wtorek, 11 sierpnia 2026


Cykl na blogu „CultureZone”: „PROGRAM W ODCINKACH”


Cześć wszystkim. W kolejnym „Programie w odcinkach” wracamy do Westeros na 200 lat przed wydarzeniami w „Grze o tron”. Innymi słowy zapraszam na recenzję trzeciego sezonu „Rodu Smoka”. Zaczynamy.


RÓD SMOKA” (sezon 3) ****


twórca: Ryan J. Condal

obsada: Matt Smith, Emma D’Arcy, Olivia Cooke, Ewan Mitchel, Tom Glynn-Carney, Matthew Needham, Phia Saban, Fabien Franken, Rhys Ifan


Krew, pot, łzy. Szczęk oręża, ryk smoka, buchanie ognia. Trudno było zaprzeczyć, że dwa lata temu podczas oglądania drugiego sezonu „Rodu Smoka” wielu widzów za tym tęskniło. Wystarczyły jednak dwa sezony, by wszystko dało się naprawić. I chociaż wątku batalistycznego w tym sezonie jest jakby mniej, serial nie zaniża swojego poziomu. Wręcz przeciwnie: w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu, tu jest zdecydowanie lepiej. Ale zacznijmy od początku.


FABUŁA

Ciężka jest dola monarchy. I monarchini również. Po zwycięskiej morskiej bitwie, Rhaenyra w końcu zasiada na Żelaznym Tronie. Wydaje się, że wojna dobiegła końca (tak wiem, szykowali się przez CAŁY sezon drugi, a gdy w końcu wyruszają na wojnę, ta już się kończy?????). Jednak przeciwnicy Rhaenyry nie śpią. Szczególnie książę Aegon - pozbawiony korony i przeraźliwie oszpecony, a przez to kompletnie nierozpoznawalny przez nikogo - wykorzystuje okazję, by knuć przeciwko księżniczce. Tymczasem władza okaże się bardziej cięższa od noszonej przez Rhaenyry korony: nie dość, że królowa wyraźnie jest despotką, to jeszcze jej relacje - czy to z poddanymi, czy to z krewnymi - są bardzo napięte. Jak pogodzić jedno z drugim?


OCENA

Drugi sezon „Rodu Smoka” był dla wielu pewnym rozczarowaniem (przede wszystkim z powodu wszechogarniającej nudy). Bohaterowie snuli się po komnatach, prowadzili ze sobą dłuuuuugie dysputy, a widzowie zieeeeeeewali. Inne wątki, jak ten wokół Daemona, zwyczajnie śmieszyły. Niektórzy widzowie pewnie dziwili się, czemu nie dało się upchnąć połowy tego sezonu do pierwszego (w sumie, właśnie: dlaczego?), a drugi połączyć z tym obecnym. Spieszę jednak donieść, że znów się dzieje w Westeros. I choć batalistyki znowu jest tu tyle co kot napłakał, to nie ona jest tu najważniejsza.

Bo uniwersum George`a R. R. Martina nigdy nie stało bitwami i potyczkami. A w każdym razie „Gra o tron” i „Ród Smoka”, bo akurat „Rycerz Siedmiu Królestw” jest ich zupełnym przeciwieństwem… W hitowym (przynajmniej do pewnego momentu) serialu HBO i jego spin offie ważniejsza była polityka, a bitwy były w tle. W drugim sezonie ciężko było to poczuć, ale tu znów polityka wysuwa się na pierwszy plan. Tym razem na przykładzie pierwszego okresu panowania Rhaenyry, której korona wyraźnie ciąży (przy okazji Emma D`Arcy znów daje pełny popis aktorski). Showrunner rozbudowuje również jej relacje z innymi osobami: tym razem królowa załamuje ręce nad swoją przyrodnią siostrą, Helaeną, spodziewającą się dziecka. W tej sytuacji rozprzestrzeniające się po Królewskiej Przystani myszy wydają się najmniejszym problemem.

Również inne wątki przykuwają uwagę, bo nie wydają się przeciągnięte do przesady, a pozostali członkowie obsady mają coś do zagrania (poza tym umówmy się: ile można wałkować relację Rhaenyry i jej macochy, Alicent Hightower, wiadomo że obie damy idą na noże). Nawet najmocniejszy punkt serialu, zachwalany w pierwszym sezonie Matt Smith, ma coś do zagrania zamiast snuć się po nawiedzonym zamczysku jak jakiś Scooby-Doo ze swoją ekipą. Co najwyżej widzowie mogliby narzekać, że w serialu jest za mało scen łóżkowych (gdyby nie ultra brutalne sceny pojedynków i bitew oraz co i rusz rzucane mięsiwa, można by przyjąć że kategoria wiekowa serialu powinna spaść do 16 +…). Ok, serial nie stał też scenami seksu, ale zabrakło małego urozmaicenia…

Bardziej nosami kręciliby tym razem wielbiciele uniwersum George`a R. R. Martina (że już nie wspomnę o samym zainteresowanym…). Bo trzeci sezon znacznie bardziej odstaje od książkowego „Ognia i krwi”, jakby Ryan J. Condal chciał przedstawić autorską (czytaj: alternatywną) wizję rodu Targaryenów (co stało się powodem kłótni z samym Martinem i jego odejściem od serialu… zdumiewające, że sezon czwarty powstaje, mimo niesnasek między nimi). Co i rusz natrafiałem w Internecie na komentarze, że w „Ogniu i krwi” wydarzenia przebiegły zupełnie inaczej niż w serialu.

Pytanie tylko czy odstępstwa były w pełni uzasadnione, czy rzucone tak po prostu dla urozmaicenia sezonu. Bo pomimo wyraźnych różnic między „Ogniem i krwią”, a serialem, sezon trzeci oglądało mi się z zapartym tchem i tylko raz na jakiś czas zdarzało mi się wiercić się przed telewizorem. Nie żebym usprawiedliwiał showrunnera (tym bardziej że twórczość Martina, mimo niedokończenia „Pieśni Lodu i Ognia”, wysoko sobie cenię), ale odstępstwa za pewne były wprowadzone żeby znowu nie narazić się na nudę (chociaż nie przypominam sobie czytając „Ogień i krew” by wątek wojny domowej Targaryenów zalatywał nudą…).

Mimo to sezon 3 dał nadzieję, że doczekamy się satysfakcjonującego finału. Kto czytał „Ogień i krew”, ten wie jaki on będzie, oby tylko został widowiskowo pokazany w serialu (chyba że showrunner odejście od wizji książkowej, to wtedy podzielę zdanie z fanami Martina…).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz