wtorek, 6 października 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „W MUZYCZNĄ PODRÓŻ W CZASIE”


Cześć wszystkim. W kolejną podróż w czasie wybierzemy się do lat 80, by zapoznać się z historią albumu „REPEAD OFFENDER”. Zaczynamy.


HISTORIA ALBUMU

Po 14 miesiącach trasy koncertowej promującej debiutancki album, Richard Marx powrócił by rozpocząć pracę nad kolejną płytą. Promując debiutancki krążek, napisał kilka nowych utworów. Album nagrano z udziałem znanych muzyków studyjnych z okolic Los Angeles i odniósł jeszcze większy sukces niż jego debiut, spychając „Batcave” Prince`a z pierwszego miejsca listy Billboard 200.

„Repeat Offender” był efektem energii wygenerowanej przez ponad półtora roku w trasie i został napisany lub współtworzony w całości przez Marxa. Sam artysta tak wtedy o niej mówił:

„Niektórzy mogą pomyśleć, że tym razem będzie łatwiej, że będę mógł się po prostu zrelaksować, ale prawda jest taka, że jest trudniej, mam więcej do udowodnienia”.

Druga światowa trasa koncertowa Richarda Marxa rozpoczęła się wiosną 1989 r. i obejmowała Australię, Singapur, Malezję, Japonię, Europę, Kanadę i Stany Zjednoczone. Trwała do sierpnia 1990 r. Do najważniejszych wydarzeń tej trasy należał występ w prestiżowej Royal Albert Hall w Londynie oraz zaproszenie od Tiny Turner do koncertowania w Niemczech.

Pod koniec 1989 r. Marx miał także niepowtarzalną okazję wykonania utworu The Beatles „Help!” pod Murem Berlińskim. W 1990 roku piosenkarz otrzymał swoją drugą nominację do nagrody Grammy w kategorii „Najlepszy męski występ wokalny pop” za utwór „Right Here Waiting”.


UTWORY PROMUJĄCE

Pierwsze dwa single, wydany 25 kwietnia 1989 roku „Satisfield” [nr 2], a zwłaszcza „Right Here Waiting” [nr 5] z 21 czerwca tego samego roku, dotarły na pierwsze miejsce, zamykając serię trzech kolejnych singli na pierwszym miejscu. Trzecim utworem promującym była kompozycja „Nothing You Can Do About It” [nr 1] W chwili gdy czwarty singiel, wydany 26 września utwór „Angela” [nr 3], dotarł do czwartego miejsca, Marx został pierwszym solowym artystą, który znalazł się w pierwszej piątce dzięki swoim pierwszym siedmiu singlom.

Dwa ostatnie utwory zostały wydane w 1990 roku. Dnia 7 styczniu wydano „To Late To Say Goodbye” [nr 4], z kolei 17 kwietnia ukazał się ostatni utwór promujący zatytułowany „Children of the Night” [nr 11] napisany na rzecz organizacji z siedzibą w Van Nuys, wspierającej uciekinierów.


PREMIERA I SUKCES

Wydany 26 kwietnia 1989 r., krążek osiągnął pierwsze miejsce na liście „Billboard” Pop Albums. Album uzyskał status czterokrotnie platynowej płyty w Stanach Zjednoczonych dzięki pięciu głównym singlom na listach Billboard. Album cieszył się powodzeniem szczególnie w Australii, Kanadzie, Niemczech, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, USA, Szwecji i Szwajcarii, gdzie uplasował się w pierwszej dziesiątce najchętniej kupowanych albumów.


link: https://www.youtube.com/playlist?list=PLFAcddgaFN8xvr6ORo3L66zWjOTESIKYS

poniedziałek, 5 października 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „ALEJA GWIAZD POPKULTURY”


JAN HOLOUBEK : DBAŁOŚĆ O HISTORIĘ I REALIA


Cześć wszystkim. Tym razem w ramach poniedziałkowego cyklu „Aleja Gwiazd Popkultury” przybliżę wam sylwetkę jednego z najbardziej znanych i rozchwytywanych reżyserów w ostatnim czasie, czyli Jana Holoubka, którego najnowszy film, polski western „Dziki dziki wschód” odniósł sukces w czasie swojej premiery na festiwalu w Gdyni. Zaczynamy.


MŁODOŚĆ

Jan Holoubek jest synem wybitnej pary aktorskiej, Gustawa Holoubka i Magdaleny Zawadzkiej, z kolei matką chrzestną była Jadwiga Barańska, żona Jerzego Antczaka. W młodości uczył się gry na fortepianie i perkusji, śpiewał w chórze „Lutnia”. W 1992 r. zainteresował się reżyserią. W 2001 r. ukończył studia na Wydziale Operatorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi.

Swojego fachu uczył się pod okiem takich wybitnych filmowców jak Edward Kłosiński i Witold Sobociński. Od 2004 r. pracuje samodzielnie jako operator przy filmach fabularnych, telewizyjnych i reklamowych. Był także operatorem światła w spektaklu „Król Edyp” w Teatrze Ateneum, za którego reżyserię odpowiadał jego ojciec, Gustaw Holoubek. Oprócz tego pracował na planach filmów Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego, Jerzego Stuhra i Krystyny Jandy.


KARIERA 

W 2007 roku zadebiutował jako reżyser filmem dokumentalnym „Słońce i cień”, który zdobył nagrody na licznych festiwalach. Od 2011 roku jest członkiem Stowarzyszenia Autorów Zdjęć Filmowych. W 2014 r. wyreżyserował mockument „Pocztówki z republiki absurdu”. W 2018 r.  był operatorem na planie serialu „Kruk. Szepty słychać po zmroku”, a także wyreżyserował dla nieistniejącej już platformy Showmax serial kryminalny „ROJST”, napisany wspólnie z Kasprem Bajonem (wraz z premierą drugiego sezonu zatytułowanego „Rojst ’97” serial został przejęty przez Netflixa). Reżyserował też odcinki serialu „Odwróceni. Ojcowie i córki” w 2019 roku.

W 2020 r. zadebiutował w pełnym metrażu filmem „25 LAT NIEWINNOŚCI. SPRAWA TOMKA KOMENDY”, opartym na autentycznej historii procesu sądowego Tomasza Komendy niesłusznie skazanego za gwałt na nastolatce. Dopiero 18 lat po wydaniu wyroku wszczęto postępowanie w sprawie domniemanego przestępstwa seksualnego. Film zdobył wiele prestiżowych nagród, w tym za najlepszy debiut (na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni), a także za najlepszą reżyserię i odkrycie roku (Polskie Nagrody Filmowe „Orły” 2021). 


STYL

Zarówno jego debiut, jak i późniejsze tytuły, pokazują że w twórczości Jana Holoubka dominują przede wszystkim filmy oparte na autentycznych wydarzeniach. Holoubek dba o to, by jego filmy były autentyczne, dlatego stawia na rzetelne odzwierciedlenie minionych wydarzeń, sugestywną scenografię i autentyczne relacje bohaterów. Widać to było zarówno w „Rojście” jak również w takich produkcjach jak serial, o którym za chwilę będzie mowa.


KOLEJNE TYTUŁY

W kolejnych latach Jan Holoubek współpracował przede wszystkim z Netflixem, z którym odniósł wielki sukces przy pracy nad drugim sezonem „Rojsta”. W 2022 r. wyreżyserował 5-odcinkowy serial „WIELKA WODA” rekonstruujący Powódź Tysiąclecia, do której doszło na południu Polski w 1997 r. Serial zyskał ogromne uznanie, sukces odniósł nie tylko w Polsce, ale również w wielu krajach europejskich. Rok potem wrócił do kina by nakręcić polski film szpiegowski „DOPPELGANGER. SOBOWTÓR” z Jakubem Gierszałem i Tomaszem Schuchardtem w rolach głównych, oparty z kolei na działalności Jerzego Kaczmarka, szpiega specjalizującego się w podszywaniu się pod inne osoby.

W 2025 r. ponowił współpracę z Netflixem, dla którego nakręcił kolejny głośny miniserial: „HEWELIUSZ” inspirowany zatonięciem promu „Jan Heweliusz” w 1992 r. Była to kolejna po „Rojście” współpraca Jana Holoubka z Kasprem Bajonem. Ostatnio zaś, na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, premierę miał jego najnowszy film - polski western pt. „DZIKI DZIKI WSCHÓD”.



Jana Holoubka warto docenić za rzetelność w opowiadaniu historii i dbałość o oddawanie minionych realiów. Dzięki tym zabiegom, każdy film lub serial w jego reżyserii staje się sensacją w polskiej popkulturze. Filmy te sprawiły również, że Jan Holoubek od dawna nie jest kojarzony tylko i wyłącznie jako dziecko Gustawa Holoubka i Magdaleny Zawadzkiej.


link: https://www.filmweb.pl/person/Jan+Holoubek-108806 

sobota, 26 września 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „NUTKA NOSTALGII”


Bonjour. W dzisiejszym odcinku „Nutki nostalgii” cofniemy się aż do 2001 roku, by zapoznać się z historią jednej z piosenek Natashy St-Pier pt. „JE N`AI QUE MON AME”, która była bardzo istotna dla rozwoju kariery kanadyjskiej piosenkarki. Zaczynamy.


HISTORIA UTWORU

Utwór „Je n`ai que mon ame” został nagrany przez kanadyjską piosenkarkę Natashę St-Pier, pochodził z jej drugiej płyty i nie był pierwszym, który ujrzał światło dzienne. Wcześniej, w ostatnich miesiącach 2000 r, wydano „Tu m`envoles”, który odniósł umiarkowany sukces.

Wspomniany drugi album Natashy St-Pier, „À chacun son histoire”, został początkowo wydany tylko w Kanadzie (11 kwietnia 2000 r.). W tym samym roku wydała trzy single z albumu (utwór tytułowy, a także „Et la fille danse” i „Tu m'envoles”). W tym samym roku wystąpiła jako support Garou w paryskiej Olympii. Wraz z Florentem Pagny nagrała cover utworu Jeana-Jacques’a Goldmana „Là-bas”; utwór ten pojawił się na albumie Pagny z 2001 r., a później na własnym albumie „St-Pier De l'amour le mieux” (2002). Z kolei omawiany tu utwór napisał i skomponował Robert Goldman ukrywający się pod pseudonimem Jill Kapler, który przetłumaczył ją też na język angielski jako „All I Have Is My Soul”.

Piosenka zyskała popularność po tym jak została zgłoszona w 2001 roku na Konkurs Eurowizji, na którym reprezentowała Francję. „Je n'ai que mon âme”. Została zaśpiewana głównie po francusku, ale zawiera kilka fraz po angielsku (był to pierwszy przypadek, kiedy utwór kandydata z Francji zawierał angielski tekst). Piosenka została wydana w Kanadzie jako główny singel z albumu kompilacyjnego o tym samym tytule „Je n`ai que mon ame”. Poza Kanadą piosenka pojawiła się jako utwór na europejskiej wersji albumu studyjnego „A chacun son histoire”. St-Pier nagrała również angielską wersję pod tytułem „All I Have is My Soul”.


ANALIZA

Piosenka utrzymana w formie ballady, w której podmiot liryczny próbuje ze wszystkich sił wskrzesić pozornie skazany na niepowodzenie związek, mówiąc swojemu ukochanemu, że wciąż ma do niego uczucia, chociaż żadne z nich ostatnio ich nie okazywało.


PREMIERA

Utwór w 2001 reprezentował Francję w 46. Konkursie Piosenki Eurowizji w Kopenhadze i zajął w nim czwarte miejsce ze 142 punktami na koncie, w tym z maksymalnymi notami 12 punktów z Bośni i Hercegowiny, Rosji oraz Portugalii.

https://www.youtube.com/watch?v=L0OipASctkY&list=RDL0OipASctkY&start_radio=1

Piosenka stała się pierwszym przebojem w dorobku Natashy St-Pier. We Francji singiel znajdował się na liście przebojów Top 100 przez 26 tygodni. Rozpoczął od 11. miejsca 5 maja 2001 r., następnie dotarł do pierwszej dziesiątki i osiągnął szczyt na drugim miejscu w szóstym i siódmym tygodniu. Nie udało mu się zdetronizować utworu MC Solaara „Hasta la vista”, który wówczas był na szczycie listy. Następnie singiel spadał niemal nieprzerwanie na liście, łącznie przez dziewięć tygodni w pierwszej dziesiątce i 19 tygodni w pierwszej 50. Uzyskał status złotej płyty przyznany przez SNEP i był 28. na liście przebojów Annual Chart.

W Walonii w Belgii utwór „Je n'ai que mon âme” zadebiutował na 11. miejscu 12 maja 2001 r., awansował na trzecie miejsce, a dwa tygodnie później osiągnął drugie miejsce, za singlem o tym samym tytule autorstwa Daddy DJ, po czym spadł i utrzymywał się przez siedem tygodni w pierwszej dziesiątce i dwanaście tygodni w pierwszej czterdziestce. Był to 17. najlepiej sprzedający się singiel roku. Na paneuropejskiej liście przebojów Hot 100 Singles opracowanej przez „Music & Media” osiągnął 12. miejsce w siódmym tygodniu na liście.


link: https://youtu.be/cIkkPgsp39o?si=Quj9dPGauZ2RHtGJ


TŁUMACZENIE


Natasha St-Pier


„NIE MAM NIC PRÓCZ MEJ DUSZY”

tytuł oryg. „Je n'ai que mon âme”


Skoro muszę mówić, skoro muszę mówić o sobie,
Skoro twoje serce już nie płonie tak, jak kiedyś,
Nawet jeśli miłości, jak wierzę, nie da się wypowiedzieć
Ale skoro muszę mówić, to posłuchaj mnie
Ale mam tylko swoją duszę
Aby mówić ci o sobie

Och, tylko moją duszę
Moją duszę i mój głos
Takie kruche płomienie
Na czubkach moich palców
Żenująca broń
Aby mówić o sobie

Nawet jeśli mówisz, że jestem częścią ciebie
Że nasza historia będzie podążać za nami krok w krok
Wiem tak dobrze, że miłość ma swoje prawa
Jeśli musi być ocalona, to posłuchaj mnie

Ale mam tylko swoją duszę
Aby mówić ci o sobie
Och, tylko moją duszę
Moją duszę i mój głos
I moje ciało, które płonie
Na dźwięk twojego głosu
Jestem tylko kobietą
Która kocha cię cicho

Ale niech mnie Bóg przeklnie
Jeśli zapomnę swojej drogi
Niech życie mnie potępi
Jeśli nie jesteś już moim prawem
A ten płomień zgaśnie
Który płonie dla ciebie
Mam tylko swoj
ą duszę
Mówić o sobie
Mam tylko duszę
Mówić o sobie

piątek, 25 września 2026


BAW SIĘ DOBRZE I PRZEŻYJ ******


  Zaczyna się od przepisu Alfreda Hitchcocka, czyli od trzęsienia ziemi. Oto do nocnej kawiarenki wparowuje dziwnie ubrany facet (Sam Rockwell) i zaczyna wszystkim opowiadać, że pochodzi z przyszłości, a ludzkość wkrótce niechybnie umrze. Brzmi jak „Terminator” gdyby James Cameron go nakręcił pod mocnym wpływem LSD, a dalej robi się coraz ciekawiej. Otóż Mężczyzna z Przyszłości (którego imienia nigdy nie poznamy) werbuje grupę zapatrzonych w smartfony ludzi i wyrusza z nimi by zbawić świat przed… sztuczną inteligencją.

  Żyjemy bowiem w świecie całkowicie już zdominowanym przez sztuczną inteligencje. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Google randomowe pytanie, a obok wybranych linków wyskoczy także odpowiedź sporządzona przez A.I. Gdy dochodzi do awarii prądu i chce się zadzwonić do energetyki, prędzej czy później zamiast żywego konsultanta odezwie się jakaś wirtualna imitacja, ktora na dodatek będzie wmawiać, że rozmowa z nią zajmie mniej czasu niż z żywym oryginałem. A ludzie na wszystko dają się omamić, nie zdając sobie sprawy ile zagrożenia niesie A.I.

  Już wcześniej zdarzały się filmy, które ostrzegały widzów przed sztuczną inteligencją i jej szybkim rozwojem. „Matrix” Wachowskich (otaczający nas świat jako jedna wielka iluzja), „Terminator” wspomnianego już Jamesa Camerona (motyw buntu maszyn i walki z nimi), czy „Gry wojenne” Johna Badhama, a nawet „Avengers: Czas Ultrona” Jossa Whedona (groźba wybuchu trzeciej wojny światowej wywołanej przez komputer). Problem polegał jednak na tym, że widzowie nieczytający między wierszami, traktowali te filmy wyłącznie jako kolejne kino rozrywkowe dla zabicia nudy i nawet nie zaprzątali głowy by czytać między wierszami.

  I tutaj z pomocą przychodzi Gore Verbinski, który do niedawna mocno dogorywał w kinie. Przez ostatnią dekadę pozostawał w filmowym niebycie, a jego filmy („Rango”, „Lekarstwo na życie”) nie podbiły box office. Myślę jednak, że teraz może przebierać w propozycjach reżyserskich, bo jego najnowszy film to jego mocny come back. „Baw się dobrze i przeżyj” jest bowiem mocno dającą do myślenia przestrogą przed rozwojem sztucznej inteligencji i tego, co ona mogłaby zrobić z ludźmi. By skuteczniej przemówić nam do przeżartego przez Internet rozumu, Verbinski sięga po różne gatunki: od SF („Terminator”) po horror („Noc żywych trupów” George’a Romero; trudno nie przyznać mu racji, że ciągłe gapienie się w ekrany zamieni nas w zombiaki…). Całość zaś jest dziką, szaloną jazdą bez trzymanki utrzymaną na dodatek w konwencji gry RPG. Miał niewątpliwie nosa polski dystrybutor, kiedy wymyślał dla filmu hasło reklamowe: „Nie ma wątpliwości. Ten film zrobił szaleniec”. Szaleniec, dodam, z dobrymi intencjami.

  „Szaleniec” ów poprowadził ze sobą cały korowód świetnie dobranych aktorów, na których czele stoi bedący w swoim żywiole Sam Rockwell. Chemia między Bogu ducha winnymi zapaleńcami ruszającymi na straceńczą misję wylewa się z ekranu, a dzięki pojawiającymi się sporadycznie retrospekcjami, o części z nich dowiadujemy się czegoś więcej. A to, co cała ta wesoła gromada zastaje w drodze do celu (dość wspomnieć, że po tym filmie kociarze będą mieli niezłe koszmary), jest popisem niczym nieskrępowanej wyobraźni reżysera. Bo choć film zaczyna się jakby Cameron coś brał podczas pracy nad „Terminatorem”, to później wyglada tak, jakby ten sam reżyser oddał pracę Timowi Burtonowi. Czy jedno kłóci się z drugim? Absolutnie nie.

  Bo Verbinski wracając do pierwszej ligi nakręcił absolutny film tego roku. Wykorzystując do tego cytaty z przeróżnej maści gatunków, zrobił przestrogę dla widzów by za bardzo nie oddawać się sztucznej inteligencji, bo nawet gdyby ktoś spróbowałby nad nią zapanować, przegrałby z kretesem. Ba, sama walka ze sztuczną inteligencją koniec końców może się okazać syzyfową pracą. No bo sami powiedzcie, kto chciałby w czasie używania sztucznej inteligencji zamienić się w zombie (jak w „Komórce” Stephena Kinga, tyle że tam intryga obracała się wokół telefonów komórkowych) albo mieć wizje jak po LSD? Gore Verbinski apeluje do nas byśmy się powstrzymali i zastanowili się nad tym, co robimy. Nie on jeden w popkulturze przychodzi do ludzi z apelem o opamiętanie się, to samo kilka lat temu zrobił Ken Follett w znakomitym „Nigdy”, pokazując konsekwencje nieopamiętania się. Nie jest powiedziane, że się uda, ale można spróbować to zrobić. Tak jak uratować świat przed wielką katastrofą. Wciąż i wciąż, przeżywając jeden dzień na nowo. Niczym w „Dniu Świstaka”.

  Po obejrzeniu tego filmu już nigdy nie zechcecie sięgnąć po smartfony. Albo, przynajmniej, ograniczycie ich używanie. 


Reż. Gore Verbinski

Czas trwania: 135 min

Gatunek: science fiction

Tytuł oryg. „Good luck, have fun, don’t die”

czwartek, 24 września 2026

Cykl na blogu „CultureZone”: „UBÓSTWIANA ÓSEMKA”


Cześć wszystkim. W tym odcinku pochylimy się jeszcze nad adaptacjami znanych książek. Tym razem jednak skupimy się na PRZYSTĘPNOŚCI ADAPTOWANYCH KSIĄŻEK DLA WIDZÓW. Bo jak wiadomo, książki/komiksy/dramaty nie są dla czytelników (nawet dla wielbicieli materiałów źródłowych), tylko dla masowej widowni, która niekoniecznie miała styczność z tymże materiałem źródłowym. I choć zdarzały się w tej kwestii niejedne kontrowersje (jak wokół netflixowej „Lalki”), nie brakowało również wyjątków od tej reguły. Zaczynamy.


8, „Stara Baśń. Kiedy Słońce było bogiem”, reż. Jerzy Hoffman

Zaczynamy od przykładu z polskiego podwórka (niejedyny raz na tej liście). Książkowa „Stara Baśń”, choć pisana jako powieść historyczna „z czasów IX wieku”, inspirowana była legendą o Popielu i myszach. Hoffman adaptując książkę Kraszewskiego znalazł w tej historii paralele z „Makbetem” Szekspira. W obu przypadkach chodzi o walkę o władzę i studium despotycznych rządów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeżeli ktoś zechce zaadaptować „Balladynę” Juliusza Słowackiego, pisaną w ogóle na modłę szekspirowskich dramatów, to inspiracji również będzie szukał w „Makbecie”.

Jak wiadomo, książki rządzą się swoimi prawami, a adaptacje: swoimi. Dlatego typowym zabiegiem dla uatrakcyjnienia adaptacji czytelnikowi mogą być np. skróty fabularne.

7, „Tożsamość Bourne`a”, reż. Doug Liman

Powieść Roberta Ludluma, pierwszy tom trylogii o Jasonie Bourne, była adaptowana dwa razy. Pierwsza z nich, nakręcona pod koniec l. 80 jako telewizyjny miniserial, miał bardziej rozbudowaną fabułę, która dla współczesnego widza mogłaby się ciągnąć i ciągnąć. Z tego powodu film Douga Limana niweluje ewentualne dłużyzny i nie pozwala widzowi na choćby jeden oddech. Nie mówiąc już o tym, że zrobił z Matta Damona gwiazdę kina akcji. Fakt, że gdy do adaptacji dwóch kolejnych tomów zasiadł Paul Greengrass, wszystko zostało pozamiatane, jest tematem na inny ranking.

Miejsce 6. jest specjalnie dla osób, które obejrzały już netflixową „Lalkę” i niekoniecznie były zadowolone ze sposobów przystępności zastosowane przez Pawła Maślonę.

6, „Lalka”, reż. Wojciech Jerzy Has

Paweł Maślona postąpił wobec powieści Prusa niczym Luhrmann wobec „Romea i Julii” Szekspira: zachował jedno, unowocześnił drugie (unowocześnił język, zachował epokę), co może zakłócić odbiór adaptacji. A wystarczyło skupić się na głównym wątku i zrobić z adaptowanej (odczytywanej na różne sposoby) książki to, czym nie jest. Has zrobił z Prusa autora dekadenckiego melodramatu, co było świetne. Dlatego z nowych wersji „Lalki” czekam na film Kawalskiego. Z pierwszych recenzji wynika, że twórcy konkurencyjnej adaptacji zrobili z Prusa polską… Jane Austen. Też odważna interpretacja.

Uwspółcześnianie akcji w adaptacji samo w sobie nie jest złym pomysłem, o ile jest dobrze przemyślanym. Jak to miało miejsce w adaptacji „Klubu Włóczykijów”.

5, „Klub Włóczykijów”, reż. Tomasz Szafrański

W netflixowej „Lalce” drażnić mogą nagminnie stosowane wulgaryzmy, bez których serial i tak by się obył (wystarczy szybsze tempo, nawet względem adaptacji Hasa). Czyż nie lepiej by było uwspółcześnić sam czas akcji adaptacji by lepiej wstrzelić się w gusta widzów (tak, „Lalka” Maślony, nawet z wulgaryzmami, powodowałaby mniejszy zgrzyt, gdyby jej akcja toczyła się współcześnie). „Klub Włóczykijów” Tomasza Szafrańskiego przenoszący akcję powieści Niziurskiego z l. 60 do XXI w., nie jest jedynym tego typu przykładem, bo podobny zabieg zastosowano w „Szatanie z VII klasy” z 1962 r.

Tuż przed podium uplasowała się metoda, dzięki której swój trium odniósł „Władca Pierścieni” Petera Jacksona, a dziś to samo powtarza trylogia „Diuny” Villeneuve`a.

4, „Diuna”/„Diuna. Część druga”, reż. Denis Villeneuve/„Władca Pierścieni”, reż. Peter Jackson

Kto chciałby oglądać ciągnące się w nieskończoność (skądinąd malownicze) plenery Nowej Zelandii (odnoszące się do rozwleczonych opisów Śródziemia), lub słuchać ekologiczno-teologiczno-psychologicznych rozważań rodem z książkowej „Diuny”. Dla widza liczy się akcja. Żeby jednak adaptacja nie została położona przez przerost formy (w tym przypadku CGI) nad treścią, adaptatorzy dopuszczają się (minimalnego, ale jednak) zachowania poglądów autora. Bo choć adaptacje są realizowane dla masowych widzów, na seans chodzą też fani książek. Tak oto przysłowiowy wilk jest syty, a owca cała.

Podium otwiera film będący kwintesencją amerykańskiej popkultury l. 2000, gdy (m.in.) kino musiało się urealnić. Wśród zalewu tego typu filmów z tamtego okresu wybrałem „Troję”.

3, „Troja”, reż. Wolfgang Petersen

Podobnie jak tegoroczną „Odyseję” Nolana można odebrać jako film o PTSD, tak „Troję” sprzed 22 lat można odebrać jako film urealniający (na tyle, na ile byłoby to możliwe…) historię wojny trojańskiej. Film Petersena wpisał się w trend, który dotyczył wtedy niemal wszystkich popkulturowych historii: od komiksów (trylogia Nolana o Batmanie) przez legendy („Tristan i Izolda” Kevina Reynoldsa) po adaptacje książek („Casino Royale” z Craigiem w roli Bonda). Urealniając swoje filmy, reżyserzy sprawili że zwietrzałe historie nabrały nowego blasku i stały się bardziej przystępne dla widzów sprzed 20 lat.

O powodzeniu dobrej adaptacji na ekranie, nawet odbiegającej od materiału źródłowego, może też świadczyć żywsze tempo względem książki. Za przykład niech posłuży filmowy „Fight Club”.

2, „Podziemny krąg”, reż. David Fincher

W teorii, film Finchera oparty na powieści Chucka Palamiuka „Fight Club” podpada pod ten sam punkt, co „Tożsamość Bourne`a” Douga Limana, chociaż w tym przypadku o wiele lepszą robotę odwalił Paul Greengrass adaptując dalsze trylogii Roberta Ludluma o Jasonie Bourne. W przypadku „Fight Club”, powieściowy oryginał charakteryzował się rwanym, pełnym powtórzeń, stylem, co charakteryzowało stan psychiczny anonimowego bohatera. By zbliżyć się do książki, i nie zamulić umysłu widzów, Fincher użył rwanego montażu, szybkich monologów zza kamery i teledyskową estetykę. I wyszło zacnie.

Złoto, jak zwykle u mnie: przewrotne, dla głośnej trylogii Pier Paolo Pasolliniego inspirowanej klasykami literatury: „Księgą 1001 nocy”, „Opowieściami kanterberyjskimi” i „Dekameronem”.

1, „Trylogia życia”, reż. Pier Paolo Pasolini

Tzw „trylogia życia” Pasoliniego bierze na warsztat trzy teksty kultury, które w ujęciu włoskiego skandalisty mającego na koncie także adaptacje antycznych dramatów łączy erotyczny wydźwięk. Widać to szczególnie w „Kwiecie tysiąca i jednej nocy” oraz w „Dekameronie”, ale obecne jest także w „Opowieściach kanterberyjskich”. Pasolini dość luźno adaptuje wszystkie trzy zbiory historii, wyciągając z nich jednak ich esencję. A że za życia wzbudzał niejeden raz kontrowersje, podobnie jak adaptowane teksty, trudno o lepsze adaptacje przystępne dla widzów, niezależnie od czasów.


To była moja lista adaptacji przystępnych dla widzów. Jakie przykłady wam przychodzą do głowy? Piszcie swoje typy w komentarzach. A my widzimy się w następnym odcinku. Cześć.