środa, 22 lipca 2026


ODYSEJA
 *****


Najnowsza adaptacja klasycznego poematu Homera wzbudzała kontrowersje jeszcze na etapie postprodukcji. Wytykano rażące błędy merytoryczne (inny typ zbroi Odyseusza od tego, który nosiło się w epoce mykeńskiej, czyli kiedy potencjalnie mogła wybuchnąć wojna trojańska), uwspółcześnienie języka (sformułowania typu „Let’s go!”), oraz obsadzenie rapera Travisa Scotta w roli antycznego pieśniarza czy w ogóle - jakże by inaczej w dzisiejszych czasach - poprawność polityczną (obsadzenie Afroamerykanki Lupity Nyongo w roli Heleny i Klitajmestry). Prawda jest jednak taka, że czasy się zmieniają, a co za tym idzie każda epoka i każdy naród, ma swoje własne wyobrażenie popkultury, zwłaszcza gdy bierze się na warsztat tak ponadczasowe dzieło jak eposy Homera. Jeszcze 22 lata temu, kiedy Wolfgang Petersen adaptując „Iliadę” (a bardziej inspirując się nią) kręcił „Troję” z Bradem Pittem, pokazał znany mit o wojnie trojańskiej zgodnie z ówczesną modą, gdy popkultura musiała być bardziej realistyczna (odbiło się to przy okazji na ówczesnym przedstawianiu takich postaci jak James Bond czy Batman). A dziś, gdy kinowe sale są oblegane przez super bohaterów z komiksów? Trzeba widzom przedstawić starożytnych super bohaterów. Co z kolei zrobić, kiedy obecne kino przeżarte jest poprawnością polityczną? Niestety, trzeba jej ulec, gdy nie ma innego wyjścia.

Nie dziwmy się więc takiej a nie innej obsadzie, kojarzącej się dziś z Marvelem (Tom Holland, Zendaya, Jon Bernthal, Lupita Nyongo) czy DC Comics (Robert Pattinson). Kim innym byli dla starożytnych Greków Odyseusz, Telemach, Agamemnon czy Menelaos, jeśli nie mitycznymi super bohaterami (dość rzec, że niektórzy herosi byli na wpół bogami i mieli swoje super moce w postaci nieśmiertelności). To oni mogą skusić widzów na kolejny seans, nawet jeśli MCU mocno dziś szwankuje, a DCU raptem raczkuje. Ale żeby przyciągnąć widza, potrzebny jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nolan, tak jak Tim Burton, lubi przefiltrowywać materiały źródłowe przez swoją wrażliwość i w jego przypadku odbywa się to przez pryzmat czasów, w jakich żyjemy. To on 22 lata temu, gdy Petersen kręcił „Troję”, dał nam bardziej realistycznego Batmana o aparycji Christiana Bale’a. Cztery lata potem, po premierze „Iron Mana” Jona Favreau, rozpoczął się boom na kino super bohaterskie (sam termin został ukuty właśnie w tym okresie, wcześniej o adaptacjach komiksów mówiło się: „film fantasy/SF” albo „film przygodowy”) i tej modzie Nolan w końcu też musiał ulec, niekoniecznie znowu adaptując przygody jakiegoś obrazkowego herosa w trykotach. Aż przypominają się lata 90, kiedy to ówczesne kino i TV były podporządkowane estetyce stacji MTV, w efekcie czego w filmach i serialach m.in. pojawiał się szybki i rwany montaż, obsadę zasilali w większości młodzi aktorzy (którzy do dziś podtrzymują popularność), a przy napisach końcowych rozbrzmiewała jakaś piosenka Bryana Adamsa lub Jona Bon Jovi. Tyczy się to też, niestety, poprawności politycznej: skoro inni obecnie jej ulegają, spędzając sen z powiek widzom, Nolan również musiał jej ulec (stąd Lupita Nyongo jako Helena i Klitajmestra… która, gdyby zmontować wszystkie sceny z jej udziałem, w całym filmie pojawia się przez raptem 10 minut czasu antenowego).

Ulegając dzisiejszej popkulturowej modzie, reżyser pod względem fabuły pozostał jednak wierny Homerowi (bardziej, niż Wolfgang Petersen, któremu swego czasu również wytykano nieścisłości historyczne i mitologiczne, a kręcąc „Troję” zachował takie elementy jak konia trojańskiego czy piętę Achillesa). Zaczynamy więc nietypowo na Itace, nie pod Troją, gdzie na nieobecnego Odysa czeka z utęsknieniem wierna Penelopa (Anne Hathaway) odpychająca od siebie cały tabun zalotników, na czele z Antinoosem (odpychający, nomen omen, Robert Patinson). W tym czasie Odyseusz (Matt Damon) przebywa od kilku lat na wyspie Kalipso (Charlize Theron), której opowiada o początkach swojej tułaczki. Jasne, z pewnych motywów musiał zrezygnować (brak Lotofagów, choć motyw lotosów wywołujących amnezję akurat się pojawia, i Feaków, a także takich postaci jak Eol, Alkinoos i Nauzikaa czy Nestor), ale takie były wymogi antenowe.

Przystosowując się do dzisiejszych czasów, Nolan pozostał również wierny swojemu stylowi reżyserskiemu. Reżyser bawiący się filmową formą (najczęściej manipulując czasem), w tym przypadku pobawił się narracją. Wrzucając co chwilę czyjąś retrospekcję, przeskakuje z jednej opowieści do drugiej. Każdy ma coś do powiedzenia: a to o Odyseuszu sprzed tułaczki, a to o Odyseuszu w czasie tułaczki (już zacieram rączki na ewentualny hollywoodzki remake „Rashomona” Kurosawy – ktokolwiek by to spartolił, byłby mistrzem). A mimo to blisko trzy godziny przelatują jak z bicza strzelił. Co więcej, w natłoku różnych perspektyw i opinii na temat Odyseusza, poemat Homera przestaje być baśniową historią o powrocie do domu, a staje się na wskroś współczesną opowieścią antywojenną. Odyseusz, zwykle przedstawiany jako archetyp przemyślności, tu staje się wątpiącą w skuteczność swoich działań jednostką, kierującą się swoimi działaniami i narażającą na szwank swoją załogę. Zwykle jakiekolwiek ingerencje w mitologię doprowadziłyby mnie do szewskiej pasji, a tutaj wszystko działało. Zwłaszcza po realizacji „Oppenheimera”, którego tytułowy bohater poniekąd też zaczął wątpić w swoje działania.

W ogóle obsada daje tu prawdziwy koncert aktorski. Zwłaszcza Robert Pattinson chyba definitywnie zrywa z siebie łatkę wampira-lovelasa z „Sagi Zmierzch”: najpierw zaczął grać u wartościowych reżyserów, ale mimo to dalej był kojarzony z Edwardem Cullenem z pretensjonalnego cyklu Stephenie Meyer. Nie trzeba też obawiać się kontrowersji wokół Lupity Nyongo czy nawet Travisa Scotta, bo ich czas antenowy (tyczy się to zwłaszcza Lupity Nyongo) jest ograniczony. Szczególne obawy wzbudzał we mnie raper Travis Scott – ok, żaden aojda nie był czarnoskóry, ale w jego przypadku obawiałem się dodatkowo raperskich odzywek w rodzaju: „Yo, yo, yo, posłuchajcie opowieści o dzielnym Odyseuszu i wojnie trojańskiej toczącej się przez dziesięć lat”. Tak samo ograniczony czas ma tutaj Zendaya, niekoniecznie grająca Atenę (chyba że nolanowska bogini mądrości ma w zwyczaju przybierać postać zamordowanej mieszkanki Troi) – aktorka pojawia się tylko raz na jakiś czas i to w charakterze głosu sumienia (ani razu u boku swojego męża, Toma Hollanda), co tylko podkreśla pacyfistyczny wymiar nolanowskiej „Odysei”.

Jeszcze przed wejściem na salę kinową, zastanawiałem się jak Nolan – reżyser unikający CGI i wykorzystujący tradycyjne filmowe tricki – upora się z warstwą fantastyczną. Łatwiej byłoby bowiem urealnić „Iliadę” (co, zresztą, zrobił Wolfgang Petersen 22 lata temu), niż „Odyseję”. Tułaczka Odyseusza bez fantastycznych stworów byłby zupełnie inną historią. Tymczasem Christopher Nolan wycwanił się, porównując fantastyczne elementy do różnych podgatunków horroru. Cyklop Polifem wygląda jakby zszedł z obrazów Pablo Picassa, czary Kirke przywodzą na myśl body horror, a ataki Scylli wywołują niezłe jump scary. Równie pomysłowo wygląda też wyprawa do świata podziemnego.

Przy tych wszystkich ochach i achach, przyczepiłbym się tylko do kostiumów – abstrahując od wierności historycznej, albo od tego że nolanowski Agamemnon wygląda jak antyczny Batman, niektóre kostiumy wyglądały śmiesznie (zwłaszcza zbroje Lajstrygonów, albo w najlepszym wypadku Trojańczyków…). O wiele bardziej niż zdjęcia, którym zarzucano że są zbyt ponure. Bez przesady, filmowa Grecja nie zawsze musi wyglądać jak z foldera turystycznego, zachęcająca do wakacji w basenie Morza Śródziemnego. Przez cały seans zastanawiałem się, kto został zatrudniony na operatora. Bo Szwed Ludwig Goransson ze swoją partyturą dorównał akurat najlepszym soundtrackom Niemca Hansa Zimmera.

Warto więc było wyprawić się na kolejną „Odyseją”. I przy okazji zignorować wszystkie kontrowersje wokół filmu. Czego i wam radzę.


Reż. Christopher Nolan

Czas trwania: 175 min

Gatunek: przygodowy

Tytuł oryg. „The Odyssey

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz