Cykl Recenzenta Marcina: UBÓSTWIANA ÓSEMKA.
Witam was serdecznie. Najnowszy odcinek „Ubóstwianej ósemki” będzie przeznaczony dla widzów ze specyficznym gustem – tak estetycznym, jak i filmowym. Zajmiemy się bowiem KINEM CAMPOWYM. W ciągu ostatnich 50 lat pojawiło się wiele dobrych przykładów tego specyficznego nurtu nie tylko filmowego, ale też popkulturowego. Będzie więc z czego wybierać. Zaczynamy.
8, „Batman zbawia świat”, reż. Leslie Martinson
Camp kojarzy się jednoznacznie z latami 60. Po raz pierwszy zjawisko to pojawiło się w komiksach DC, kiedy to psycholog Friedrich Werdham zarzucił im (zwłaszcza komiksom o Batmanie) homoseksualne podteksty nieodpowiednie dla dzieci. Odbiło się to nie tylko na samych komiksach, które stały się banalne i groteskowe, ale również na estetyce ekranizacji komiksów o Batmanie i Supermanie. Świetnie to pokazują „Batmany” z Adamem Westem: zwroty akcji i scenografia są tak przerysowane i kiczowate, że aż rozbrajająco śmieszne. Ale w tym ich cały urok. Czego nie można powiedzieć o „Batmanach” Schumachera.
Jednym z elementów campowych filmów jest nie tylko świadomie wyolbrzymiony obraz rzeczywistości, ale także musicalowe wstawki. Świetnie to pokazał kultowy „Beksa” z 1990 roku.
7, „Cry Baby”, reż. John Waters
Film Watersa ma mocno wyolbrzymiony obraz. Nawet bohater Johnny`ego Deppa to niemal karykatura Elvisa (w jednej ze scen Depp śpiewa nawet jak król rock`n`rolla). Zamysł był jak najbardziej zamierzony. Dodane partie wokalne to, z kolei, kolejna cecha campowych filmów – zwłaszcza, jeśli piosenki są śpiewane w świadomie wyolbrzymiony sposób (Depp jest najwyżej niezłym piosenkarzem, zdecydowanie lepiej mu wychodzi brzdąkanie na gitarze). Chociaż film stał się kultowy z zupełnie innego powodu, nie zmienia to faktu, że jest całkiem dobrym przykładem kampowego kina.
Najbardziej znany rodzaj campowego bohatera nosi nazwę „queer”. Termin ten kojarzy się z transseksualizmem. Czyli, innymi słowy, mężczyzna przebiera się za kobietę. Jednym z ostatnich takich przykładów jest film Stephana Elliota „Pricilla, królowa pustyni”.
6, „Pricilla, królowa pustyni”, reż. Stephan Elliot
Nakręcony w poł. lat 90 film Elliota to kolejny przykład świadomego kiczu w musicalowej otoczce. Bohaterowie (bohaterki?) otrzymują kontrakt na występy w drag show w małym miasteczku, gdzieś na australijskiej pustyni. Ochrzciwszy autobus "Priscilla", trzy niezwykłe „królowe”, w swych niezwykłych, papuzich, kostiumach przeżyją wiele przygody. W kinie było wiele obrazów drag queerów, film Elliota jest jednak tego szczytowym osiągnięciem. Drugiej tak pamiętnej produkcji queer można ze świecą szukać. A podziwianie w żeńskich rolach Guya Pierce`a, Hugo Weavinga i Terence`a Stampa to prawdziwa frajda.
Kolejne zjawisko związane z campem to tzw. midnight movies. Są to filmy otaczane szczególnym kultem i puszczane o północy. Jeden z reżyserów takich filmów to David Lynch, a przykładowym midnight movie w jego dorobku jest „Głowa do wycierania”.
5, „Głowa do wycierania”, reż. David Lynch
Kino Lyncha to balansowanie na granicy kiczu i surrealizmu. Najlepsze tego przykłady to „Mulhalland Drive”, lub „Dzikość serca”. Filmy Davida Lyncha to także znakomity przykład campowego kina. Camp wydzierał się z filmografii głośnego reżysera już w jego debiucie. Oglądając „Głowę do wycierania”, widz co i rusz zadałby pytanie, co też mogło siedzieć w głowie samego reżysera. Przerysowany obraz rzeczywistości. Balansowanie na granicy kiczu. Surrealizm, którego nie powstydziłby się sam Tim Burton. Nic dziwnego, że Lynch odniósł tak oszałamiający sukces i zyskał taką popularność.
