sobota, 18 kwietnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim. W tym odcinku sobotniego cyklu przeniesiemy się do lat 90, by zapoznać się z historią i analizą piosenki zespołu Garbage: „THE WORLD IS NOT ENOUGH”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Autorami napisanej pod koniec 1998 roku piosenki „The World Is Not Enough” są Don Black (który współprodukował takie bondowskie szlagiery jak „Diamonds Are Forever” Shirley Bassey czy „Thunderbolts” Toma Jonesa) i David Arnold (kompozytor innych bondowskich piosenek: „Tomorrow Never Dies” Sheryl Crow i „You Know My Name” Chrisa Cornwella z „Casino Royale”). Piosenka powstawała w bardzo trudnych warunkach, choć z początku nic na to nie wskazywało. We wrześniu 1998 roku David Arnold został wybrany na kompozytora 19 filmu o przygodach Jamesa Bonda. Dwa miesiące później wraz z Donem Blackiem dyskutowali nad kształtem promującego film utworu przewodniego. Arnold powiedział później „że złączył ze sobą kilka nutek i kiedy nagle wyłoniła się z tego piosenka pomyślał, że to musi być to”. Do końca roku powstał tekst i skomponowano większość muzyki, brakowało już tylko mostku – krótkiej sekcji w środku piosenki. 

Michaelowi G Wilsonowi i Barbarze Broccolli zależało na jak najszybszym ukończeniu piosenki, bowiem jej fragmenty miały być wykorzystane w przewodnim motywie muzycznym. Michael Apted, reżyser filmu, również włączył się w ponaglanie wskazując że taka szybka promocja utworu przewodniego sprawdziła się w przypadku „Nobody Does Matter” promującego film „Szpieg, który mnie kochał”. Pracujący gorączkowo Arnold puścił producentom demo piosenki w styczniu 1999 roku i spotkał się z pozytywnym przyjęciem. Jednak wytwórnia początkowo nie była przekonana do kompozycji przyrównując ją do zwykłej ballady. Arnold za namową MGM musiał przerobić linię melodyjną.

Następnie spotkał się z wokalistką Garbage, Shirley Manson, w Londynie w styczniu 1999 roku i zadzwonił do niej tydzień później, aby oficjalnie zaproponować jej występ na kolejnym singlu do filmu o Bondzie. Arnold wysłał zespołowi demo piosenki „The World Is Not Enough” rano, przed ich wyprzedanym występem na londyńskiej Wembley Arena 20 stycznia 1999 roku. Jednak członkowie Garbage byli na europejskiej trasie koncertowej i nie mogli znaleźć czasu, by nagrać i wyprodukować piosenkę. Koncert w Lizbonie 18 lipca 1999 roku zaplanowano w taki sposób, aby zespół skończył wcześniej i mógł udać się do Metropolis Studios w Londynie i nagrać kompozycję z sześćdziesięcioosobową orkiestrą Arnolda, a następnego dnia polecieć do Six-Four-les-Plages we Francji, żeby kontynuować trasę koncertową.

W czasie rozmowy z sierpnia 1999 r. w studiu nagraniowym, Shirley Manson powiedziała dziennikarzom, że skomponowanie piosenki do filmu o Bondzie zawsze było wielkim marzeniem zespołu Garbage. Jeżeli jednak historia powstania piosenki „The World Is Not Enough” nie jest wystarczająco dramatyczna, to dodam że zespół Garbage nie pojawił się na premierze filmu, ponieważ występował wtedy w Tucson w Arizonie, podczas przerwy w trasie koncertowej. Mimo to ich wkład i tak został doceniony, ponieważ, jak powiedział perkusista zespołu Butch Vig, 


„Nie byliśmy w stanie przyjechać, ponieważ byliśmy wtedy w trasie koncertowej, ale obejrzeliśmy film w Tucson w pierwszym tygodniu wyświetlania, w kinie ze zwyczajną widownią. Po seansie około pięćset dzieciaków czekało na nas przed kinem i prosiło o autografy, więc mieliśmy własną małą premierę”.


ANALIZA

Piosenka Garbage została utrzymana w typowo bondowskiej stylistyce, dzięki której właściwie już po pierwszej nutce można poznać, z jakiej franczyzy pochodzi. Także pod względem tekstu można wyczuć bondowskie schematy. Utwór opowiada o femme fatale, kobiecie wiodącej mężczyzn na pokuszenie by po chwili ich zniszczyć. Dodatkowego znaczenia piosenka nabiera również dzięki klimatycznemu teledyskowi, w którym Shirley Manson odgrywa postać androida-femme fatale. 


PREMIERA I SUKCES

Również wydanie singla odbywało się w trudnych warunkach. W Ameryce Północnej Radioactive dystrybuowało obie wersje utworu „The World Is Not Enough” do stacji radiowych AAA, grających muzykę alternatywną, modern adult i modern rock 4 października 1999 roku. Pierwotnie planowano premierę tydzień później, ale datę przyspieszono, gdy stacja w Los Angeles nadała zgrany, niskiej jakości plik MP3 remiksu „Chilled Out”, który wcześniej krążył w sieciach wymiany plików. Wydanie singla zbiegło się z powrotem zespołu Garbage do Ameryki Północnej, aby zagrać główną rolę w sponsorowanej przez MTV trasie Campus Invasion Tour. Zespół zaprezentował „The World Is Not Enough” 20 października podczas koncertu na Uniwersytecie w Denver. 1 listopada zespół Garbage wykonał utwór na żywo w programie Late Show with David Letterman.

Pod koniec listopada 1999 roku „The World Is Not Enough” zadebiutował na trzecim miejscu na Islandii, osiągając pierwsze miejsce w następnym tygodniu. W Szwecji zadebiutował na 54. miejscu, w Norwegii na siódmym miejscu, a w Finlandii na 10. miejscu, gdzie w drugim tygodniu osiągnął siódme miejsce. W Holandii singiel zadebiutował na 74. miejscu, a dwa tygodnie później awansował na 48. miejsce. Utwór zadebiutował na 55. miejscu listy przebojów we Francji i na 12. miejscu w belgijskiej Walonii. W grudniu zadebiutował na 40. miejscu w Austrii, utrzymując się tam przez cztery tygodnie. W Szwajcarii zadebiutował na 22. miejscu, a cztery tygodnie później, na początku stycznia 2000 roku, awansował na 16. miejsce. Pod koniec grudnia utwór zadebiutował na 18. miejscu we Włoszech, a w lutym 2000 roku osiągnął szóste miejsce. Również w grudniu utwór „The World Is Not Enough” osiągnął 38. miejsce w Niemczech i 12. miejsce w Hiszpanii.


link: https://youtu.be/JBrz-5ai1mo?si=Cpo7JRlLilL9MMr8


TŁUMACZENIE


Garbage


„ŚWIAT TO ZA MAŁO”

tytuł oryg. „The World Is Not Enough”


Wiem, jak ranić

Wiem, jak leczyć

Wiem, co pokazać

A co ukryć

Wiem, kiedy mówić

I wiem, kiedy dotykać

Nikt nigdy nie umarł

Z pragnienia zbyt wiele


Świat to za mało

Ale to idealne miejsce, żeby zacząć,

Moja miłość

I jeśli jesteś wystarczająco silna

Razem możemy rozwalić świat,

Moja miłość


Ludzie tacy jak my

Wiedzą, jak przetrwać

Nie ma sensu żyć

Jeśli nie czujesz się żywy

Wiemy, kiedy całować

I wiemy, kiedy zabijać

Jeśli nie możemy mieć wszystkiego

To nikt nie będzie miał


Świat to za mało

Ale to idealne miejsce, żeby zacząć,

Moja miłość

I jeśli jesteś wystarczająco silna

Razem możemy rozwalić świat,

Moja miłość


Czuję się bezpiecznie

Czuję się przestraszona

Czuję się gotowa

A jednak nieprzygotowana


Świat to za mało

Ale to idealne miejsce, żeby zacząć,

Moja miłość

I jeśli jesteś  wystarczająco silni

Razem możemy rozwalić świat,

Moja miłość


Świat to za mało!

Świat to za mało!

Nie, to zdecydowanie za mało!

Świat to za mało!

piątek, 17 kwietnia 2026

PROJEKT HAIL MARY *****

Od momentu wydania „Marsjanina”, programista i inżynier informatyki Andy Weir stał się jednym z najbardziej topowych pisarzy science fiction. Sytuacja jeszcze bardziej wzrosła po błyskotliwej adaptacji Ridleya Scotta (dość wspomnieć, że dla wielu wieszających psy na Scotcie, tamten film był uznawany za najlepsze dzieło SF w jego reżyserii od czasu… „Łowcy androidów”). Gdy tylko Weir opublikował - jak dotąd ostatnią w swoim dorobku - książkę „Project Hail Mary”, wytwórnie dosłownie biły się między sobą o prawa do sfilmowania.

Punkt wyjściowy jest podobny do „Marsjanina”. Główny bohater (Ryan Gosling) zostaje sam w kosmosie. Różnica jest taka, że budzi się z amnezją: nie wiadomo, jak ma na imię i czemu w ogóle tam trafił (pojawiające się w toku filmu retrospekcje stopniowo odsłaniają odpowiedź). Kiedy w końcu prawda wychodzi na jaw, reputacja bohatera się nie polepsza, a wręcz pogarsza się (jest z zawodu nauczycielem biologii, a został wysłany w kosmos z misją zbawienia świata. Jaja sobie robią w tym NASA, nie ma co…). Jednak w najbardziej krytycznym momencie bohater może liczyć na pomoc tajemniczej istoty, której nadaje wdzięczne imię Rocky (nie tylko z uwagi na skamieniałą cerę).

Phil Lord i Christopher Miller odnieśli sukces animowanym, przebojowym filmem o klockach Lego („Lego: Przygoda”). Z powodzeniem też przełożyli niegdyś popularny serial „21 Jump Street” na pełny metraż (zastąpili tylko Johnny’ego Deppa Channingiem Tatumem). Obaj czują komedię (pewnie nawet bardziej niż Ridley Scott, niczego nie ujmując „Marsjaninowi”…), a Weir potrafi być humorystyczny (wręcz sarkastyczny) w swoich książkach. Sukcesu „Projektu Hail Mary” na dużym ekranie można było się w zasadzie spodziewać. I faktycznie: obaj panowie odnieśli sukces, dokonując przy okazji tylko nielicznych zmian względem książki (zakończenie!). Zachowali bowiem wdzięk książkowego pierwowzoru, rezygnując z informatycznych dywagacji autora. Zresztą, za scenariusz odpowiada Drew Goddard, który odpowiedzialny jest także za scenopisarski sukces „Marsjanina”, więc jak można było zwątpić w powodzenie tego filmu?

O tym, że Ryan Gosling, z początku specjalizujący się w nieoczywistych rolach w niezależnych filmach (pamięta ktoś „Fanatyka” opowiadającego o Żydzie-neonaziście?), posiada vis comica można było się przekonać nie raz, nie dwa (ostatnio w bardzo dobrym „Kaskaderze” będącym listem miłosnym eks kaskadera do swojej profesji). Ostatnimi czasy jednak wyraźnie odnajduje się w wysokobudżetowych produkcjach za cysterny dolarów („Blade Runner 2049”, „Barbie”, w kolejce czeka już „Star Wars: Starfighter”). Tutaj jeszcze jego talent komediowy zrównoważono wzruszającymi momentami (sama relacja z Rockym przywodzić może skojarzenia z „E.T.” Spielberga; niżej podpisanemu w pewnym momencie nawet zaschło w gardle z emocji), w których wyraźnie bryluje jak na salonach.

Technicznie film to ekstraklasa. Efekty specjalne robią wrażenie (sekwencje w przestrzeni kosmicznej niby dostarczą oczopląsów, ale pod kątem wizualnym zachwycą tak, że oczy widzów zrobią się duże jak pięciozłotówki). Pochwalić też trzeba soundtrack, chociażby za trafioną w punkt  playlistę („Sign of the Times” Harry’ego Stylesa, a zwłaszcza „Two of Us” Beatlesów), chociaż kompozycje Daniela Pembertona w niczym nie ustępują soundtrackowi Harry’ego Gregsona-Williamsa z „Marsjanina”.

To co, kto ma ochotę na lot w kosmos?


Reż. Phil Lord, Christopher Miller

Czas trwania: 155 min

Gatunek: film SF

Tytuł oryg. „Project Hail Mary

Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKA VS FILM”


Szalom. W związku ze zbliżającą się rocznicą powstania w getcie warszawskim, w tym odcinku piątkowego cyklu analitycznego pochylimy się nad tematyką żydowską. Przeanalizuję bowiem książkę Szolema Alejchema „DZIEJE TEWJI MLECZARZA” i film Normana Jawisona „Skrzypek na dachu”. A ponieważ filmowy „Skrzypek” jest bardziej oparty na musicalu Josepha Steina do muzyki Jerry’ego Brocka adaptującyego książkę Alejchema, dokonam również analizy między tymi dwoma materiałami źródłowymi. Zaczynamy.


OGÓLNY ZARYS FABUŁY

Tewje jest ubogim mleczarzem z żydowskiej wsi. Nieustannie szuka sposobności do zarobienia pieniędzy, mimo iż w duchu uznaje swoją biedę i nie wini się za nią. Z żoną Gołde zamierza wydać każdą ze swych córek za mąż. Każdą sytuację życiową Tewje tłumaczy sobie cytatami z  Biblii i Midraszy.



RÓŻNICE MIĘDZY KSIĄŻKĄ, A FILMEM I MUSICALEM


OGÓLNE RÓŻNICE

Podstawowa różnica łącząca książkę Alejchema z musicalem tak scenicznym jak i filmowym, jest inna nazwa miejscowości, w której rozgrywa się opowieść. W musicalu „Skrzypek na dachu” akcja ma miejsce w Anatewce, z kolei w książce Alejchema rodzinną miejscowością Tewji Mleczarza jest Kasrylewka; co ciekawe, Anatewka u Alejchema jest wspomniana, ale jako zupełnie inna wioska (w dodatku zamieszkana przez Lejzera Wołfa, przyjaciela Tewjego), oddalona o około trzy wiorsty od Kasrylewki. Inna różnica to liczba córek: w książce Tewje ma ich aż siedem, w musicalu z kolei tylko trzy. Z kolei tytułowy dla musicalu skrzypek nie jest postacią pojawiającą u Alejchema i stanowi bardziej nawiązanie do twórczości Marca Chagalla. 

Poza tym książka ma formę epistolarną w postaci listów tytułowego bohatera pisanych do Boga. Zarówno sceniczny jak i filmowy musical zachował tą formę w scenach monologów Tewji kierowanych do Wszechmogącego.


KSIĄŻKA, A MUSICAL

Pierwsze rozdziały opowiadają o wydarzeniach z życia Tewji – jak podwiózł dwie kobiety na drodze i jak stracił pieniądze, wchodząc w układ z niegodnym zaufania Żydem. Tego jednak w musicalu nie ma. Na początku „Skrzypka na dachu” Tewje wprowadza widzów w świat Anatewki, gdzie najważniejszą dla kultury żydowskiej jest tradycja. Dopiero po tym wprowadzeniu fabuła książki i musicalu zaczyna się zazębiać, kiedy Tewje najpierw spotyka się z Lejzerem Wołfem, a potem decyduje się wydać córki za mąż. Książka opisuje spotkanie Tewji z jedną z córek, Cejtł, która podkochuje się w ubogim krawcu i to od niej Tewje w musicalu dowiaduje się o planowanym ślubie. U Alejchema dowiaduje się tego od krawczyka.

W książce Gołde bardzo przejmuje się wydaniem córek za mąż, podczas gdy w musicalu Tewje opowiada jej swój zmyślony sen, w którym widział zmarłą babcię swojej żony, Zeitel. Tymczasem przychodzi czas wydania kolejnych córek. Pierwsza z nich, Hodł, chce poślubić Perczyka, młodego Żyda o rewolucyjnych poglądach. Tak jak poprzednio, wiadomość ta wprawia Tewjego w zakłopotanie: udzielić błogosławieństwa czy pozostać wiernym Tradycji; ostatecznie decyduje się na to . Podobnie też jak w książce, trzecia z córek, Chawa, pragnie poślubić kogoś, kto nie jest Żydem, co z kolei spotyka się z kategorycznym sprzeciwem Tewji. Musical pomija cztery pozostałe córki Mleczarza, łącząc sercowe perturbacje niektórych z nich z trzema starszymi siostrami.

Musical dodaje kilka wspólnych scen między Tewje, a Gołde, m.in. dwie popularne kompozycje: „Tevye’s Dream” z pierwszego aktu (w której powtarza się żydowska fraza „Mazel Tov”) oraz liryczne „Do You Love Me?” z drugiego aktu. Tymczasem w książce (w przeciwieństwie do musicalu), po wydaniu córek za mąż, Gołde szybko zapada na zdrowiu i umiera. To wydarzenie sprawia, że Tewje wyrusza do Ziemii Świętej, co z musicalu zostało pominięte. Z podróży jednak nic nie wychodzi, ponieważ umiera mąż Cejtł, co w filmie również ma miejsce (choć w zupełnie innych okolicznościach). Z czasem w książce narastają antypatie mieszkańców wsi wobec Tewjego, czego w musicalu nie ma (wszyscy jak byli przyjaźnie nastawieni do Mleczarza, tak przyjaźni pozostali). Wszystko dlatego, ponieważ lokalni Żydzi są wysiedlani ze swoich wiosek. Tewje decyduje się opuścić wioskę nim zostanie z niej wypędzony. Musical nieco upraszcza ten wątek: w trakcie ślubu jednej z córek pojawia się jeździec na białym koniu, który ogłasza wszystkim, że mają opuścić Anatewkę (w tym momencie w musicalu pojawia się kolejna popularna kompozycja: „Anatevka”). Opuszczając Anatewkę, musicalowy Tewje spotyka tytułowego Skrzypka, którego zachęca do wspólnej podróży. Z kolei w książkowym pierwowzorze Tewje spotyka Szolema Alejchema, godzi się z nim po latach spięć i pokłada nadzieję, że jeszcze się spotkają.


KSIĄŻKA, A FILM

Film w przeważającej liczbie adaptuje musical (stosunkowo je skracając lub łącząc), choć nie pomija najbardziej rozpoznawalnych utworów kojarzących się z musicalem. Podobnie jak w musicalu, nie uśmiercono Gołde i pominięto plany wyjazdu Tewjego do Ziemii Świętej. Naturalnie zmieniono tytuł na ten musicalowy, a także zerwano z formą epistolarną na rzecz monologów Tewjego kierowanych do Boga.


FILM, A MUSICAL

Jak w takim razie wyglądają podobieństwa i różnice między filmowym, a scenicznym „Skrzypkiem na dachu”?

Film bardzo wiernie podąża za fabułą musicalu, zachowując niemal wszystkie dialogi, choć pomija utwory „Now I Have Everything” i „The Rumor (I Just Heard)”. Fragmenty tekstu „Tevye’s Dream” zostały pominięte, aby uniknąć powtórzeń. Album ze ścieżką dźwiękową filmu zawierał niektóre z tych pominięć, w tym fragment, w którym Gołde żegna się przed ponownym zaśnięciem po tym, jak Tewje opisał sen.

Zmiany wprowadzono również w utworze „Tradition”, pomijając dialog między żebrakiem Reb Nachumem (który w filmie wydaje się mieć trudności z mówieniem) a Łazarem Wolfem, a także dialogi wypowiadane przez Jente i Awrama. Ponadto w filmie dwóch mężczyzn spiera się o to, czy koń podający się za sześciolatka miał w rzeczywistości dwanaście lat, a nie o to, czy koń był w rzeczywistości mułem. Oryginalna ścieżka dźwiękowa zachowała imiona bohaterów: Icchak i Awram, ale w wersji filmowej zostały one pominięte. Zamiast nagranego dubbingu wykorzystano improwizowane ujęcie Topola (mówiącego „sprzedał go”).

W wersji teatralnej Tewje i Łazarz Wolf spotykają się w tawernie, by omówić propozycję małżeństwa Łazarza z Cejtel; w filmie Tewje udaje się do domu Łazarza, który jest bogato wyposażony i pełen dzieł sztuki. Następnie obaj idą do tawerny na uroczysty drink.

Scena z Hodłą i Perczykiem, dokąd planuje wyjechać do Kijowa, została w filmie wydłużona. Nagrano nową pieśń śpiewaną przez Perczyka („Any Day Now”). Pieśń została później włączona do jidyszowej produkcji z 2018 roku jako pieśń śpiewana przez Perczyka do Szpryncy i Bielki. W 1979 roku skrócona (o 32 minuty) wersja filmu została ponownie wypuszczona do kin, zawierająca utwory „Far from the home I love” i „Anatevka”.



To była moja analiza różnic między książką Szolema Alejchema „Dzieje Tewji Mleczarza”, a adaptacją musicalową „Skrzypek na dachu” i filmową, w reżyserii Normana Jawisona. Co o niej sądzicie? Piszcie swoje wrażenia w komentarzach, a my widzimy się za dwa tygodnie z nową analizą.  Zay Gezunt.

czwartek, 16 kwietnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. W dzisiejszym odcinku tankuje do pełna bąk, zapinamy pasy i wciskamy gaz do dechy. Oto ranking najlepszych POŚCIGÓW SAMOCHODOWYCH. Zaczynamy.


8, dźwig vs wóz strażacki [„Terminator 3: Bunt maszyn”, reż. Jonathan Mostow]

Pościgi samochodowe w „Terminatorze” to chleb powszedni. I choć fani zdecydowanie postawiliby na ucieczkę Johna Connora przed rozpędzonym tirem z „Terminatora 2”, ja postawię na sekwencję z trzeciej odsłony. Bo spośród wszystkich w filmie Mostowa, ta zdecydowanie jest najlepsza. By scena wypadła imponująco, potrzebujemy: dźwiga, wóz strażacki i jednego, pięćdziesięcioletniego (wówczas) gwiazdora kina akcji szusującego na motorze. Sekwencja stanowi miks akcji i humoru, i choć w filmie nie brak CGI, zrealizowano ją na tyle na ile można, bez efektów specjalnych.


Mostow i Schwarzenegger pokazali, że do sekwencji pościgu potrzebny jest dźwig i wóz strażacki. Campbell i Brosnan poszli wcześniej o krok dalej i wytoczyli naprawdę ciężkie działo.


7, czołgiem ulicami St Petersburga [„GoldenEye”, reż. Martin Campbell]

Choć większe wrażenie robi pościg z „Jutro nie umiera nigdy” z udziałem helikoptera i motocyklu, większy sentyment mam do sekwencji z „GoldenEye”. Nikczemny ruski generał porywa rosyjską informatyczkę graną przez naszą rodzimą Izabelę Scorupco, a Brosnan dla jej ratowania gotów jest zmieść z powierzchni ziemi polowe Sankt Petersburga. Przy okazji nie zapomina o poprawieniu mankietu. Po latach Campbell udowodnił, że nadal czuje paliwo w żyłach, czego dowodem pościg w „Casino Royale” zakończony imponującą wywrotką nowszym modelem astona martina.


Podobno na początku kariery Spielberg zapowiadał, że będzie straszył „na lądzie, w morzu i z powietrza”. Pierwszą część tej zapowiedzi pokazał w telewizyjnym filmie „Pojedynek na szosie”.


6, uciekając przed psychopatycznym kierowcą [„Pojedynek na szosie”, reż. Steven Spielberg]

Niedawno Spielberg zaprzeczył jakoby „Szczęki” należały do horroru, a sam reżyser jak dotąd nigdy horrorów nie realizował. Jako jego wieloletni fan, pozwolę sobie z nim się nie zgodzić, a miarą tego niech będzie jego pełnometrażowy debiut telewizyjny. Balansujący de facto między różnymi gatunkami, w tym ocierający się o horror, film ogląda się jak rasowy film kinowy, który wgniata w fotel warstwą realizacyjną. Zaskoczeni, że nie skupiam się na pościgu samochodowym? Nic dziwnego. Wszak sam film to jeden wielki pościg samochodowy. Ale za to jaki.


Realizm w scenach pościgów to podstawa (patrz: „Ultimatum Bourne’a”). Doskonale zdał sobie z tego sprawę Christopher Nolan podczas realizacji „Mrocznego Rycerza”.


5, pościg ulicami Gotham wieczorową porą [„Mroczny Rycerz”, reż. Christopher Nolan]

Christopher Nolan nawet adaptując obrazkową historię o gościu w przyciasnych trykotach, musi postawić na realizm. Żadnych efektów specjalnych, żadnej grafiki komputerowej, tylko i wyłącznie tricki realizacyjne, przy których szczęka opada. Dość wspomnieć moment, gdy ciężarówka kierowana przez Jokera zostaje wywrócona do góry nogami - i to naprawdę! Niewiele scen oglądanych w kinie zrobiło na widzach aż takie wrażenie, które zresztą udziela się przy każdym kolejnym seansie „Mrocznego Rycerza”.


Nie zawsze jednak realizm jest podstawowym składnikiem dobrego pościgu. Nawet jeśli de facto odpuszczono sobie efekty specjalne i postawiono na imponujące wykonanie.


4, majtając sejfem po ulicach (przy dźwiękach „Densa Cuduro”) [„Szybcy i wściekli 5”, reż. Justin Lin]

Scena absurdalna z założenia, ale jak zrealizowana. Do tego stopnia wprawiała w osłupienie, że w komentarzach na portalach filmowych nie brakowało dyskusji osób próbujących popisać się znajomością motoryzacji. Z kolei na YouTubie można znaleźć wiele filmików ukazujących kulisy powstawania tej sceny i aż nie chce się wierzyć, że nawet w jej przypadku obeszło się bez efektów specjalnych (co najwyżej sejf nie był tak ciężki jak mogło się wydawać). Nie ma to znaczenia, warto za to na moment wyłączyć mózg i zrobić sobie niczym nieskrępowany fun.


Podium otwiera jedna z najsłynniejszych sekwencji pościgów samochodowych. Można ją znaleźć w kultowym „Bullicie” ze Steve’em McQuinnem. 


3, najsłynniejszy pościg na ekranie [„Bullitt”, reż. Peter Yates]

Ta scena to klasyk samochodowych pościgów. Od jej realizacji minęło 60 lat, a nadal robi ogromne wrażenie. Dość często filmowcy zapominają o istotnym elemencie scen pościgowych, a mianowicie otoczeniu. Sekwencja pościgu w "Bullicie" rozgrywają się na względnie ciasnych i pagórkowatych ulicach barwnego San Francisco, co miało swój ogromny udział w wyjątkowości owej sceny. Dzięki temu sekwencja zyskała na niepodrabianej dynamice, która inspirowała kolejne pokolenia filmowców niczym scena strzelaniny w „Gorączce” Michaela Manna.


Skoro jednak było o najbardziej imponujących sekwencjach pościgów, nie mogło zabraknąć filmu o dwóch bluesujących braciach.


2, kraksy na kraksach [„Blues Brothers”, reż. John Landis]

Fabuła filmu Landisa jest pretekstowa, ale bohaterowie wykonując swoją misję w imię sierocińca, w którym się wychowali, muszą uciekać przed policją, konkurencyjnym zespołem bluesowym i… neonazistami. Przy okazji doprowadzają do jednej z najbardziej widowiskowych kraks w historii kina. Podczas całego filmu zniszczono ponad 103 auta, a w jednej ze scen zderza się ze sobą aż 60 (!) radiowozów. Taki wynik robi piorunujące wrażenie. Jak to kiedyś śpiewał nieodżałowany Krzysztof Krawczyk: „Skasowałem kilka bryk/Nie żałuję dziiiiiiiiiiiś”.


Zaskoczeni, że na szczycie nie umieściłem ani sceny z „Bullitta”, ani z „Blues Brothers”? Większe wrażenie zrobił na mnie pościg samochodowy z rewelacyjnego „Ronina” Frankenheimera.


1, ulicami Paryża [„Ronin”, reż. John Frankenheimer]

Swego czasu John Frankenheimer nakręcił kontynuację „Francuskiego łącznika” w reż. Friedkina. I choć w jego sequelu nie znalazł się pościg samochodowy, reżyser wziął przykład od Friedkina, czego dowodem najbardziej wgniatający w fotel pościg w historii kina. obezwładniające tempo tego pościgu to poezja, a sama scena ma świetnie zbudowane napięcie oraz oszczędnie użytą muzykę w tle, co nadaje całości niezwykle surowego i realistycznego wyrazu. Ze wszystkich umieszczonych tutaj pościgów, „Ronin” może poszczycić się właśnie najbardziej realistycznym pościgiem.


To była moja lista ekranowych pościgów. Które tytuły wam przychodzą do głowy. Piszcie swoje typy w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

środa, 15 kwietnia 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „KSIĄŻKOSPEKTYWA”


Cześć wszystkim. W tym odcinku przybliżę wam historię powstania jednej z najsłynniejszych serii książkowych autorstwa nieodżałowanego Dana Simmonsa: „HYPERION CANTOS” gdzieniegdzie znany po prostu jako „Hyperion/Endymion”. Zaczynamy.


KILKA SŁÓW O SERII

„Hyperion Cantos” to seria powieści science fiction autorstwa Dana Simmonsa. Tytuł pierwotnie odnosił się do zbioru pierwszych dwóch książek z serii, „Hyperion” i „Upadek Hyperiona”, a później zaczął odnosić się do całej fabuły, obejmującej „Endymiona”, „Triumf Endymiona” i szereg opowiadań. Mówiąc ściślej, w obrębie fikcyjnej fabuły, po pierwszym tomie, „Hyperion Cantos” to poemat epicki pióra Martina Silenusa, opisujący w formie wiersza wydarzenia z dwóch pierwszych książek.

Uniwersum Hyperiona narodziło się, gdy Simmons był nauczycielem w szkole podstawowej, jako rozbudowana opowieść, którą opowiadał swoim młodym uczniom w przerwach; zostało to zapisane w „Śmierci Centaura” i jej wstępie. Następnie zainspirowało to jego opowiadanie „Wspominając Siri”, które ostatecznie stało się zalążkiem "Hyperiona" i "Upadku Hyperiona". Po opublikowaniu kwartetu powstało opowiadanie „Sieroty Helixa”. „Sieroty” są obecnie ostatnim dziełem w "Hyperion Cantos", zarówno chronologicznie, jak i wewnętrznie.

Oryginalne „Hyperion Cantos” zostało opisane jako powieść wydana w dwóch tomach, początkowo oddzielnie ze względu na objętość. W swoim wstępie do „Sierot Helixa” Simmons wyjaśnia:


„Niektórzy czytelnicy mogą wiedzieć, że napisałem cztery powieści osadzone w „Uniwersum Hyperiona” – „Hyperion”, „Upadek Hyperiona”, „Endymion” i „Triumf Endymiona”.  Spostrzegawcza część tych czytelników — być może większość — wie, że tak zwany epos składa się w rzeczywistości z dwóch długich i wzajemnie powiązanych opowieści, dwóch opowieści o Hyperionie połączonych ze sobą i dwóch opowieści o Endymionie połączonych ze sobą, podzielonych na cztery księgi ze względu na realia wydawnicze.”


Spośród czterech powieści, „Hyperion” otrzymał nagrody Hugo i Locus w 1990 roku; „Upadek Hyperiona” zdobył nagrody Locus i British Science Fiction Association w 1991 roku; a „Triumf Endymiona” otrzymało nagrodę Locus w 1998 roku. Wszystkie cztery powieści były również nominowane do różnych nagród science fiction.


OMÓWIENIE TOMÓW

Pierwotnie opublikowany w 1989 roku, „Hyperion”, pierwszy tom czteroksiągu, ma strukturę narracji ramowej zbliżoną do „Opowieści kanterberyjskich” Geoffreya Chaucera i „Dekameronu” Giovanniego Boccaccia. Historia splata ze sobą historie zróżnicowanej grupy podróżników wysłanych na pielgrzymkę do Grobowców Czasu na Hyperionie. Podróżnicy zostali wysłani przez Hegemonię (rząd ludzkich systemów gwiezdnych), Wszechrzecz i Kościół Ostatecznego Pojednania, znany również jako Kościół Dzierzby, aby zwrócić się do Dzierzby z prośbą. W miarę postępów w podróży każdy z pielgrzymów opowiada swoją historię. 

Bezpośrednią kontynuacją książki jest „Upadek Hyperiona”. Ta książka, z kolei, porzuca ramową strukturę narracyjną pierwszej powieści i zamiast tego jest prezentowana głównie jako seria snów Johna Keatsa. 

Trzeci tom cyklu nosi tytuł „Endymion”. Zawarta w tej książce historia rozpoczyna się 274 lata po wydarzeniach z poprzedniej powieści. W kolejnych dwóch pojawia się niewielu głównych bohaterów z dwóch pierwszych tomów. Głównym bohaterem jest Raul Endymion, były żołnierz, który po niesprawiedliwym procesie zostaje skazany na śmierć. Zostaje uratowany przez Martina Silenusa i poproszony o wykonanie serii niezwykle trudnych zadań. Głównym zadaniem jest uratowanie i ochrona córki Brawne Lamii (jednej z głównych bohaterek Hyperiona), Enei, mesjasza, który przybył z okresu tuż po wydarzeniach z pierwszych tomów, podróżując w czasie. Kościół katolicki stał się dominującą siłą w ludzkim wszechświecie i postrzega Eneę jako potencjalne zagrożenie dla swojej potęgi. Grupa złożona z Enei, Endymiona i A. Bettika (androida) unika sił Kościoła na kilku planetach, korzystając ze statku kosmicznego Konsula, kończąc historię na Ziemi.

Ostatnią powieścią z serii jest „Triumf Endymiona”, która tak jak „Upadek Hyperiona” dla tomu pierwszego, stanowi bezpośrednią kontynuację poprzedniej powieści. Książka ta kończy historię rozpoczętą w Endymionie, rozwijając wątki z „Endymiona”, gdy Raul i Enea walczą z Kościołem i spotykają swoje przeznaczenie.


PODSUMOWANIE

Czteroksiąg autorstwa Dana Simmonsa jest jedną z najciekawszych, ale też wymagających serii w historii science fiction. Jego atrakcyjność wynika w dużej mierze wynika z szerokiego wykorzystania odniesień i aluzji do szerokiego grona myślicieli, takich jak Teilhard de Chardin, John Muir, Norbert Wiener, a także do poezji Johna Keatsa, słynnego XIX-wiecznego angielskiego poety romantycznego, mitologii nordyckiej i mnicha Ummona. Simmons przyznaje, że wiele elementów technologicznych jest inspirowanych elementami książki „Out of Control: The New Biology of Machines, Social Systems, and the Economic World”.

Seria „Hyperion” zawiera wiele ech Jacka Vance’a, co zostało wyraźnie wspomniane w jednej z późniejszych książek.

Trudno nie zauważyć w tej serii szczególnie odniesień do twórczości Johna Keatsa. Tytuł pierwszej powieści, „Hyperion”, zaczerpnięty jest z jednego z wierszy przedwcześnie zmarłego poety, niedokończonego eposu „Hyperion”. Podobnie tytuł trzeciej powieści pochodzi z poematu Keatsa „Endymion”. Cytaty z autentycznych wierszy Keatsa i fikcyjnych pieśni Martina Silenusa są przeplatane w powieściach.  Simmons posuwa się tak daleko, że w serialu ważną rolę odgrywają dwie sztuczne reinkarnacje Johna Keatsa („cybrydy”: sztuczne inteligencje w ludzkich ciałach).


link: https://lubimyczytac.pl/cykl/795/hyperion

wtorek, 14 kwietnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. Zapraszam was na kolejną muzyczną podróż w czasie, tym razem do lat 90, gdy na rynku płytowym ukazał się album grupy Olive „EXTRA VIRGIN”. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Extra Virgin” jest debiutanckim albumem w dorobku zespołu Olive, a prace nad nim trwały od

Do 1994 roku trzy dema (które stały się „Miracle”, „Falling” i „You're Not Alone”) zostały nagrane w piwnicznym studiu Kelletta, po czym obaj rozpoczęli poszukiwania wokalisty. W tym czasie Kellett wyruszył w trasę jako klawiszowiec z The Durutti Column Vini Reilly'ego, z którym grał przez dekadę przed dołączeniem do Simply Red. Podczas odtwarzania na scenie wcześniej nagranych próbek klawiszowych, Kellett usłyszał sprzyjającą próbkę wokalną; głos należał do Ruth-Ann Boyle, która dostarczyła próbki do albumu The Durutti Column z 1994 roku, „Sex and Death”.

Kellett skontaktował się z Boyle'em w sprawie śpiewania dla zespołu; w tamtym czasie pracował w barze i choć rozczarowany wcześniejszymi doświadczeniami w śpiewaniu w zespołach, Boyle zgodził się. Po przesłuchaniu z „Miracle” ustalono członkostwo Boyle'a w zespole. Ukończenie trzech pierwszych demówek przyciągnęło zainteresowanie różnych brytyjskich wytwórni płytowych, a Olive podpisała kontrakt z wiodącą wytwórnią, RCA we wrześniu 1995 roku.

Proces pisania piosenek i nagrywania zakończył się ukończeniem ich pierwszego albumu w styczniu 1996 roku.


UTWORY PROMUJĄCE

Album zawiera singiel „Miracle” [nr 1] wydany w czerwcu 1996 roku, który znalazł się na 41 miejscu na brytyjskich listach przebojów, oraz „Outlaw” [nr 7], który uplasował się na 14. miejscu brytyjskich list przebojów. Jednak największy sukces odniosła kompozycja „You`re Not Alone” [nr 5], który pierwotnie osiągnął 42. miejsce na brytyjskiej liście przebojów w 1996 roku, a po ponownym wydaniu w 1997 roku osiągnął numer jeden.


PREMIERA I SUKCES

Album spotkał się z ciepłym przyjęciem ze strony krytyków. Jeremy Helligar z magazynu „People” napisał:


Rozgrzany, miodowy wokal Ruth-Ann Boyle równoważy lodowatość tytułów takich jak „Killing” i „Blood Red Tears”; jej głos pieści aranżacje jednocześnie delikatnie i niespokojnie. To intrygujące połączenie sprawia, że „Extra Virgin” to słodko-gorzka rozkosz”.


Jeśli chodzi o sprzedaże, tu bywało różnie. Na brytyjskich listach najchętniej kupowanych albumów, „Olive” zajęło 15 miejsce, co było najwyższym wynikiem jeśli chodzi o sprzedaż płyty. Na szkockich listach krążek zajął dopiero 58 miejsce, a na australijskich listach jeszcze niższe, bo 89, miejsce.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PL5enFP-g86aUr_ZsRkrsCKPKYFgEGW3QY

 
ZMARŁA MOYA BRENNAN,

WOKALISTKA IRLANDZKIEGO ZESPOŁU CLANNAD


Marcin Klimczuk.


Dotarła do nas smutna wiadomość ze świata muzyki rozrywkowej. W wieku 73 lat zmarła irlandzka piosenkarką Moya Brenna, wokalistka kultowej grupy muzycznej z lat 80 Clannad. Pochodziła z bardzo uzdolnionej muzycznie rodziny (w skład Clannad wchodzili jej bracia i siostry), a jedna z jej sióstr, Eithne Patricia Ni Bhraonáin, z czasem rozpoczęła karierę pod pseudonimem Enya. 

Niżej zamieszczam link z informacją o śmierci Moyi Brennan:

https://www.onet.pl/muzyka/onetmuzyka/nie-zyje-moya-brennan-jej-zespol-stworzyl-muzyke-do-serialu-robin-hood/5xmlfd4,681c1dfa