środa, 7 października 2026


LALKA
****


Nie da się ukryć, że we wrześniu AD 2026 rozpętała się prawdziwa „wojna o Lalkę”: podczas gdy jedni zachwalali wersję Netflixa, inni (w tym niżej podpisany) preferują wersję kinową. Tak więc, jeżeli komuś nie podobała się bardziej modernistyczna „Lalka” serialowa, zawsze może dla ukojenia nerwów spokojnie obejrzeć wersję kinową, skądinąd realizowaną niezależnie od głośnej produkcji Pawła Maślony. W tej wersji bowiem otrzymujemy klasyczną „Lalkę” zrealizowaną zgodnie z duchem hollywoodzkich melodramatów z lat 50-60, w których Marcin Dorociński mógłby spokojnie zagrać Rhetta Butlera (skoro już robi furorę także za Oceanem…), a partnerująca mu Kamila Urzędowska - Scarlett O’Harę. I wyszli z tego obronną ręką, chociaż i tutaj nie obyło się bez drobnych zgrzytów. 

Maciej Kawalski podszedł bowiem do materiału źródłowego z należytą godnością, aniżeli Paweł Maślona w ostatnich czasach za bardzo chyba zapatrzony w twórczość Quentina Tarantino (z tymże myślę, że gdyby twórca „Pulp Fiction” i „Wściekłych psów” na swój ostatni film wybrał adaptację jakiejś XIX-wiecznej amerykańskiej książki, na przykład Henry’ego Jamesa, przy całym swoim stylu oddałby jej jakiś szacunek). Wzbogacił ją również o sceny, których zabrakło chociażby w wersji Hasa (cały epizod w Paryżu), mimo że z niektórych postaci i tak musiał zrezygnować (prostytutka Marianna, czy pani Stawińska), tak jak wątków (pamiętnik Rzeckiego, proces sądowy o kradzież lalki). W efekcie wyszła mu stosunkowo wierna adaptacja jednej z najbardziej znanych pozycji w twórczości Bolesława Prusa. Nie trzeba się też bać gargantuicznego czasu antenowego: prawie trzy godziny mijają jak z bicza strzelił, choć ostatnie minuty nadają się do kosza.

Film zachwyca również imponującą scenografią, kostiumami i charakteryzacją. To właśnie skala włożona w produkcję, a nie pełne akcji zwroty fabularne, świadczą o epickości tej produkcji. Na film Kawalskiego włożono (jak na ubogi kraj jakim jest Polska) aż 63 miliony złotych (czyniąc z filmu najdroższą rodzimą superprodukcję po ’89 r.) i to w filmie widać, słychać i czuć. Jak widać też, nie potrzeba wcale widowiskowych scen batalistycznych, by przyciągnąć do kin tłumy (w ciągu pierwszych pięciu dni po premierze film obejrzało ponad 620 tysięcy widzów). Wystarczy jedna scena pojedynku i dodany na początku wątek wojny w Bułgarii. No i może jeszcze gwiazdorska obsada, której Hollywood mógłby tylko pozazdrościć.

Bo kinowa „Lalka” imponuje obsadą. Najjaśniej lśni przede wszystkim drugi plan: Agata Kulesza, Andrzej Seweryn, Maja Komorowska spisują się świetnie, a Borys Szyc jako baron Krzeszowski nadaje filmowi nieco humoru. Główna obsada wypadła przy nich najwyżej dobrze. Dorociński, wbrew obawom względem castingu, wypadł wiarygodnie w roli Wokulskiego. Dobrze obsadzona Kamila Urzędowska oddaje wyniosłość Łęckiej na tyle, na ile pozwala jej scenariusz, który mocno ją marginalizuje (gdyby miała tyle samo czasu antenowego, co Dorociński, jej interpretacja Izabeli byłaby jeszcze lepsza). Zdecydowanie lepiej od nich wypadł wracający po kilkunastu latach przerwy Marek Kondrat, którego udział odbił się wielkim echem. Rolę Rzeckiego zdecydował się przyjąć nie tylko z powodu sympatii do materiału źródłowego, ale i z powodu udziału jego ojca w hasowskiej adaptacji (w której Tadeusz Kondrat grał Żyda Szlangbaumana). Jedynie Mateusz Damięcki w roli Kazimierza Starskiego wydaje się niepotrzebnie karykaturalny.

I żeby nie było tak hura optymistycznie, w kinowej „Lalce” AD 2026 też dostrzegam zadry, które dotyczą przede wszystkim reżyserii i scenariusza. Po pierwsze, reżyseria: rozumiem, że Kawalski chciał przystępnie opowiedzieć współczesnemu widzowi historię spisaną przez Prusa ponad 136 lat temu. I bynajmniej nie poszedł w szarżę jak Maślona w netflixowej adaptacji. Owszem, pierwsze 2/3 nowej kinowej „Lalki” przywodzi na myśl kostiumową komedię romantyczną (a sekwencja otwierająca wygląda jak z jakiejś gry wideo), jakby materiał źródłowy wyszedł spod pióra prędzej Jane Austen niż Bolesława Prusa (zabieg równie ryzykowny, jak wkładanie bluzgów w usta bohaterów netflixowej adaptacji, ale bardziej przemyślany niż u konkurencji). Problem w tym, że wysuwając na pierwszy plan wątek melodramatyczny, reżyser postąpił niemal identycznie jak Has 58 lat wcześniej. Z tą różnicą, że Has całość zanurzył w onirycznym klimacie, a Kawalski w większości postawił na humor. O wiele bardziej udało mu się nawiązanie do hollywoodzkich melodramatów z l. 50-60 (Dorociński niczym Rhett Butler i Kamila Urzędowska niczym Scarlett O’Hara). Z zarzutem dotyczącym naśladowania Hasa wiąże się również kwestia scenariusza: spokojnie można było wysunąć na pierwszy plan wątek społeczny, nieobcy Prusowi, a wątek melodramatyczny ukazać na tle otoczenia i to w całości z komediowym zacięciem. Byłoby to coś bardziej świeżego i interesującego, a na pewno mniej kontrowersyjnego od udziwnień wersji netflixowej.

Mimo drobnych mankamentów, nową adaptację „Lalki” można spokojnie polecić uczniom jadącym na wycieczki szkolne. I nie tylko im. Nie mówiąc już o tym, że gdyby ktoś naprawdę nie chciał sięgać po książkę, to film spokojnie mógłby go przygotować do matury z języka polskiego. A na pewno lepiej niż wersja od Netflixa.


Reż. Maciej Kawalski

Czas trwania: 165 min

Gatunek: melodramat

Tytuł oryg. „Lalka”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz