niedziela, 20 września 2020

WŁADCA PIERŚCIENI : POWRÓT KRÓLA ( wersja rozszerzona ) ******

Podobno koniec wieńczy dzieło. Jeśli jest to prawda, to „Władca Pierścieni: Powrót Króla” stanowi ukoronowanie trzech lat przenoszenia epickiej trylogii Tolkiena na wielki ekran.

Po triumfalnej Bitwie o Helmowy Jar, siły Mordoru zostały zdziesiątkowane, jednak Wojna o Pierścień przeniosła się do sąsiedniego królestwa Gondor. Theoden od dawna jest skłócony z tamtejszym namiestnikiem Denethorem (jak to ujął w „Dwóch Wieżach”: „Gdzie był Gondor, gdy potrzebowaliśmy pomocy?”), dlatego Gondor nie może liczyć na wsparcie Rohanu. Z tego powodu Gandalf wraz z Merrym (który odkrył plany Saurona względem Gondoru), ruszają do Denethora, by na własną rękę mu pomóc. W tym samym czasie Frodo (Elijah Wood) i Sam (Sean Astin) kontynuują wyprawę do Góry Przeznaczenia, nie zdając sobie sprawy, że podstępny Gollum tak naprawdę prowadzi ich w pułapkę.

Jeśli ktoś, podobnie jak ja, marudził przy oglądaniu „Dwóch Wież”, że Peter Jackson zbyt swobodnie podszedł do literackiego pierwowzoru, teraz może odetchnąć z ulgą. Nowozelandczyk stworzył bowiem wielkie kino fantasy, w którym nie brakuje spektakularnych scen batalistycznych (są, zresztą, bardziej czytelniejsze, niż w „Dwóch Wieżach”), mrocznego klimatu i trzymającej w napięciu akcji. Jeśli już napięcie miałoby gdzieś spadać, to tylko w dodatkowych scenach, przez które długi i tak film (na ekranach kinowych trwał trzy i pół godziny!) został wydłużony o dodatkowe 30 minut.

Bo poza tym mankamentem, scenariusz adaptowany wypadł wręcz perfekcyjnie. Tak, to prawda, odbiega od pierwowzoru literackiego (dość wspomnieć, że część wątków, które powinny pojawić się w poprzedniej części pojawia się dopiero tutaj), ale jednocześnie trzyma w napięciu (jeżeli coś może usprawiedliwić pomysł Jacksona, by Szelobę umieścić dopiero w ekranizacji „Powrotu Króla”, to tylko możliwość utrzymywania widza w napięciu, żeby oglądający podczas seansu siedział dosłownie na krawędzi fotela). Powiem wprost: gdyby wiernie zekranizować „Powrót Króla”, wątek misji Powiernika Pierścienia zajmowałby najmniej miejsca, a tak Jackson do spółki z Fran Walsh i Phillipą Boyens idealnie zrównoważył wątek Froda i Sama, oraz Wojny o Pierścień. Owacje na stojąco dla tej trójki za taki godny wyczyn! I przy okazji też gratulacje za statuetkę w kategorii Najlepszy Scenariusz Adaptowany.

Nie powiem, jest sporo scen, które rzucają nieco światła na wydarzenia, o których mówiło się w wersji kinowej, ale ich przy okazji nie pokazano. Dziwiło was może, dlaczego nagle w „Powrocie Króla” bohaterowie mówili o Sarumanie jako o nieżyjącym? Wersja reżyserska daje nam odpowiedź na to pytanie. Podobne wątpliwości wersja reżyserska rozwiewa, jeśli chodzi o wzięty z księżyca wątek ślubu Eowiny i Faramira. Niezła była też scena pertraktacji z Rzecznikiem Saurona: co prawda raczej niezgodna z ideą pierwowzoru (wystarczy spojrzeć, co Aragorn zrobił z Rzecznikiem), ale zaczynająca się wręcz komicznie (uzębienie Rzecznika, na widok którego Aragorn gotów byłby się zapytać: „O, panie, kiedy ostatnio myłeś zęby?”).

Co do pozostałych dodatkowych scen, wydają się zbędne, bo tylko rozszerzają świetne także w wersji kinowej sekwencje. Najlepiej to widać w scenie ekspedycji Aragorna, Gimliego i Legolasa w celu sprowadzenia Umarłych z Dunharrow. W wersji kinowej sekwencja ta była pełna napięcia, z kolei w wersji rozszerzonej, z powodu kilku dodatkowych minut, całe napięcie natychmiast opada. Nie mówiąc już o komicznym momencie, gdy Aragorn, Gimli i Legolas zostali zalani przez falę czaszek… Gdyby więc wyciąć te kilka niepotrzebnych dodatkowych scen, sądzę że „Władca Pierścieni: Powrót Króla” nic nie straciłby ze swego uroku, no może poza kilkoma... dodatkowymi minutami.

Poza tym wszystkim jednak, „Powrót Króla” zasługuje zdecydowanie na same plusy. W końcu nie bez powodu dostał 11 Oscarów na 11 nominacji (jako trzeci w historii gali oscarowej film, po „Ben Hurze” i „Titanicu”). Montaż, dźwięk, czy efekty specjalne w pełni zasłużyły na wyróżnienie. Podobnie, zresztą, soundtrack Howarda Shore`a, balansujący na granicy grozy (przy dźwiękach „Shelob`s Lair” ma się ciary) i epickości (wgniatający w fotel utwór: „The Fields of Pelennor” z dodanych chórkiem), oraz najlepsza w trylogii piosenka „Into the West” Annie Lennox (godna rekompensata Fran Walsh i Howarda Shore`a po kiepskim „Gollum`s Song” z „Dwóch Wież”). Wreszcie, jak to już wspomniałem, Peter Jackson dosyć przekonująco usprawiedliwił przesunięcie wątku Szeloby do „Powrotu Króla”, w związku z czym Oscary należały się również za reżyserię i scenariusz adaptowany (mimo wielu rozbieżności, trzyma w napięciu do końca). Nie mówiąc o tym, że mając za przeciwników filmy najwyżej bardzo dobre („Pana i Władcę: Na Krańcu Świata”, „Między słowami”, czy „Rzekę tajemnic”), film w pełni zasłużył także na statuetkę w kategorii Najlepszy Film 2004.

Nie ulega wątpliwości, że „Władca Pierścieni: Powrót Króla” to spektakularny finał jednej z najbardziej znanych filmowych trylogii opartej na najsłynniejszej trylogii fantasy. Widowisko w wielkim stylu, zachowująca magię pierwowzoru literackiego. I, zaiste, godna rehabilitacja po niekoniecznie idealnych „Dwóch Wieżach”.


Reż. Peter Jackson

Czas trwania: 240 minut

Gatunek: fantasy

Tytuł oryg. Lord of the Rings : The Return of the King

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz