niedziela, 30 sierpnia 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „BOHATEROWIE POPKULTURY”


Cześć wszystkim. Skoro od miesiąca w polskich kinach gościmy najnowszego „Spider-Mana”, za pewne dla wielu z was przestało być tajemnicą kim jest postać grana przez gwiazdę „Stranger Things”, Sadie Sink (sama zainteresowana w końcu też to ujawniła). Dlatego z czystym sumieniem mogę tym razem przedstawić sylwetkę jednej z najbardziej znanych mutantek ze szkoły Profesora X, czyli JEAN GREY. Zaczynamy


Dane:

Twórcy: Stan Lee, Jack Kirby

Odtwórcy: Catherine Disher [„X-Men”, „Spider-Man”, dubbing] 

                  Venus Terzo [„X-Men Evolution”, dubbing]

                  Famke Janssen [„X-Men”, „X-Men 2”. „X-Men: Days of Future Past”, reż. Bryan 

                  Singer; „X-Men: Ostatni bastion”, reż. Brett Ratner; „Wolverine”, reż. James Mangold]

                  Sophie Turner [„X-Men: Apocalypse”, reż. Bryan Singer; „X-Men: Dark Phoenix”, reż. 

                  Simon Kinberg]

                  Sadie Sink [„Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, reż. Destin Daniel Cretton]


HISTORIA POWSTANIA. GENEZA POSTACI.

  Jean Grey należy do jednej z najbardziej znanych członkiń komiksowej grupy X-Men. Jej debiut miał miejsce już w pierwszym albumie serii, we wrześniu 1963 roku. W pierwszym numerze Grey zostaje wprowadzona wraz z Cyclopsem, Beastem, Icemanem i Warrenem Worthingtonem III jako uczennica Profesora X, która walczy z Magneto. Jedyny członek oryginalnej drużyny, Marvel Girl, była jej stałym członkiem aż do publikacji serii. Niejednokrotnie była obiektem zainteresowań wśród męskich uczniów szkoły Profesora X. 

  Jean Grey jest córką Johna i Elaine Grey. Miała również siostrę, Sarę. Już w wieku dziesięciu lat ujawniła swoje zdolności, wchodząc do umysłu najlepszej przyjaciółki, która wcześniej uległa wypadkowi samochodowemu. Jean poczuła jak jej przyjaciółka umiera, w wyniku czego zapadła w katatonię. Dopiero Charles Xavier (poźniejszy Profesor X) wyrwał ją z tego stanu. Jean dołączyła do X-Men najpierw pod pseudonimem Marvel Girl, a potem funkcjonowała pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. 

  W zespole odgrywała znaczącą rolę. Tam również zakochała się w koledze z zespołu, Cyclopsie, za którego później wyszła za mąż. Była jednocześnie jedną z najbardziej tragicznych postaci, gdyż na dobrą sprawę nie potrafiła do końca kontrolować swoich mocy. Z tego powodu Profesor X po przebudzeniu jej z katatonii, musiał zablokował również część jej zdolności, by nie stanowiła zagrożenia dla całego otoczenia.

  Przez pewien okres komiksy o przygodach X-Menów nie sprzedawały się za dobrze, chociaż Lee i Kirby wprowadzali kolejnych członków, bez których trudno sobie dziś wyobrazić komiksowych mutantów (jak choćby Wolverine’a). Sytuację poprawiła sama Jean Grey, gdy w wyniku wypadku jej ciało połączyło się z mistyczną istotą zwaną Phoenix. Po tym wydarzeniu jej zdolności znacząco wzrosły, a sama Grey stała się wyjątkowo niebezpieczna. Wydarzenie to miało miejsce w słynnym komiksie „Dark Phoenix Saga”, a w trakcie jego publikacji od stycznia do listopada 1980 roku zanotowano gwałtowny wzrost zainteresowania X-Menami.


MOCE 

  Jean Grey posiada silne zdolności telekinetyczne. Umie również posługiwać się telepatią, jednak w znacznie mniejszym stopniu niż np. prof. Charles Xavier. Gdy stała się awatarem Phoenix Force, zyskując nadzwyczajne, ale również niszczycielskie, zdolności – stała się jedną z najpotężniejszych istot w Uniwersum Marvela.


W JAKICH PRODUKCJACH WYSTĘPUJE?

  Jean Grey, jak wiele postaci z Uniwersum Marvela, zadebiutowała na ekranie najpierw w serialu animowanym i to dopiero na początku lat 90. Animowana produkcja „X-Men” z 1992 roku (z rozpoznawalnym openingiem) była drugą, po anulowanym w 1989 roku serialu animowanym, po którym zachował się tylko pilotażowy odcinek „Pryde of the X-Men”), jaka powstała i odniosła z miejsca ogromny sukces (ostatnio powstała kontynuacja pt. „X-Men `97). Jean Grey wystąpiła też gościnnie w innym serialu z animowanego uniwersum Marvela: równie znanym „Spider-Manie” z lat 1994-1998. W obu serialach głosu podkładała jej Catherine Disher. Grey pojawiała się również w kolejnych animacjach, w tym m.in. „X-Men Evolution” (2000), gdzie głosu użyczyła jej tym razem Venus Terzo. 

  W końcu jednak postać zaczęła pojawiać się w kinie fabularnym. Pierwszy swój występ zaliczyła w superprodukcji Bryana Singera „X-Men”, który zrewolucjonizował jak na tamte czasy podejście do adaptacji komiksowych u progu XXI wieku (bez powodzenia filmu Singera nie byłoby choćby „Spider-Mana” Sama Raimiego). Grey, grana niezmiennie przez Famke Janssen, ewoluowała (tak jak sama filmowa franczyza): jeśli w pierwszym filmie była wyraźnie w tle (pierwsze skrzypce w „X-Men” grali Wolverine i Kitty Pride), o tyle w zdecydowanie lepszym „X-Men 2” w tej samej reżyserii (inspirowanym serią „God Loves, Men Kills”) została wysunięta na pierwszy plan, dając podwaliny pod fabułę o wiele słabszego „X-Men: Ostatni bastion”, tym razem w reżyserii Bretta Ratnera, inspirowany dla odmiany serią „Dark Phoenix Saga”. Warto zaznaczyć, że w trzech pierwszych filmach pojawia się zasadnicza zmiana względem komiksów: jeśli w komiksach Jean Grey była zakochana w Cyclopsie, o tyle w adaptacjach od 20th Century Fox romansowała z Wolverinem. W poźniejszych latach Janssen wracała do swojej roli jeszcze dwa razy: epizodycznie w „Wolverinie” Jamesa Mangolda oraz w widowiskowym „X-Men: Days of Future Past” w reżyserii Bryana Singera.

  Wspomniany Singer z jednej strony pożegnał dotychczasową odtwórczynię z postacią Jean Grey, a z drugiej strony wprowadził nową aktorkę. Tym razem była to gwiazda „Gry o tron”, Sophie Turner (odtwórczyni roli Sansy Stark), która w roli Jean Grey zadebiutowała w nie najlepiej przyjętym  filmie „X-Men: Apocalypse”. Choć sama aktorka wypadła nieźle, film został zmasakrowany m.in. za kuriozalny wątek Magneto rozgrywający się w Polsce. Singer odszedł od franczyzy (jak potem się okazało, na dobre), a za kamerą następnej części, „X-Men: Dark Phoenix” stanął tym razem Simon Kinberg, który chciał się zrehabilitować za niepowodzenie „X-Men: Ostatniego bastionu”, do którego napisał scenariusz. Obie części bazują na tej samej komiksowej serii o Mrocznej Feniks, jednak w tym przypadku wyszło jeszcze gorzej niż w 2006 roku.

  Niedługo potem wytwórnia Disney’a zakupiła wytwórnię 20th Century Fox, prawa do uniwersum X-Men (i, przy okazji także do Fantastycznej Czwórki) wróciły do Marvela, dlatego też zapadła decyzja o reboocie serii, który miałby być włączony do Marvel Cinematic Universe. Na początek Sagi Mutantów przyjdzie nam zaczekać do 2028 roku, jednak pewne podwaliny pojawiły się już w tegorocznym „Spider-Manie: Całkiem nowym dniu”, gdzie zadebiutowała nowa wersja Jean Grey, tym razem grana przez gwiazdę innego serialu, „Stranger Thongs”: Sadie Sink.

sobota, 29 sierpnia 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Cześć wszystkim, Tym razem odcinek „Nutki nostalgii” upłynie nam pod znakiem zadumy i tęsknoty. W ostatni wtorek światem muzyki pop wstrząsnęła informacja o śmierci Dolly Parton, ikony country. Dla uczczenia jej pamięci przeanalizuję dla was jej najbardziej znaną piosenkę: „JOLENE”. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU.

Podobno inspiracją dla „Jolene” była ruda kasjerka pracująca w banku – Dolly Parton podejrzewała swojego męża o to, że o niej fantazjuje, ponieważ zaczął często chodzić do banku. Sama artystka wspominała o tym na jednym z koncertów z 1988 roku, przy czym zapewniała jednak, że inspiracją dla utworu była mała, ruda dziewczynka, która po jednym z koncertów poprosiła artystkę o autograf i powiedziała, że ma na imię „Jolene”.

Co ciekawe, podczas wywiadu w programie The Bobby Bones Show w 2018 roku Dolly Parton ujawniła, że ​​napisała „Jolene” tego samego dnia, w którym napisała „I Will Always Love You” (a ta piosenka, unieśmiertelniona potem przez wykonanie Whitney Houston w 1993 roku) powstała po rozstaniu z tymże mężem i opowiada o złamanej miłości. Parton powiedziała z kolei w późniejszym wywiadzie, że oba utwory zostały napisane „w podobnym czasie”, ale niekoniecznie tego samego dnia.


ANALIZA

„Jolene” opowiada historię gospodyni domowej, która musi zmierzyć się z piękną uwodzicielką, którą podejrzewa o romans z jej mężem. Podmiot liryczny prosi tytułową kochankę by nie zabierała jej męża, choć zdaje sobie sprawę że uwodzicielka jest o wiele piękniejsza, a mąż potencjalnie nie może się jej oprzeć. 


PREMIERA I SUKCES

Piosenka stała się drugim solowym singlem Parton, który zajął pierwsze miejsce na listach przebojów country po wydaniu jako singiel w styczniu 1974 roku (przed premierą albumu). Utwór osiągnął szczyt listy przebojów w lutym 1974 roku; był to również jej pierwszy występ na liście Billboard Hot 100, gdzie wszedł do pierwszej 60-tki, a także niewielki wpis na liście Adult Contemporary. Do grudnia 2019 roku piosenka sprzedała się w Stanach Zjednoczonych w 935 000 egzemplarzy cyfrowych od momentu udostępnienia jej do pobrania.

Piosenka została później wydana jako singiel w Wielkiej Brytanii i stała się pierwszym utworem Parton, który znalazł się na listach przebojów w tym kraju, osiągając siódme miejsce na UK Singles Chart w 1976 roku. Utwór ponownie wszedł na listę przebojów, gdy Parton wystąpiła na festiwalu Glastonbury w 2014 roku. Do stycznia 2017 roku piosenka sprzedała się w Wielkiej Brytanii w 255 300 egzemplarzach cyfrowych. Według Official Charts jest to trzeci najczęściej odtwarzany utwór Parton w Wielkiej Brytanii, z ponad 209,4 milionami odtworzeń. Zainteresowanie piosenką odżyło po śmierci Parton w 2026 roku, a liczba odtworzeń na Spotify wzrosła o 630 procent na całym świecie. W kolejnym tygodniu „Jolene” osiągnęła 9. miejsce na oficjalnych listach przebojów, wyprzedzając inne utwory z biblioteki Parton, które ponownie znalazły się na listach przebojów.

Piosenka doczekała się kilkunastu coverów. Przytoczę jedynie kilka z nich, jednak każda z nich jest bardzo ciekawa. Pierwszy z nich powstał już w dwa lata potem, a nagrała go nieodżałowana Olivia Newton-John:


https://youtu.be/K9ynEaf2s3I?si=6M4x2DgM5eS7DySo 


Kolejny rozpoznawalny cover „Jolene” powstał dopiero w 2004 roku, kiedy to zabrał się za niego zespół The White Stripes:


https://youtu.be/yXlULkwhgrc?si=EbVbyFWexgmMmuYT 


Zdecydowanie najbardziej chwytający za serce jest cover nagrany w 2010 r. przez Miley Cyrus, prywatnie: chrześnicę Dolly Parton, która gościnnie wystąpiła w nagraniu:


https://youtu.be/f6H4r1kWqSM?si=daCoTfw6Zn8KqbWC 


Jeden z ostatnich coverów został nagrany zaledwie dwa lata temu przez Beyonce na potrzeby jej płyty utrzymanej w konwencji country:


https://youtu.be/tSrWTzoYDwI?si=QMlDce4_mRRPDV3K 



link: https://youtu.be/L0eeSoU35wM?si=bKmXRYY_hziOmrWU 


TŁUMACZENIE


Dolly Parton


„JOLENE”

tytuł oryg. „Jolene”


Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Błagam cię, proszę, nie zabieraj mi mojego mężczyzny

Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Proszę, nie zabieraj go tylko dlatego, że możesz


Twoja uroda jest nieporównywalna

Z płonącymi lokami kasztanowych włosów

Z kością słoniową i szmaragdowozielonymi oczami

Twój uśmiech jest jak powiew wiosny

Twój głos jest miękki jak letni deszcz

I nie mogę z tobą konkurować, Jolene


On mówi o tobie przez sen

Nie ma nic, co mogłabym zrobić, żeby powstrzymać

się od płaczu

Kiedy woła twoje imię, Jolene


I łatwo rozumiem

Jak łatwo mogłaś zabrać mi mojego mężczyzny

Ale nie wiesz, co on dla mnie znaczy, Jolene


Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Błagam cię, proszę, nie zabieraj mi mojego mężczyzny

Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Proszę, nie zabieraj go  Tylko dlatego, że możesz


Mogłabyś mieć wybór mężczyzn

Ale ja już nigdy nie będę mogła kochać

On jest tym jedynym dla mnie, Jolene


Musiałam z tobą o tym porozmawiać

Moje szczęście zależy od ciebie

I cokolwiek postanowisz zrobić, Jolene


Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Błagam cię, proszę, nie zabieraj mi mojego mężczyzny

Jolene, Jolene, Jolene, Jolene

Proszę, nie zabieraj go, mimo że możesz

Jolene

piątek, 28 sierpnia 2026


SPIDER-MAN : CAŁKIEM NOWY DZIEŃ *****


Życie superbohatera nie jest usłane różami. A Petera Parkera (przejmujący Tom Holland) w szczególności. Wbrew temu, jak można by dosłownie przetłumaczyć podtytuł tej części, na chłopaka nie nastał „Nowy, wspaniały dzień”. Wręcz przeciwnie (chyba że tytuł słynnej antyutopii Aldousa Huxleya przyjmiemy jako wyjątkowo cyniczny). Jak co dzień pod maską Spider-Mana walczy z kolejnymi przestępcami (swoje cameo zaliczają Tombstone czy wracający po dekadzie Scorpion, którego wcześniej widzieliśmy z Adrianem Toomesem w scenie po napisach ze „Spider-Mana: Homecoming”). Jednak gdy zdejmuje maskę superbohatera, musi zmagać się z samotnością po wydarzeniach z „No Way Home”: tak Ned Leeds, jak i - o zgrozo - MJ zupełnie wymazali go z pamięci: gdy oni dostali się na wymarzone studia, on musi samotnie bujać się między wieżowcami Nowego Jorku. Jak to śpiewał ongiś Ryszard Riedel z zespołu Dżem: „Samotność to taka straszna trwoga”.

Czyżby więc superbohaterskość służyła Peterowi jako forma terapii? Można by tak uznać, gdyby nie powracające bóle głowy i niebezpieczny wzrost pajęczych hormonów (metafora dojrzewania?), które są zwiastunem potencjalnej pajęczej mutacji (i potencjalnej intrygi dla kolejnych części, w których być może zobaczymy Man-Spidera, czyli alter ego Spideya). Swą pomocną dłoń poda Bruce Banner (Mark Ruffalo), a nawet Punisher (Jon Bernthal; ich filmowa relacja to czyste złoto), ale na ile to się przyda, kiedy w Nowym Jorku zaczyna działać tajemnicza rudowłosa telekinetką (Sadie Sink), wpływająca na świadomość mieszkańców.

Zwykle, gdy dochodzi do reżyserskiego przetasowania i jeden reżyser zostaje zmieniony na innego, nie wróży to dobrej jakości kolejnych sequeli. Nie zawsze tak jest (choćby przypadek „Harry’ego Pottera i więźnia Azkabanu”, któremu przysłużyło się zamienienie family frendly Chrisa Columbusa na bardziej dojrzałego Alfonso Cuaròna) i to widać także tutaj. Gdy swój - nazwijmy to - storyarc przedstawił Jon Watts, przyszła pora zamienienia go na kogoś innego. Wybór Destina Daniela Crettona mógł wzbudzać pewne obawy (wcześniej przez niego nakręcony „Shang-Chi” nie każdemu się podobał), ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Wyszedł mu bowiem bardziej najlepszy, bardziej dojrzały, „Spider-Man” z Tomem Hollandem. I ja wiem, że to samo mówiłem i o „Homecoming”, i o „No Way Home”, ale w obu przypadkach za bardzo ponosiły mnie emocje (zwłaszcza przy „No Way Home”, którego napędzała nostalgia: gdyby wywalić obu starszych Spider-Manów, a do ról Doc-Ocka, Green Goblina, Sandmana, czy Lizarda dać innych aktorów, film byłby co najwyżej przyzwoity i nic poza tym). 

Przede wszystkim jest to kolejny, po znakomitym „Thunderbolts”, film Marvel Studios niebojący się podejmować poważne, jak na kino superbohaterskie, tematy. W tamtym filmie dotykano tematu PTSD, tu zaś mamy temat pokrewny, bo związany z samotnością. Niby przerabialiśmy to w trylogii Sama Raimiego z lat 2000 (gdzie Peter Parker dla bezpieczeństwa MJ po prostu z nią zerwał), ale tym razem uderzają mocniej w czulsze struny. Tam Parker mimo zerwania widywał się z MJ, tu zaś dawna ukochana dosłownie wymazała go z pamięci. W efekcie trudno nie współczuć bohaterowi, gdy MJ, po przebytych wydarzeniach i na jego oczach, obejmuje NOWEGO chłopaka (a jeszcze bardziej to boli, gdy wie się, że Tom Holland i Zendaya od niedawna są parą). Smutek jest tu zresztą równoważony pyszną relacją Spider-Mana z Punisherem kierującym się kompletnie innym kodeksem moralnym (znaleźć złola, przyłożyć mu pistolet do skroni i nacisnąć spust), co bawi tym bardziej, że Holland i Bernthal prywatnie są dobrymi kumplami (a poza tym obaj mieli również interakcję w tegorocznej „Odysei” Christophera Nolana. 

Nowemu reżyserowi należą się też brawa, za bardziej dojrzałe podejście do samego Parkera, który zaczyna rozumieć maksymę „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” (lepiej późno niż wcale) i nawet zaczyna rozważać zespołową walkę z przestępczością.

Film jest też dojrzalszy pod kątem aktorstwa. Tom Holland bezbłędnie oddaje zarówno dojrzałość jak i przede wszystkim samotność Petera Parkera. Jacob Batalon jak zwykle służy za element komediowy, za to Zendaya odsuwa na bok zarówno swój sarkazm jak i sarkazm MJ. Najwiecej emocji wzbudziła rola Sadie Sink, gwiazdy serialu „Stranger Things”, o której bohaterce niejeden raz spekulowano. Gdy piszę te słowa, od polskiej premiery filmu minął prawie miesiąc i za pewne wielu widzów poznało tożsamość jej tajemniczej postaci, jednak z dziennikarskiego obowiązku nie zdradzę jej personali. Powiem tylko tyle, że wypadła najlepiej spośród trzech aktorek, które do tej pory grały Tą Postać. Trudno się dziwić, skoro nawet w przebojowym serialu braci Duffer młoda aktorka zjadła na śniadanie bezbarwną Millie Bobby Brown, a nawet podpatrzyła jak odgrywać telekinetyczne zdolności.

Nowy film jest jednocześnie początkiem drugiej trylogii „Spider-Mana” w MCU i skłonny jestem uwierzyć, że piąty w kolejności dostaniemy szybciej niż można się spodziewać. Trudno by było inaczej, skoro film jest wielkim przebojem w kinach (tylko czekać aż przebije trzeciego „Avatara”, hi, hi, hi…), a poza tym wiele elementów tam wrzuconych nie znalazło jeszcze swojej kulminacji (kto czeka na wątek Man-Spidera, za pewne wprowadzony by nie mielić znowu Venoma?). No i jest też zgrabnym wprowadzeniem do kolejnej marvelowej sagi, która ma nastąpić po końcu mocno nagmatwanej Sagi Multiwersum.


Reż. Destin Daniel Cretton

Czas trwania: 140 min

Gatunek: przygodowy

Tytuł oryg. „Spider-Man : Brand New Day

czwartek, 27 sierpnia 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. Czy zdarzało się wam kiedyś kupić DWIE KSIĄŻKI Z RÓŻNIE PRZEŁOŻONYMI TYTUŁAMI, CHOCIAŻ PRZEZ TYCH SAMYCH TŁUMACZY? Dla wielu czytelników może to być niezła zagwozdka, choć trzeba przyznać, że tego typu praktyka często się zdarza. Przygotowałem dla was osiem przykładów takich procederów z powodami, dlaczego tak się dzieje.


8, Stephen King, „Cmętarz zwieżąt”/„Smętarz dla zwierzaków” [oba przekłady Pauliny Braiter]

Gdy myślimy o takich przypadkach, powieść Kinga jest dobrym przykładem. Wszystko jednak zaczęło się od starego tłumaczenia Michała Wroczyńskiego. Oryginalny tytuł, „Pet Sematary”, nawiązywał do błędów robionych przez dzieci. Późniejsza propozycja Pauliny Braiter, „Cmętarz zwieżąt”, bardziej to podkreślała. Czemu więc tak nagle nawiązano do poprzedniego przekładu? Z powodu tytułu drugiej adaptacji, która po polsku niezmiennie brzmiała „Smętarz dla zwierzaków” (nigdy nie byłem fanem tej wersji). Na szczęście przy kolejnych wznowieniach wrócono po poprzedniego wariantu.

Skoro jesteśmy przy adaptacjach, zmiana polskiego tytułu książki może wynikać również z tego, jak po polsku brzmi adaptacja tejże książki. I to pomimo zachowanego oryginalnego tytułu.

7, Agatha Christie, „Wigilia Wszystkich Świętych”/„Duchy w Wenecji” [oba przekłady Krzysztofa Masłowskiego]

Adaptując powieść Agathy Christie „Halloween Party”, Kenneth Branagh i scenarzysta Michael Green dokonali kilku kosmetycznych zmian: przenieśli akcję do Wenecji, dodali wątek seansów spirytystycznych, utrzymali całość w klimacie horroru. Przede wszystkim zmienili tytuł na „Ghosts in Venice”. To miało u nas przykre konsekwencje. Zachowano oryginalny tytuł i nazwisko polskiego tłumacza, ale przy wznowieniach zmieniano polski tytuł na ten bardziej filmowy (jakby filmowa okładka nie wystarczała). Dodawano jednak też uwagę, pod jakim polskim tytułem książka była u nas wcześniej znana.

Ciekawy w tym wszystkim jest przypadek pewnej antyutopii Anthony`ego Burgessa dwukrotnie przełożonej przez Roberta Stillera, choć w obu przypadkach na różne sposoby.

6, Anthony Burgess, „Mechaniczna pomarańcza”/„Nakręcana pomarańcza” [oba przekłady Roberta Stillera]

A Clockwork Orange” znany jest w Polsce zarówno jako „Mechaniczna pomarańcza” jak i jako „Nakręcana pomarańcza”. Choć można założyć, że pierwszy tytuł nawiązuje do adaptacji Kubricka, a drugi jest bliższy oryginałowi, powód jest inny. W obu przekładach Stiller użył różnych konwencji: za pierwszym razem użył neologizmów wywodzących się z języka rosyjskiego, w drugim przypadku: z języka angielskiego. Chciał w ten sposób nawiązać do języka powieści pochodzącego w oryginale z języka rosyjskiego. Planował też trzeci wariant – nawiązujący do języka francuskiego – ale zmarł nim to zrobił.

Co kraj, to inny tytuł – także w oryginale. Na miejscu 5. uplasował się najlepszy tego przykład.

5, Robert Graves, „Wyprawa po Złote Runo”/„Herkules z mojej załogi” [oba przekłady Haliny Sibery-Breitkopf]

Napisany przez Roberta Gravesa retelling mitu o wyprawie Argonautów znany jest za granicą (ale i u nas) pod dwoma tytułami. W Wielkiej Brytanii książka wyszła pod tytułem „The Golden Fleet” (dosł. „Złote Runo”), jednak Amerykanom za pewne taki tytuł nic by nie mówił, stąd decyzja o wydaniu zza oceanem pod tytułem „Hercules, My Shipmake” („Herkules z mojej załogi”). Polscy wydawcy wzięli od nich przykład, przy czym wydania z obydwoma wariantami mają przekład tego samego autorstwa. Co nie zmienia faktu, że czytelnicy sięgający po „Wyprawę po Złote Runo”, wiedzą na jaki retelling się piszą.

Pozostając w temacie mitologicznych retellingów, pochylmy się nad największym bestsellerem w dorobku Madeline Miller… nie, nie chodzi mi o „Kirke”.

4, Madeline Miller, „Achilles. W pułapce przeznaczenia”/„Pieśń o Achillesie” [oba przekłady Urszuli Szczepańskiej] – nowe wydawnictwo, nowe wydanie

Debiutancka powieść Madeline Miller została u nas wydana przez wydawnictwo Burda Publishing Polska pt. „Achilles. W pułapce przeznaczenia”. Tytuł, choć bardzo niefortunny względem oryginału, funkcjonował u nas, póki praw do książki nie kupiło wydawnictwo Albatros (święcące triumfy wydaną u nas „Kirke” tej samej autorki). O ile tłumaczenie pozostało bez zmian, o tyle nowe wydawnictwo podjęło decyzję o zmianie polskiego tytułu na bliższe oryginałowi, które brzmi „Song of Achilles”. I mimo wprowadzonego wątku LGBT, wywołującego spazmy u homofobów, książka odniosła sukces.

Podium otwiera klasyczna powieść science fiction znana u nas zarówno pod filmowym jak i oryginalnie książkowym tytułem.

3, Philip K Dick, „Blade Runner”/„Blade Runner. Czy androidy śnią o elektronicznych owcach” [oba przekłady Sławomira Kędzierskiego]

Dotąd nieprzetłumaczalny u nas tytuł „Blade Runner” funkcjonował u nas ze względu na film Ridleya Scotta (choć ten miał swój przetłumaczony tytuł: „Łowca androidów”). Tyle że powieść Philipa K Dicka ma zupełnie inny tytuł i osobom, które widziały film oryginał mógłby nic nie mówić. Stąd decyzja, by powieść w przekładzie Sławomira Kędzierskiego wydać u nas pod dwoma tytułami: filmowo-książkowym, by wszystko stało się dla nas jasne. Ja tylko czekam, aż nowe wydawnictwo pomyśli o zupełnie nowym wariancie tytułu np. „Łowca androidów. Czy androidy śnią o elektronicznych owcach”.

Czasem zmiana polskiego tłumaczenia tytułu jest konieczna z powodu niezadowolenia czytelników.

2, Jaroslav Hašek, Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny”/„Przygody dobrego wojaka Szwejka czasu wojny[oba przekłady Antoniego Kroha]

Powieść Jaroslava Haška w przekładzie Antoniego Kroha została wydana pod polskim tytułem jako „Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny”. Było to wierne oryginałowi tłumaczenie tytułu, problem pojawił się jednak z przyjęciem ze strony czytelników. Ci bowiem byli przyzwyczajeni do tłumaczenia: „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” dokonany przez Pawła Hulki-Jaskowskiego. Wyjątek zrobił tylko dla określenia „podczas”, które w oryginale brzmiało „za světové války” czyli dosł. „w czasie wojen światowych”, więc tu zmiana musiała zostać dokonana.

Złoto dla najbardziej słusznego przeredagowania polskiego tytułu zagranicznej powieści, który na trwałe zakorzenił się w świadomości czytelników. Tak jak sam przekład książki.

1, John Ronald Reuel Tolkien, „Władca Pierścieni: Wyprawa”/„Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia” [oba przekłady Marii Skibniewskiej]

To chyba najbardziej znany przypadek, gdy przeredagowano polski tytuł, by był bardziej zbliżony do oryginału. Przekład Skibniewskiej, choć wybitny ma wiele mankamentów, które z czasem zniwelowano. W oryginale pierwszy tom „Władcy Pierścieni” nosi tytuł „The Fellowship of the Ring”, a tytułowa „Wyprawa” pojawia się w całym opus magnum Tolkiena. W pewnym sensie można uznać, że za tą decyzją stała premiera filmowej adaptacji funkcjonująca już jako „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia”, jednak mimo kontrowersji ze strony spadkobierców Skibniewskiej była to słuszna decyzja.


To była moja lista książek z różnie przełożonymi tytułami, chociaż za przekłady samych książek odpowiadał ten sam tłumacz. Piszcie w komentarzach, jakie są wasze typy, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

środa, 26 sierpnia 2026

ODSZEDŁ TIM CURRY, 

PAMIĘTNY PENNYWISE Z "TO" Z 1990 ROKU

I DR FRANK-N-FURTER Z "ROCKY HORROR PICTURE SHOW".


Marcin Klimczuk.


Kolejna smutna wiadomość, tym razem ze świata kina. W wieku 80 lat odszedł od nas aktor Tim Curry. Jego popularność przypadła na lata 70-80. W 1975 roku wcielił się w transwestytę Dr Frank-N-Furtera w kultowym musicalu "Rocky Horror Picture Show". Dziesięć lat później, pod grubą warstwą makeupu, zagrał Władcę Ciemności w "Legendzie" Ridleya Scotta. W 1990 r., z kolei, zapisał się w świadomości widzów kolejną ikoniczną rolą: klauna Pennywise`a z pierwszej, telewizyjnej, adaptacji powieści Stephena Kinga "To". W latach 90 zagrał również w takich filmach jak "Kongo", "Kevin sam w Nowym Jorku" czy disnejowska adaptacja "Trzech muszkieterów" (jako kardynał Richelieu).

Od dziesięciu lat zmagał się z chorobą. W 2016 roku przeszedł udar mózgu, który na stałe przykuł go do wózka inwalidzkiego. Do końca życia udzielał się jedynie jako aktor głosowy, po raz ostatni zaledwie dwa lata temu.

Niżej zamieszczam link z informacją o śmierci Tima Curry`ego:

https://www.onet.pl/film/onetfilm/nie-zyje-tim-curry-aktor-mial-80-lat/229b2ss,681c1dfa 

wtorek, 25 sierpnia 2026


NIE ŻYJE DOLLY PARTON,

GWIAZDA MUZYKI COUNTRY.

Marcin Klimczuk

Dotarła do nas smutna wiadomość ze świata muzyki. W wieku 80 lat zmarła najsłynniejsza gwiazda muzyki country, Dolly Parton. Debiutowała w latach 60 (album "Hello, I`m Dolly" z 1967 roku). To ona właśnie jako pierwsza wykonała słynne "I will always love you" (1972), który po prawie 20 latach odświeżyła Whitney Houston.

Niżej zamieszczam link z informacją o śmierci Dolly Parton:

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. W kolejnym odcinku „W muzyczną podróż w czasie” przeniesiemy się do początków lat 80, by zapoznać się z historią albumu „DARE!” zespołu Human League. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Na początku 1981 r. zespół Human League składał się m.in. z Philipa Oakeya i Philipa Adriana Wrighta. Po pełnym goryczy rozpadzie pierwotnego zespołu w październiku 1980 r. i późniejszym zrekrutowaniu Sulleya i Catherall, nowy zespół ledwo przetrwał trasę po Europie, tymczasowo zatrudniając klawiszowca sesyjnego Iana Burdena, aby im pomógł. W rezultacie zespół był poważnie zadłużony i ledwo opłacalny komercyjnie. Pod presją Virgin Records, by osiągnąć wyniki, pierwotni członkowie Oakey i Wright wrócili do Monumental Studios w Sheffield, aby rozpocząć nagrywanie dem.

Pierwszym krokiem Oakeya było zaproszenie gitarzysty i klawiszowca Iana Burdena z trasy koncertowej z 1980 r., aby dołączył do zespołu na pełen etat. Virgin zasugerowało, że Oakey potrzebuje profesjonalnej produkcji i połączyło go z doświadczonym producentem Martinem Rushentem. Przeniósł zespół do swoich Genetic Sound Studios w wiejskim Berkshire, zarówno z powodu „niezdrowej” atmosfery w Monumental Studios w Sheffield, spowodowanej tym, że Human League dzieliło je z Heaven 17, jak i dlatego, że studia Rushent'a były lepiej wyposażone do rodzaju muzyki, którą tworzył zespół. Wadą było to, że odległość mogła stwarzać problemy Sulley'owi i Catherall, którzy w tym czasie zdawali egzaminy końcowe i musieli być regularnie dowożeni autobusem z Sheffield. W studiu utwory były budowane na podstawie prostego schematu perkusyjnego Linn LM-1, a aranżacje były zapisywane na wykresie w trakcie tworzenia: każda nuta była w pewnym momencie starannie rozważana pod kątem najlepszego efektu emocjonalnego, zgodnie ze stylem Rushent'a. Nagranie każdej piosenki zajmowało tydzień, a ostatnie partie perkusyjne nagrywano na taśmie, mając już wszystkie wypełnienia perkusyjne.


UTWORY PROMUJĄCE

Pierwszy utwór nowego, w pełni skompletowanego zespołu ukazał się w lipcu 1981 roku i nosił tytuł „Love Action (I Believe in Love)” [nr 3], który osiągnął trzecie miejsce na brytyjskiej liście przebojów. We wrześniu 1981 roku album został ukończony i tymczasowo zatytułowany „Dare”, na cześć okładki magazynu „Vogue”.

Aby przygotować się do premiery albumu (zaplanowanej na koniec października 1981 roku), wydano „Open Your Heart” [nr 2], który dotarł do szóstego miejsca na brytyjskiej liście przebojów. Towarzyszył mu wysokiej klasy film promocyjny.

Następnym wyborem dyrektora Virgin, Simona Drapera, był utwór „Don't You Want Me” [nr 10], duet, który Oakey nagrał z nastoletnią wokalistką wspierającą Susanne Sulley. Oakey nie był zadowolony z tej decyzji i początkowo się jej sprzeciwiał, uważając, że jest to najsłabszy utwór na płycie „Dare”; z tego powodu został on przeniesiony na ostatnią stronę B albumu winylowego. Ostatecznie Virgin odrzuciło Oakeya. Tymczasem stał się on najbardziej znanym przebojem zespołu, sprzedając się w milionach egzemplarzy na całym świecie i stając się 25. najlepiej sprzedającym się singlem w Wielkiej Brytanii. Był to również numer jeden na listach przebojów w okresie Bożego Narodzenia w 1981 r.


PREMIERA I SUKCES

Album odniósł ogromny sukces komercyjny, osiągając numer 1 na UK Albums Chart w drugim tygodniu od premiery. Oczekiwano, że wydanie albumu będzie kulminacją bardzo udanego roku dla zespołu, ale Simon Draper z Virgin Records zdecydował, że chce jeszcze jeden singiel z albumu przed końcem roku. Do Bożego Narodzenia 1981 r. „Dare” osiągnął status platynowej płyty w Wielkiej Brytanii, a „Human League” miał jednocześnie album numer 1. i singiel numer 1. na brytyjskich listach przebojów. „Dare” ostatecznie pozostał na UK Albums Chart przez 71 tygodni. Album z remiksami zatytułowany „Love and Dancing” został wydany w lipcu 1982 roku.

Płyta zebrała zróżnicowane opinie. W USA magazyn „Rolling Stone” przyznał płycie cztery z pięciu gwiazdek, a recenzent David Fricke pochwalił Human League za znalezienie „atrakcyjnego balansu między nowoczesną techniką a melodyjnym urokiem” na albumie „artystycznie chwytliwych” piosenek. Z kolei Robert Christgau z „The Village Voice” był mniej pod wrażeniem, przyznając jej ocenę „B−” i zauważając, że „Philip Oakey zachowuje się jak trzy rodzaje nadętego buca”.

Według książki „Let It Blurt: The Life and Times of Lester Bangs”, znany krytyk muzyczny Lester Bangs zmarł w wyniku przypadkowego przedawkowania narkotyków podczas słuchania utworu „Dare”.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PL97wd42ZfOvdhLeN7xanaCnLbJb33pGoT