Roger Corman, nazywany królem kina klasy B, to za pewne najlepszy przykład reżysera, w którego produkcjach camp aż się wylewa. Dobitnie to pokazuje komediowy horror „Sklepik z horrorami”.
4 „Sklepik z horrorami”, reż. Roger Corman
Corman nie bez powodu bywa nazywany królem b-klasowego kina. „Sklepik z horrorami” to tego najlepszy przykład. Roślina z filmu Cormana to bestia z niezaspokojonym apetytem na świeżą krew, bynajmniej nie owadzią… Na jej usługach jest właściciel sklepu grany przez 30-kilkuletniego Jacka Nicholsona. Film Rogera Cormana to wyborna fanfara grozy i kiczu balansująca na granicy humoru i doskonałej zabawy. Po latach doczekała się także remake`u pt. „Żarłoczna roślina” z Rickiem Morranisem w głównej roli: równie przerysowana jak oryginał. Aż chciałoby się wyhodować taką roślinkę...
John Carpenter chyba mało kojarzy się z campowym kinem. Wystarczy jednak wspomnieć jeden tytuł, by oświecić widzów. „Wielka draka w chińskiej dzielnicy”.
3, „Wielka draka w chińskiej dzielnicy”, reż. John Carpenter
Wbrew pozorom, camp także jest domeną kina Carpentera. Widać to w jego ostatnich produkcjach, chociaż tam bardziej dominuje kicz, niż camp (a wierzcie, kicz można łatwo pomylić z campem). Czyżby wyobraźnia Carpentera pasowała do lat 80? „Wielka draka w chińskiej dzielnicy” to najlepszy przykład campu w kinie Carpentera. Jeśli oglądając debiut Lyncha widz zastanawiałby się, co siedziało w jego głowie, to co dopiero musiało być w głowie Carpentera przy kręceniu tego filmu. Magia, czarownicy i bestiariusz a`la wschodnia mitologia na granicy kiczu. Plus nieustraszony Kurt Russell. Palce lizać.
Po Quentinie Tarantino można było się spodziewać wszystkiego – także balansowania na granicy kiczu. Wystarczy obejrzeć „Death Proof” w jego reżyserii.
2, „Grindhouse: Death Proof”, reż. Quentin Tarantino
Dylogia „Grindhouse”, wspólne dzieło Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza to hołd złożony kinu samochodowemu, które specjalizowało się w b-klasowych filmach. Najlepiej zdał sobie z tego sprawę Tarantino, z tego powodu jego „Death Proof” to bezbłędny przykład pastiszu campowych produkcji. Począwszy od fabuły, przez zjechany montaż, a skończywszy na trzeciorzędnej obsadzie (poza Kurtem Russellem) – a to wszystko celowo przerysowane aż miło. Niemal każdy film Tarantino ma coś z campu, ale ten efekt najpełniej osiągnął właśnie w „Death Proof”. Szkoda, że Rodriguez miał mniej szczęścia.
Dobry campowy film musi 1) ocierać się o kicz, 2) zawierać elementy musicalu, 3) mieć za bohatera kogoś z kręgu queer i 4) być puszczany dokładnie o północy. Te wszystkie składniki posiada legendarny film Jima Shermana z lat 70.
1, „Rocky Horror Picture Show”, reż. Jim Sherman
Główni bohaterowie trafiają do dziwacznego zamczyska rodem z b-klasowego horroru. Tam zostają ugoszczeni przez doktora Frank-n-furtera (brawurowy Tim Curry), transwestytę z planety Frank-n-furia. Ten film to kamień milowy w rozwoju midnight movies, który zyskał rzesze fanów, cytujących podczas seansu najbardziej pamiętne kwestie. Film zdrowo ociera się o kicz, jednak zapewniam, że nikomu ta konwencja nie przeszkadzała. Przy okazji reżyser osiągnął także jeszcze jeden sukces: pokazał, że nakręcić idealny campowy film to naprawdę spore wyzwanie. Trzeba mieć tylko zdrowy dystans do siebie i kina.
To był mój ranking najlepszych campowych filmów. Czy przychodzą wam do głowy jeszcze inne przykłady? Podajcie je w komentarzach, a my widzimy się za tydzień z nowym rankingiem. Cześć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz