WŁADCA PIERŚCIENI : DWIE WIEŻE ( wersja rozszerzona ) ****
Od razu przyznam się, że tak jak lubię filmowego „Władcę Pierścieni” jako całość (choćby za niesamowity klimat opowieści, oraz kapitalne scenografie i przepiękne zdjęcia), tak nigdy nie byłem entuzjastą adaptacji „Dwóch Wież”. O tym, czemu jest to część najmniej przeze mnie doceniona, powiem za chwilę. Pytanie na razie brzmi, czy wprowadzona później na rynek DVD wersja reżyserska polepszyła chociaż odrobinę jakość filmu, który – nie bójmy się tego słowa – nieco szwankował w wersji kinowej?
Drużyna Pierścienia poszła w rozsypkę. Merry i Pippin, uprowadzeni przez Uruk-hai, zostali odbici przez Enta i zmierzają do Isengardu. Aragorn, Gimli i Legolas początkowo tropiąc Uruk-hai, ostatecznie zmierzają do Rohanu, by wspierać tamtejszego króla, Theodena w walce z siłami Mordoru. Z kolei Frodo i Sam kontynuują przeprawę do Góry Przeznaczenia, w którego kraterze ma zostać utopiony Jedyny Pierścień.
O tym, dlaczego najmniej lubię filmowe „Dwie Wieże” zdecydował scenariusz. Jego jedyny plus to pomył, by potasować wątki Froda i Sama, oraz Wojny o Pierścień. Tak poza tym widać tu sporo rozbieżności z książką. A są one widoczne jeszcze bardziej, niż w przypadku „Drużyny Pierścienia”. Mnóstwo tu rozbudowanych scen i wątków (rozbudowana postać Arweny, która w powieści występuje trzy razy...), których nie było w pierwowzorze. Wersja reżyserska dostarcza nam, co prawda, sceny, które w książce były, a które nie pojawiły się w wersji kinowej (Merry i Pippin pijący Napój Entów, po którego spróbowaniu urośli ponad hobbicką miarę). Tyle, że dodatkowych scen wziętych z książki jest jakby za mało. Wreszcie wisienką na tym scenariuszowym torcie jest zmieniony finałowy cliffhanger: dla kogoś, kto nie czytał Tolkiena, nie drażniłby, ale u fanów pisarza wywołałby białą gorączkę. Krótko mówiąc wersja rozszerzona przybliża nieco film do pierwowzoru, ale na mniejszą skalę, niż wcześniejsza „Drużyna Pierścienia”. To w sumie paradoks, ale „Dwie Wieże” nawet w rozszerzonej wersji wciąż pozostają najmniej udaną częścią filmowego „Władcy Pierścieni”.
Choć film nie jest wolny od wad, Jackson dba o klimat opowieści i to mu się chwali. „Dwie Wieże” to zdecydowanie film mroczniejszy, bardziej brutalny. Tak, w filmie nie brak scen, przy których włosy mogłyby się zjeżyć na głowie (przedzieranie się przez Mroczne Bagna, na których walają się trupy poległych wojowników). Inaczej również, niż w powieściowym pierwowzorze, rozłożono tu akcenty: to Aragorn jest główną postacią w filmie, nie Frodo, i to na Aragornie twórcy skupiają swą uwagę. Owacje za kreacje należą się Viggo Mortensenowi, choć grający Frodo Bagginsa Elijah Wood również spisuje się doskonale.
Pod względem technicznym, film Jacksona nie zestarzał się ani odrobinę, mimo osiemnastki na karku. To wciąż komputerowy majstersztyk. Bez dwóch zdań, najlepszym tego dowodem jest oślizgły i dwulicowy Gollum w brawurowej interpretacji Andy`ego Serkisa, Powołując do życia najbardziej rozpoznawalnego tolkienowskiego stwora, Jackson pokazał jak bardzo technologia się rozwinęła zaledwie po dziesięciu latach od poprzedniej rewolucji technicznej. Tak, kiedyś widzom szczęki opadały z wrażenia na widok spielbergowskich dinozaurów, a z biegiem lat ich miejsce zajął właśnie Gollum. Technika komputerowa, to rzecz jasna połowa sukcesu tej postaci, reszta to zasługa kapitalnej interpretacji Andy`ego Serkisa – ruchy, imitacja głosu, mimika… a to wszystko genialnie przeniesione za pomocą motion capture na ekran komputera. Wystarczy zresztą posłuchać angielskiego audiobooka „Hobbita”, by móc się przekonać jak wybornie Serkis imituje Golluma. Czapki z głów.
Po osiemnastu latach od premiery film broni się też pod względem inscenizacyjnym. Tu, z kolei, dobrym przykładem jest Bitwa o Helmowy Jar. Można wybaczyć Jacksonowi wiele nieścisłości w całej trylogii, lub tylko w „Dwóch Wieżach”, jednak tylko pod warunkiem, jeśli dotrwało się do sekwencji starcia z siłami Mordoru. Owszem, pewne rzeczy kłują w oczy (elf Legolas zjeżdżający na orkowej tarczy niczym na desce surfingowej… to na wypadek, gdybyście się zastanawiali, gdzie wymyślono windsurfing), inne nie mają związku z książką (udział elfów), ale to właśnie tutaj Jackson wykazał się godną pozazdroszczenia dramaturgią, imponującym rozmachem i gęstym klimatem.
Świetnie wypada również ścieżka dźwiękowa. Howard Shore jakby wyczuwając mroczny klimat filmu, tym razem skomponował wyjątkowo posępny soundtrack. Dość wymienić tutaj przyprawiający o gęsią skórkę „The Passage of the Marshes” ilustrujące przeprawę hobbitów przez Mroczne Bagna, czy „The Uruk-hai” w scenie marszu tytułowego oddziału orków z pojmanymi Merrym i Pippinem. Nie zabrakło również tematów przesiąkniętych epickością, co najlepiej pokazuje „Helm`s Deep”: bezbłędna ilustracja Bitwy o Helmowy Jar. Zgrzyt pojawia się tylko pod sam koniec słuchania soundtracku, kiedy rozbrzmiewa najsłabsza piosenka w filmowej trylogii „Władca Pierścieni”, a mianowicie „Gollum`s Song”: smętna melodia (serio, panie Shore?), fatalne wykonanie Emiliany Torrini i niezły tekst Fran Walsh. W porównaniu z tą piosenką, utwór „May it be” Enyi z „Drużyny Pierścienia” słuchało się z o wiele większą przyjemnością. Mimo tego małego mankamentu, wielka szkoda że Howarda Shore`a nie nominowano nawet do Oscara za omawiany soundtrack, bo naprawdę byłoby z czego wybierać.
O scenografii, malowniczych zdjęciach, czy świetnych kostiumach nie ma sensu rozpisywać, wystarczy tylko nadmienić, że trzymają należyty poziom. Natomiast to, czy różnice względem książki miały w ogóle jakąś rację bytu (choć niektórych i tak nie daruję), widzowie mogli się przekonać dopiero podczas seansu finałowej części - „Powrotu Króla”.
Reż. Peter Jackson
Czas trwania: 214 minut
Gatunek: fantasy
Tytuł oryg. Lord of the Rings : The Two Towers

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz