BACKROOMS : BEZ WYJŚCIA ****
Na początku była creepypasta, która zadebiutowała w 2019 roku na łamach forum 4chan, a potem stała się tak popularna, że szumnie przeniknęła do innych mediów, zaadaptowano ją na gry, pojawiła się też na YouTubie. W końcu upomniało się o nią kino. Czyli coś jak w przypadku serii „Transformers”, gdzie najpierw były zabawki, potem komiksy i seriale animowane, a finalnie w 2007 roku: film live action. Jest to swoisty ewenement, bo zwykle gdy mowa o jakimś horrorze, wywodzi się on z książki - czasem jest to klasyczny gotyk jak „Frankenstein” czy „Dracula”, innym razem twórczość Stephena Kinga - lub ze slashera, który ktoś remake’uje. Sytuację z „Backrooms: Bez wyjścia” można porównać do „Blair Witch Project”: tak jak film Daniela Myricka i Eduarda Sáncheza wprowadzał na salony found footage (technikę filmową stylizującą fikcyjny film na autentyczny materiał audiowizualny), tak w przypadku filmu Parsona wszystko zaczęło się właśnie od creepypasty.
Rzecz jasna, film Parsona to nie pierwsza próba takiej adaptacji, podobnie jak „Blair Witch Project” nie był pierwszym filmem próbującym urealnić grozę na ekranie (ta miała miejsce już w l 70, jak nie wcześniej, vide: „Cannibal Holocaust”). W 2018 r. nakręcono bowiem horror „Slender Man”, również inspirowany creepypastą (o grubo ponad dwumetrowym mężczyźnie w garniturze, który miał bardzo długie ręce i nie posiadał twarzy), który został zrównany z błotem. Z „Blair Witch Project” było podobnie: w chwili premiery w 1999 roku został przyjęty chłodno przez krytyków, dla których found footage był czymś nowym (a dziś robi się o tej technice wykłady na studiach filmoznawczych), podczas gdy część widzów uznała go za film kultowy.
Ogólnie trudno oprzeć się wrażeniu, że z creepypastami jest jak kiedyś z found footage. Chyba dopiero teraz można mówić o renesansie zainteresowania upiornymi historiami udostępnianymi w Internecie (co powinno trafić szczególnie do Pokolenia Z, chyba że będzie obgadywać film jak to miało miejsce na niektórych seansach), tak jak renesans horrorów found footage pojawił się dopiero w 2008 roku po premierze znakomitego hiszpańskiego „[REC]”. Po prostu w latach 2000 pojawiło się więcej chętnych do oglądania nowej jakości kina grozy, a dzisiejsze pokolenie woli raczej nie odrywać oczu od tabletów, laptopów czy iPadów i tylko historie internetowe z dreszczykiem mogą wzbudzić jakieś zainteresowanie (z naciskiem na „jakieś”).
Zainteresowanie 20-letnimi widzami jest możliwe, jeśli za kręcenie filmu weźmie się ich rówieśnik. I tu przechodzę płynnie do kolejnego punktu, który czyni z „Backrooms” fenomen: Kane Parson (rocznik 2006!) zaczynał jako youtuber (co łączy go z 26-letnim Curry Bakerem, reżyserem dopiero co wyświetlanego u nas horroru „Obsesja”). Któż lepiej nadawałby się na narratora dla Pokolenia Z siedzącego całe dnie w YouTubie, na TikToku czy Platformie X (ongiś zwanej Twitterem), jak nie ktoś, kto sam w tym medium siedzi. Na początku youtubowej działalności Parson rozpowszechniał filmiki inspirowane creepypastami o Backrooms (powstał z tego cały serial!), które poszerzały horrorowe uniwersum: kolejne potwory, czy organizacja badająca czym w ogóle jest to całe Backrooms. Wydawać by się mogło, że - pomijając wiedzę o tym uniwersum - chłopak niczym się nie wykaże na stołku reżyserskim. Tymczasem debiutant, ku zaskoczeniu sceptyków, umiejętnie poprowadził doświadczonych i dużo od niego starszych aktorów: Chiwetela Ejifora oraz Renate Reinsve. Zupełnie jak Spielberg, który w chwili kręcenia „Szczęk” sam nie miał jeszcze 30 lat (mimo to umiejętnie poprowadził Roya Schildera, Richarda Dreyfussa i Roberta Shawa), a który ostatnio zachwalał tak „Backrooms” jak i „Obsesję”. Czyżby przyszłość branży filmowej miała należeć teraz do youtuberów?
Na pierwszy rzut oka samo to brzmi jak jakiś horror. Parson świetnie buduje klimat i bezbłędnie prowadzi aktorów, choć w drugiej połowie film wyraźnie traci na jakości. Zgodziłbym się, zresztą, z zarzutami, że „Backrooms” wygląda jakby zrobili go dwaj filmowcy: Parson i ktoś, kto albo nie rozumie to całe creepypastowe uniwersum, albo woli sycić się hektolitrami krwi zamiast budowanym napięciem (które Parsonowi też wychodzi zaskakująco dobrze jak na youtubera). Dobrze to widać zestawiając początek i koniec filmu: na początku nie widzimy stworów, które zamieszkują Backrooms i nie widzimy kto atakuje przebywającego tam nieszczęśnika (słyszymy tylko jego spanikowany głos). W końcówce jest już tylko zwyczajna, masochistyczna, ekspozycja jak w najgorszych remake’ach slasherów. Ale spokojna głowa, Parson. Kiedyś za reżyserowanie pełnometrażowych filmów brali się twórcy seriali lub nawet teledysków. Nie wszystkim udawało się zaistnieć w kinie już swoimi debiutami (głównie z winy producentów) i dopiero za kolejnym podejściem zyskiwali popularność (jak uwielbiam uniwersum „Obcego”, tak trzecią część w reżyserii Davida Finchera nie znoszę i dopiero jego późniejsze „Seven” oraz „Fight Club” zrobiły na mnie wrażenie). Jeśli Parson dalej będzie coś kręcił - a niech to bedą kolejne horrory - to wyjdą mu lepiej niż sam debiut. Zresztą, „Backrooms” ma doczekać się wersji reżyserskiej, możliwe więc że będzie mniej ekspozycji i jatki, a więcej suspensu.
Na koniec podzielę się małą dygresją, skoro już robiłem porównania z młodym Spielbergiem: „Szczęki” swego czasu skutecznie zniechęcały widzów do, co najwyżej, wyjazdów nad morze (a nuż wynurzy się jakiś rekin po obiad…). „Backrooms: Bez wyjścia” ma potencjał by zniechęcić widzów do odwiedzenia sieci sklepów typu IKEA…
Reż. Kane Parson
Czas trwania: 105 min
Gatunek: horror
Tytuł oryg. „Backrooms”

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz