piątek, 27 lutego 2026

WIELKI MARTY *****


Ambicja, niczym wysokie IQ, to dobra rzecz. Dzięki niej można osiągnąć jakiś sukces, nawet gdyby przyszłoby nam na niego zapracować latami. Ale ambicja, ponownie: niczym wysokie IQ, ma też swoje wady: w drodze do osiągnięcia celu można narobić sobie wielu wrogów, nawet wśród dotychczasowych przyjaciół. Chociażby przez górnolotne patrzenie na świat, który nas otacza.

Marty Mauser (znakomity Timothy Chalamet; Leonardo di Caprio ma mocną konkurencję w wyścigu o Oscara za Najlepszą Rolę) ambicję ma wypisaną na twarzy (ba, emanuje z niego jak boska poświata). Dorabia jako sprzedawca butów, a w wolnej chwili gra w pingponga. Jego ambitny cel to wygrana w Mistrzostwach Świata. Ma do tego prawo, bo przecież jest najlepszy na świecie i nikt mu nie powinien podskoczyć. A nawet, jeśli poniesie porażkę, puszczą mu nerwy i zacznie się domagać rewanżu... jakby ktoś jeszcze tego nie zauważył z opisu, bohater jest wyjątkowo antypatycznym i egocentrycznym bucem.

A Timothy Chalamet zjadł dotąd zęby na graniu tego typu postaci filmowych (poczekajcie do grudnia na premierę „Diuny. Części trzeciej”, a przekonacie się jak będzie się prezentował Paul „Muad`Dib” Atryda). Pod okiem czołowego reżysera studia A24, aktor wspina się na wyżyny swego ekranowego egocentryzmu. Jego bohater ma w sobie coś z Charliego Gordona, postaci z powieści „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa, który na skutek odbytej operacji mózgu zyskuje wysokie IQ i takież wysokie mniemanie o sobie (różnica jest taka, że Marty Mauser nie jest osobą niepełnosprawną, nawet intelektualnie). Gdyby ktoś wpadł na pomysł ponownej (po dwóch wcześniejszych) adaptacji wspomnianej powieści, za pewne Chalamet nadałby się idealnie do tej roli. Zwłaszcza gdy, tak jak tutaj, będzie miał zastęp tak dobrych aktorów (zwłaszcza wracającą po sześciu latach Gwyneth Paltrow).

Również Josh Safdie, dotąd realizujący filmy ze swoim bratem, Bennym (który w zeszłym roku sam nakręcił indywidualny film: „Smashing Machine” z Dwaynem Johnsonem), spisał się bardzo dobrze. On sam wyspecjalizował się w portretowaniu ludzi zachłannym, którzy nie cofną się przed niczym by osiągnąć swój cel, a przy tym odpychających i tracących coraz bardziej swoich bliskich. Tak było w „Good Time” z Robertem Pattisonem w głównej roli: jego bohater z jednej strony był odpychający, a z drugiej – trudno było o nim zapomnieć. Jedyne, co Safdiemu nie wychodzi, to zabawa formą: niby akcja toczy się w latach 50, a z głośników pobrzmiewają Tears for Fears i Alphaville z lat 80. Reżyser chce na swój komediowy sposób pokazać jak bardzo lata 50 były podobne do lat 80, ale ja tego nie kupuję, a włączanie dyskografii z dekady późniejszej o trzydzieści lat z lekka wytrąciła mnie z immersji. Zabawa formą lepiej wypadła Paulowi Thomasowi Andersonowi w „Jednej bitwie po drugiej”.

Ktoś powie, że to kolejny sportowy film (tak przy okazji, sekwencji gry w pingponga jest tu jak na lekarstwo). Pod płaszczykiem sportowej rywalizacji, pokazuje jednak jak ambicja potrafi być zabójcza dla zwykłego człowieka, który chce osiągnąć jak najwięcej i jak najwięcej. Jak ambicja potrafi wyobcować zwykłą personę i nie dopuścić do niej nikogo więcej. Trochę na podobnej zasadzie jak (skoro już jesteśmy przy porównaniach z Netflixem) w miniserialu „Gambit królowej”, której bohaterką była mistrzyni gry w szachy, a która z jednej strony osiągała sukcesy w turniejach szachowych (wygryzła samego Dorocińskiego), a z drugiej strony była taką outsiderką, że nie mogła się z nikim związać na dłużej. We wszystkim trzeba znać umiar. Także w byciu ambitnym.


Reż. Josh Safdie

Czas trwania: 140 min.

Gatunek: komediodramat

Tytuł oryg. Marty Supreme

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz