel Overlook [„Lśnienie”, reż. Stanley Kubrick]

Malowniczo położy hotel ma do zaoferowania wiele atrakcji: duchy balujących gości, dwie upiorne bliźniaczki zachęcające do zabawy, czy jedną starszą, rozkładającą się, kobietę. A na deser opętany facet gotowy porąbać żonę i syna na kawałki. Jeśli ktoś nie jest przekonany, że hotel Overlook to idealna miejscówka na wakacje (bynajmniej nie z powodu umiejscowienia akcji książki Kinga w okresie zimowym), to co powiecie na to, że pierwowzorem upiornego hotelu był (ponoć nawiedzony) hotel Stanley, gdzie King spędził jedną noc.



To był mój ranking popkulturowych hoteli. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje propozycje, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć. I przebojowej nocy życzę. 

środa, 24 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. Tym razem wybierzemy się w przestrzeń kosmiczną, by zapoznać się z historią jednej z najsłynniejszych, ale i najtrudniejszych serii science fantasy w historii tego podgatunku: „KSIĘGI NOWEGO SŁOŃCA” Gene’a Wolfe`a.


KILKA SŁÓW O SERII

Cykl „Księga Nowego Słońca” należy do jednej z najsłynniejszych w dorobku Gene`a Wolfe`a. Autor pisząc ją, pozostał w wyraźnym duchu twórczości Jacka Vance`a, który dla fantastyki naukowej powołał nowy podgatunek science fiction – dying earth (umierająca ziemia) – będący specyfiką odmianą postapokaliptycznego nurtu fantastyki naukowej. U Wolfe`a można znaleźć pewne elementy podpadające pod postapokalipsę i motyw umierającej ziemi, jednak w przeciwieństwie do dzieł Vance`a, twórczość Wolfe`a jest zdecydowanie o wiele trudniejsza.

W latach, w których ukazała się „Księga Nowego Słońca”, Wolfe opublikował dwa opowiadania z niej osobno: „Historia Foili: Córka Armigera” (jedno z prac konkursowych w szpitalu Pelerin) oraz „Opowieść o studencie i jego synu” (jedno z dwóch opowiadań, które Severian reprodukuje z książki, którą otrzymał dla Thecli, gdy była uwięziona).
Krótko po „Cytadeli Autarchy”, Wolfe opublikował „Zamek Wydry”, zbiór esejów o „Księdze Nowego Słońca”, zawierający kilka elementów fikcyjnych, takich jak żarty opowiadane przez niektórych bohaterów.

Po oryginalnej, czterotomowej powieści, Wolfe napisał powieść często nazywaną kodą, „Urth Nowego Słońca” (1987). Napisał również trzy opowiadania: „Mapa”, „Kot” i „Imperium Liści i Kwiatów”, które są ściśle związane z „Księgą Nowego Słońca”.

Później napisał dwie serie książek, których akcja rozgrywa się w uniwersum Severiana. Internetowa baza danych literatury spekulatywnej kataloguje je jako „Cykl słoneczny”, obejmujący krótkie dzieła i trzy podserie. Dwie późniejsze podserie to „Księga długiego słońca” (1993–1996, cztery tomy) i „Księga krótkiego słońca” (1999–2001, trzy tomy). Dwie z książek z cyklu „Długie słońce” były nominowane do nagród Nebula.


OMÓWIENIE TOMÓW

W pierwszym tomie cyklu pt. „Cień Kata”, główny bohater – Severian - przygotowuje się do fachu kata, lecz zakochuje się w uwięzionej kobiecie i łamie dla niej obowiązujące katów zasady. Zostaje za to wygnany z konfraterni i wysłany do odległej prowincji. Zabiera tylko katowski miecz, maskę i czarny płaszcz przynależny znienawidzonej profesji. Droga, którą ma pokonać, okazuje się trudniejsza i bardziej zawikłana, niż sobie wyobrażał. Młody czeladnik błądzi jak w labiryncie w ponurym, pełnym okrucieństwa świecie, ale nieuchronnie zmierza ku przeznaczeniu.

W drugim tomie, „Pazurze Łagodziciela”, skazaniec Severian przed dotarciem do Thraxu, musi odnaleźć tytułowy klejnot, Pazur Łagodziciela. Prześladowany przez okrutne wspomnienia i straszne wizje nie wie, czy zawdzięcza je swej absolutnej pamięci czy ogarniającemu świat mrokowi. Zawraca z obranej drogi, aby zwrócić skradziony klejnot, Pazur Łagodziciela, który przypadkiem znalazł się w jego posiadaniu. Zaatakowany przez dziwne istoty odkrywa, że klejnot nie tylko emanuje błękitnym blaskiem, ale ma też niesamowitą, magiczną moc.

Oba tomy zostały po latach wznowione w omnibusie zatytułowanym „Cień i Pazur” przez wydawnictwo Mag.

Trzeci tom, „Miecz Liktora”, opowiada o tym jak Severian dociera do Thraxu. Obejmuje stanowisko liktora i sumiennie wypełnia obowiązki strzegąc więźniów i ścinając skazańców. Mimo poszukiwań nie zdołał zwrócić Pazura Łagodziciela – klejnot o uzdrawiającej mocy zaczyna mu ciążyć, odbierając spokój i sen. Severian wyczuwa coraz bardziej mrok gromadzący się nad światem, zaczyna wątpić w swoje powołanie, aż wreszcie wbrew rozkazowi archonta daruje życie kobiecie skazanej na uduszenie. Musi uciekać z Thraxu i udaje się na północ, w góry zamieszkane przez istoty, które odrzuciły człowieczeństwo. Rozpoczyna niebezpieczną podróż, która wyjaśni wiele kłębiących się wokół niego tajemnic.

Czwarty tom zatytułowany jest „Cytadela Autarchy”. Severian zmierza na północ z zamiarem oddania Pazura pelerynom, mimo że klejnot został strzaskany. W trakcie podróży zostaje żołnierzem, sługą Peleryn oraz jeńcem Agii i Vodalusa. Spotyka po raz ostatni Autarchę Wspólnoty i staje się nim. Powraca do Cytadeli i zrozumiawszy kim jest Dorcas, odnajduje jej syna i zabiera go do niej. Wybiera Valerię na swoją żonę i zasiadłszy na tronie Wspólnoty spisuje historię swej podróży - Księgę Nowego Słońca.

Także te tomy po latach wznowiono w postaci omnibusu, tym razem noszącego tytuł „Miecz i Cytadela”.

Po pięciu latach, w 1987 r., Gene Wolfe powrócił do cyklu dopisując piąty tom, którego tytuł brzmi „Urth Nowego Słońca”. Severian wyrusza w podróż na Yesod, do źródła swej mocy. Podróżując w czasie i przestrzeni spina swe niekończące się życie klamrą i wypełnia przeznaczenie, by wreszcie zobaczyć Urth Nowego Słońca.


PODSUMOWANIE

Cykl „Księga Nowego Słońca” należy do najsłynniejszych, ale również najtrudniejszych w dorobku Gene`a Wolfe`a i istnieje duże prawdopodobieństwo, że niejeden czytelnik – nawet gustujący w fantastyce – mógłby się od niej odbić (zapoznawanie się z twórczością science fiction Jacka Vance`a na niewiele się przyda). Mimo to warto spróbować, by móc się przekonać jak niesamowitą wyobraźnię Wolfe posiada.


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/1637/ksiega-nowego-slonca

wtorek, 23 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. W kolejną muzyczną podróż w czasie cofiemy się do roztańczonych lat 80, by zapoznać się z historią debiutanckiego albumu Bad Boys Blue „HOT GIRLS, BAD BOYS”. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Eurodance`owy zespół Bad Boys Blue został założony w 1984 roku w Kolonii. Początek zespołu zaczął się gdy założyciele wytwórni Coconut Records - Tony Hendrik i jego żona, Karin van Haaren (vel Karin Hartmann) - postanowili stworzyć nowy muzyczny projekt, którego członkowie początkowo mięli pochodzić z Anglii, jednak finalnie znaleziono ich w Kolonii.

Grupa wydała swój debiutancki singiel „LOVE In My Car” w 1984 r. Wokal prowadzący wykonał Andrew Thomas. Album odniósł pewien sukces w dyskotekach i klubach, ale nie wszedł na listy przebojów. Był to pierwszy i ostatni utwór singla wykonany przez Andrew; producenci zdecydowali, że Trevor Taylor będzie wykonywał wokal prowadzący w kolejnych utworach. Prawdziwy sukces tria przyszedł dopiero w 1985 roku, kiedy kolejny singiel „You`re A Woman” wywołał prawdziwą sensację w wielu krajach europejskich, od razu wchodząc do pierwszej dziesiątki najlepszych piosenek. W tym samym roku ukazał się ich pierwszy album studyjny „Hot Girls, Bad Boys”.

Zespół zyskał popularność w Europie Wschodniej i Afryce Południowej, a zwłaszcza w Rosji i na Ukrainie, gdzie koncertował z wyprzedanymi salami. Z kolei w Wielkiej Brytanii nigdy nie cieszyli się dużą popularnością – tylko dwa ich utwory, „Save Your Love” (1993) i „Luv 4 U” (1994), znalazły się na brytyjskich listach przebojów.


UTWORY PROMUJĄCE

Z początku nic nie wskazywało, by album – a co za tym idzie, także zespół – odniósł sukces. Jesienią 1984 r. został wydany singiel pt.L.O.V.E. In My Car [nr 4], który mimo sporej popularności w dyskotekach i klubach, nie zawojował listami przebojów. Był to pierwszy, a zarazem ostatni singlowy utwór w którym główny wokal należał do Andrew Thomasa. Producenci zdecydowali bowiem, iż od tej pory za główny wokal będzie odpowiedzialny Trevor Taylor.

Zdecydowanie większy sukces odniósł drugi singiel promujący, który najbardziej jest kojarzony z Bad Boys Blue. Wiosną 1985 r. na singlu ukazuje się bowiem utwór „You're A Woman” [nr 1], który z miejsca stał się wielkim hitem w Europie. Zaśpiewana przez Trevora piosenka dotarła do 2 miejsca najlepiej sprzedających się singli w Szwajcarii i Szwecji, a w Niemczech zajmuje ósmą pozycję.

Na jesieni, z kolei, ukazał się trzeci utwór promujący: „Pretty Young Girls” [nr 3], który odniósł umiarkowany sukces na listach przebojów.


PREMIERA I SUKCES

Album „Hot Girls – Bad Boys” został wydany latem 1985 r. Album cieszył powodzeniem szczególnie w Europie: np. w Szwajcarii dotarł do 9 miejsca listy najlepiej sprzedających się albumów. W Finlandii z kolei uplasował się na 12 miejsce listy najlepiej sprzedających się albumów, a w Szwecji: na 30 miejsce. W zachodnich Niemczech natomiast album trafił na dopiero 50 miejsce listy najlepiej sprzedających się albumów.

Krążek zebrał również wiele pozytywnych recenzji. Strona internetowa poświęcona blues-jazzowi napisała o albumie:

Ten album od lat uważany jest za najlepszy album wszech czasów. Dałbym mu 10 gwiazdek, a nie pięć!!!. Każdy utwór na płycie jest fantastyczny i oryginalny. Pokochasz „You're a Woman” i „Pretty Young Girl”. Te dwa utwory zapewniły zespołowi status gwiazdy, co zrozumiesz po przesłuchaniu albumu. Inne doskonałe utwory to „I Live”, „For Your Love” i „Kiss You All Over, Baby”.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PLe2L82A_O8oAoknYiVAkEjzOVop-RI_1A

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


DEBBIE HARRY : ONE WAY OR ANOTHER


Cześć wszystkim. W najbliższy piątek na ekrany kin wchodzi „Supergirl” będący kolejnym filmem w ramach tworzonego przez Jamesa Gunna kinowego uniwersum DC. W trailerze tego filmu, jak pewnie pamiętacie, wykorzystana została pewna piosenka z lat 80 (mówiąc dokładniej: „Call Me”). Dziś przybliżę wam sylwetkę piosenkarki, która wraz z zespołem Blondie wylansowała tamten utwór. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Harry urodziła się jako Angela Trimble 1 lipca 1945 roku w szpitalu Jackson Memorial Hospital w Miami na Florydzie. W wieku trzech miesięcy została adoptowana, otrzymując nowe imiona Deborah Ann Harry, przez Catherine (z domu Peters) i Richarda Harry'ego z Hawthorne w stanie New Jersey, późniejszych właścicieli sklepu z pamiątkami w Cooperstown w stanie Nowy Jork.

Jest pochodzenia szkockiego, a jej biologiczni rodzice nosili nazwiska Trimble i Mackenzie. Harry dowiedziała się o jej adopcji w wieku czterech lat. Początkowo nie chciała szukać swoich biologicznych rodziców, ale pod koniec lat 80. odnalazła swoją biologiczną matkę, pianistkę koncertową, która nie chciała nawiązać kontaktu z Harry. W swoich wspomnieniach opowiadała, że była chłopczycą i większość dzieciństwa spędzała na zabawach w lesie przylegającym do domu.

Debbie Harry uczęszczała do liceum Hawthorne, gdzie została wybrana „najładniejszą” i ukończyła je w 1963 roku. Ukończyła Centenary College w Hackettstown w stanie New Jersey, uzyskując tytuł Associate of Arts w 1965 roku. Zanim rozpoczęła karierę wokalną, pod koniec lat 60. przeprowadziła się do Nowego Jorku i przez rok pracowała tam jako sekretarka w biurze radia BBC. Później była kelnerką w Max's Kansas City, tancerką go-go w dyskotece w Union City w stanie New Jersey i króliczkiem Playboya.


KARIERA

Początki w NY nie były łatwe, tułała się po nocnych klubach, mieszkała u dilerów i pracowała jako barmanka w Max’s Kansas City, ale szybko dała się poznać jako bardzo utalentowana wokalistka obdarzona charakterystycznym głosem i nieprzeciętną energią sceniczną czy wręcz charyzmą. Wielką karierę przepowiedział jej sam Andy Warhol, którego była muzą.

Przed założeniem zespołu Blondie była członkinią grup The Wind in the Willows i The Stilettos. Największe sukcesy odniosła z zespołem Blondie, który założyła wraz z Christem Steinem, z którym przez wiele lat byli parą. Ona pisała teksty, a on muzykę. Zespół zaczynał od grania w kultowym nowojorskim klubie CBGB. Blondie wypracował nowatorską kombinację rocka, punrocka, disco, a nawet rapu i reggae, i jest uważany za jeden z zespołów-prekursorów nowej fali. Niezbywalnym elementem wizerunku zespołu był atrakcyjny wygląd i sex appeal Debbie Harry.

Z zespołem Blondie nagrała debiutancki, tytułowy, album wydany w 1971 roku. Dzięki swojemu scenicznemu wizerunkowi, szybko stała się ikoną punku, a sam album odniósł sukces, podobnie jak drugi pt. „Plastic Letters”. Jeszcze większym powodzeniem cieszył się trzeci krążek, „PARALLEL LINES” z 1978 roku promowany przez dwa wielkie hity: „Heart of Glass” oraz „One Way or Another”. Z kolei w 1980 roku zespół wydał jeszcze album „AMERICAN GIGOLO” promowany przez utwór „Call Me”.

W późniejszym okresie Harry skupiła się na karierze solowej. W 1981 roku wydała swój debiutancki solowy album studyjny: „KooKoo”. Podczas przerwy w Blondie, rozpoczęła także karierę aktorską, pojawiając się w głównych rolach w neo-noir filmie „Union City” (1980) oraz w horrorze Davida Cronenberga „Videodrome”. Swój drugi solowy album pt. „Rockbird” wydała w 1986 roku, a dwa lata potem zagrała w filmie tanecznym Johna Watersa „Hairspray”. Wydała jeszcze dwa solowe albumy, zanim powróciła do kina rolami w wyreżyserowanym przez Johna Carpentera segmencie horroru „Worek kości” (1993) i w dramacie „Heavy” (1995).


STYL

W całym okresie swojej działalności Debbie Harry stała się ikoną zarówno muzyki jak i mody. Przez lata na wpływ piosenkarki powoływali się projektanci mody, fotografowie, reżyserzy i oczywiście muzycy – począwszy od Beth Ditto i Karen O, skończywszy na Lady Gadze. Poza tym Harry jest uważana za jedną z pierwszych modelowych postaci „silnych kobiet” w muzyce rockowej, której wizerunek był wcześniej zdominowany przez solistów-mężczyzn. Stała się inspiracją dla takich późniejszych artystek, jak Madonna, Britney Spears, Christina Aguilera czy Pink.


LATA 90 i 2000

Harry reaktywowała Blondie dopiero w 1997 roku, a już dwa lata później wydali nowy album „NO EXIT” promowany przez utwór „Maria” (który, nie wiedzieć czemu, niżej podpisanemu zawsze kojarzył się z… Bożym Narodzeniem. Może to przez dzwoneczki, które pobrzmiewają w tle).

Kolejne albumy wychodziły coraz rzadziej: w 2003 r. ukazał się krążek pt. „The Curse of Blondie”, a w 2011: płyta „Panic of Girls”. W 2017 r. zespół wydał jak dotąd ostatni swój krążek pt. „Polinator”, choć na ten rok przewidziana jest kolejna płyta: „High Noon”.



Za co należy docenić Debbie Harry. Artystka swoim wizerunkiem i sceniczną ekspresją stała się ikoną zarówno mody jak i muzyki, pokazała również, że na scenie muzycznej jest też miejsce dla piosenkarek, nie tylko dla piosenkarzy. Dzięki temu, tak pod względem muzycznym jak i wizerunkowym, stała się wzorem do naśladowania dla wielu późniejszych piosenkarek.


link: https://music.apple.com/us/artist/blondie/1012882

link: https://music.apple.com/us/artist/debbie-harry/541619


sobota, 20 czerwca 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. Pozostając jeszcze w temacie obejrzanych przeze mnie „Władców Wszechświata”, lecimy wyjątkowo do roztańczonych lat 90 by omówić „THE POWER” Snap!. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Piosenka grupy Snap! została napisana i wyprodukowana przez Michaela Münzinga i Lucę Anzilottiego (którzy ukrywali się pod pseudonimami Benito Benites i John „Virgo” Garrett III). Oryginalna wersja została wydana 3 stycznia 1990 roku przez Logic Records w Niemczech i zawiera sample z „Let the Words Flow” Chill Rob G, „Love’s Gonna Get You” Jocelyn Brown i „King of the Beasts” Mantronix

Pomimo tego, że stał się hitem na początku 1990 roku w Niemczech i pojawił się na liście przebojów Dance Singles w Wielkiej Brytanii, żaden z przypisanych wokali nie został oczyszczony, a Stu Fine, były właściciel Wild Pitch Records, chciał wydać piosenkę w Stanach Zjednoczonych. Rob G, który miał kontrakt z Wild Pitch, zgodził się, początkowo myśląc, że umowa może być lukratywna dla jego kariery. Wild Pitch wydał w Stanach Zjednoczonych singiel i teledysk ze swoim tekstem do utworu „Let the Words Flow” 5 marca 1990 r. Jednak ta wersja została przypisana do wytwórni Power Jam, a nie Snap!.

Jednocześnie Arista Records chciała wydać własną edycję w USA, ale ponieważ nie było prawnie możliwe, aby wytwórnia po prostu ponownie wydała oryginalny niemiecki singiel, zdecydowano się na ponowne nagranie całego utworu z nowymi tekstami rapera Durrona Butlera, znanego jako Turbo B, i dodatkowym wokalem Penny Ford. Następnie wszystkie próbki zostały prawnie zatwierdzone, a piosenka została ostatecznie ponownie wydana pod nową nazwą Snap! 12 marca 1990 w Wielkiej Brytanii i 6 kwietnia 1990 w USA, pomimo faktu, że Jocelyn Brown wszczęła postępowanie prawne z powodu nieautoryzowanego samplowania jej wokalu.


ANALIZA

The Power” doczekał się kilku interpretacji. Jedna z nich mówi, że piosenka Snap! To hymn o sile muzyki, pewności siebie i chęci dominacji na parkiecie. 

Jej głównym przesłaniem jest manifest tanecznej energii, która przejmuje kontrolę nad słuchaczem. Utwór zyskał status kultowego dzięki połączeniu rapowanych zwrotek z soulowym wokalem.


PREMIERA I SUKCES

Piosenka zebrała w przeważającej liczbie pozytywne opinie, stając się hitem w dorobku zespołu Snap!. Bill Coleman z magazynu „Billboard” napisał:

Dzięki zdrowemu szumowi wywołanemu przez uwagę undergroundowego importu, ten hipnotyczny, uliczny soulowy jam nie będzie miał problemu z powtórzeniem swojego wielkiego sukcesu w Wielkiej Brytanii. Spodziewajcie się wielkiej akcji crossoverowej”.

Hardy z „Cash Box” zauważył, że utwór jest „oparty na podstawowym hiphopowym rytmie, ale dodano do niego wszelkiego rodzaju komputerowe ulepszenia, a także świetną linię basową, przesiąknięty soulem żeński wokal, męski rap brzmiący trochę jak Heavy D i, w zależności od miksu, elementy house. Jednak nic z tego nie wydaje się wymuszone lub sztuczne i nie brzmi to jak cokolwiek innego, co jest teraz dostępne. Ten utwór będzie ogromny”.

Tom Ewing z „Freaky Trigger” zauważył, że piosenka „żongluje agresją i melancholią, i sprawia, że oba są od razu atrakcyjne – drżący riff otwierający „The Power” zestawiony jest z wolnym tempem i samotną przestrzennością produkcji oraz wokalem Pennye Ford. Riff jest bardziej charakterystyczny niż śpiew, szczerze mówiąc, ale kontrast działa”. Recenzent z „The Network Forty” opisał ją jako „bardzo modną i fajną” piosenkę rapową, „z nowoczesnym pazurem”. W czasopiśmie dodano również, że „naładowany energią rap-taniec trzeszczy i strzela z nieodpartą energią”.


link: https://youtu.be/nm6DO_7px1I?si=AroH_kKjP-U5wqoq


TŁUMACZENIA


Snap!


MOC

tytuł oryg. „The Power!”


Mam moc (Moc, moc)
Hej, tak-tak

Jak trzask bicza, pękam! Atak
Od przodu do tyłu, w tym czymś zwanym rapem
Kopie jak łopata, diabeł rymów na niebiańskim poziomie
Uderzaj w bas, podkręcaj sopran
Radykalny umysł, dzień i noc cały czas
7:14, mądry, boski
Maniakalny mózgowiec, wygrywam grę
Jestem lirycznym Jesse Jamesem

O-o-o-o, o-o-o, tak, tak, tak-eah
O-o-o-o, o-o-o, tak, robi się trochę ciężko

Robi się trochę ciężko
Robi się, robi się, robi się trochę ciężko (powtórz trzy razy)

Robi się, robi się, robi się trochę ciężko
Robi się, robi się, robi się trochę ciężko
Robi się, robi się, robi się trochę ciężko
Robi się, robi się, robi się trochę ciężko
Robi się, robi się, robi się trochę ciężko trochę ciężki

Mam moc (Moc, moc)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać moje serce)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać moje serce)
Mam moc (Moc, moc)
(O-o-o-o)
Mam moc (Moc, moc)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać moje serce)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać moje serce)
Mam moc (Moc, moc)
(O-o-o-o)

Robi się, robi się, robi się trochę chaotycznie
Robi się, robi się, robi się trochę chaotycznie
Robi się, robi się, robi się trochę chaotycznie
Robi się, robi się, robi się trochę chaotycznie
Robi się, robi się, robi się trochę chaotycznie

Jakość, którą posiadam, niektórzy mówią, że jestem świeży
Kiedy mój głos przechodzi przez siatkę
Mikrofonu, którym jestem trzymając
Przepisz tekst piosenki, żeby nie można było go ukraść
Jeśli tak, pstryk! Nie potrzebuję policji
Aby ich uratować, twój głos ucichnie
Więc proszę, trzymaj się ode mnie z daleka
Albo zaatakuję, a ty tego nie chcesz

Mam moc (Moc, moc)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
Mam moc (Moc, moc)
(O-o-o-o)
Mam moc (Moc, moc)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
Mam moc (Moc, moc)
(O-o-o-o)

Jakość, którą posiadam, niektórzy mówią, że jestem świeży
Kiedy mój głos przechodzi przez siatkę
Mikrofonu, który trzymam
Przepisz tekst piosenki, żeby nie można go było ukraść
Jeśli tak, pstryk! Nie potrzebuję policji
Aby spróbować ich uratować, twój głos ucichnie
Więc proszę, trzymaj się z daleka ode mnie
Albo zaatakuję, a ty tego nie chcesz

Mam moc (Moc, moc)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
Mam moc (Moc, moc)
(Oh-oh-oh-oh)
Mam moc (Moc, moc)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
(Możesz złamać mi serce, możesz roztrzaskać mi serce)
Mam moc (Moc, moc)
(Oh-oh-oh-oh)

Mam moc (Moc, moc)


WŁADCY WSZECHŚWIATA *****

Nigdy nie byłem fanem He-Mana. Nawet nie z powodu samej postaci (chociaż inny popkulturowy mięśniak, Conan o aparycji Arnolda Schwarzeneggera, również średnio mnie jarał), co z powodu gatunku, do którego należał serial animowany z lat 80 „He-Man i Władcy Wszechświata”. Do dziś niespecjalnie mnie interesuje science fantasy, będące połączeniem fantasy i science fiction. Dla mnie fantasy to fantasy (ze fantastycznymi stworami i rycerzami), a science fiction to science fiction (z kosmitami i statkami kosmicznymi). Jedyne łączenie z innymi rodzajami fantastyki, jakie akceptuję to horrory science fiction i dark fantasy (a także pokrewne im podgatunki). Zaraz pewnie odezwą się głosy, że w takim razie „Gwiezdne wojny” też nie powinny mi się podobać, bo to także jest science fantasy (baśń fantasy w konwencji science fiction). Tyle że opus magnum George’a Lucasa dla mnie zawsze była space opera. Tymczasem na nowej wersji „Władców Wszechświata” bawiłem się wyśmienicie.

A mimo to muszę przyznać, że na „Władcach Wszechświata” bawiłem się całkiem nieźle, jak na kogoś kto nigdy za tym mięśniakiem nie przepadał. Być może to zasługa zdrowo-rozsądkowego podejścia do materiału źródłowego. Ale po kolei.

Mattel ostatnimi czasy ma się wyraźnie dobrze. Podobnie, zresztą, jak estetyka lat 80, ale do tego przejdę za chwilę. Pomijając „Transformersy”, które z części na część stawały się coraz bardziej niezdatne do oglądania (chyba że za kamerą stawali inni reżyserzy niż Michael Bay), słynna firma zabawkowa z powodzeniem podbija na nowo kinowe ekrany. Zaczęło się od przebojowej „Barbie” o aparycji Margot Robbie, teraz przyszła pora na mięśniaka broniącego rodzinnej planety przed zakusami kościotrupa paradującego w szykownej pelerynie z kapturem (nie, nie chodzi mi o Śmierć). Co ciekawe, He-Man już raz pojawił się w wersji aktorskiej, jednak wersja z Dolphem Lundgrenem (który zalicza w tej wersji autoironiczne cameo), przywodząc na myśl kuriozalnego „Herkulesa w Nowym Jorku” ze Schwarzeneggerem, zalatywała kiczem (nie mówiąc już o tym, że He-Man Lundgrena paradował z zupełnie innym wdzianku niż ten z kreskówki z tej samej dekady).

Nie bez powodu przywołałem „Transformersów” (i tu przechodzimy do powodu, dlaczego tak dobrze na filmie się bawiłem), bo za reżyserię tak „Władców Wszechświata” jak i jednego z filmów o Autobotach i Deceptikonach (konkretnie cudownie odświeżającego spin offu „Bumblebee”) odpowiada Travis Knight. Reżyser, który doskonale wie (inaczej niż Michael Bay, dla którego liczy się tylko rozwałka, rozwałka i jeszcze raz rozwałka), że jak kręci się filmy inspirowane serią zabawkową, to ma dostarczyć takiej samej frajdy, jak same zabawki (żeby nie było, Bay również o tym wiedział, ale… tylko przy pierwszej części „Transformers”). Nowe przygody He-Mana, przywodząc na myśl marvelowego „Thora” (zwłaszcza pierwszą i trzecią część), a także „Dungeons and Dragons: Złodziejski honor”, dostarczą rozrywki widzom w niemal każdym wieku (tym bardziej, że jego animowane przygody wciąż z powodzeniem są realizowane, więc współczesne dzieciaki nie będą odosobnione w tym fan serwisie).

Travis, tak jak Taika Waititi przy „Thorze: Ragnaroku” oraz Jonathan Goldstein i John Francis Daley przy „Dungeons and Dragons: Złodziejskim honorze” świetnie czuje estetykę l. 80, słyszalną zwłaszcza w muzyce Daniela Pembertona współtworzoną z Brianem Mayem (w pewnym momencie z głośników pobrzmiewa się nawet utwór Queen „Princes of the Universe”. Przypadek? Nie sądzę). Jest więc kolorowo, lekko campowo, a fabuła z jednej strony wciąga akcją, a z drugiej bawi gagami. W ogóle dobór piosenek wywoła banana na twarzy widzów, bo Knight bawiąc się zabawkową franczyzą, nawiązuje m.in. do słynnego memu z He-Manem śpiewającym „What’s Up” 4 Non Blondes albo do jego okrzyku „I’ve got a power!” („The Power” zespołu Snap!). Wspomniane cameo Dolpha Lundgrena również jest mrugnięciem oka do współczesnych 40-kilkulatków…

Jego następca, Nicholas Galitzine, świetnie sprawdza się w roli odrobinę niezdarnego He-Mana, a chemię między nim, a Camilą Mendez w roli Teeli da się wyczuć. W ogóle nowa obsada, bawi się swoimi rolami, ale wszystkich bije na głowę (głównie swoim głosem) Jared Leto. Dubbingowany przez niego Szkieletor jest tak kreskówkowo zły, że aż śmieszny.

Jak widać więc, firma Mattel ma się dobrze, ale również jak widać, estetyka lat 80 nie straciła swego renesansu. Skoro więc jedna aktorska wersja kreskówki z tamtej dekady się sprawdziła (jak nic, będzie sequel, w którym za pewne spotkamy She-Rę, a być może pojawiają się postaci, których tu zabrakło), to może warto zainwestować w inne tytuły (np. „ThunderCats”; myślę że dzisiejsi 40-kilkulatkowi pisaliby z zachwytu…). Całkiem dobry popcorniak 2026 roku. I pisze to ktoś, kto nigdy nie lubił He-Mana.


Reż. Travis Knight

Czas trwania: 130 min

Gatunek: film SF

Tytuł oryg. „Masters of the Universe