Cykl na blogu „CultureZone”: „PROGRAM W ODCINKACH”
Cześć wszystkim. Przed wami trzeci tegoroczny odcinek „Programu w odcinkach”. Z tej okazji zapraszam wszystkich na pokład pirackiego statku, gdzie obierzemy kurs na niebezpieczny Grand Line. Posłuchajcie moich wrażeń po obejrzeniu długo wyczekiwanego drugiego sezonu aktorskiej wersji „ONE PIECE’A”. Zaczynamy.
„ONE PIECE : INTO THE GRAND LINE” *****
twórcy: Matt Owens & Joe Tracz
obsada: Inaki Godoy, Emily Rudd, Mackenyu, Jacob Romero, Taz Skylar, Charithra Chandran, Callum Kerr, Julia Rehwald, Katey Segal, Mikaela Hoover, Mark Harelik, Brendan Murray, Werner Coester, Rob Colletti, Lera Abova
Zwykle gdy mówimy o produkcjach Netflixa, szczególnie tych adaptujących materiały źródłowe, częściej padają gorzkie słowa, niż komplementy (fani „Wiedźmina”, łączymy się w bólu…). Zwykle gdy mówimy o aktorskich adaptacjach mang i anime, częściej padają słowa o upraszczaniu materiału źródłowego (fani „Ghost in the Shell” łączymy się w bólu), lub dorzucaniu absurdalnych rozwiązań fabularnych (fani „Dragonball”, łączymy się w bólu…). Dlatego gdy Netflix zaczął pracę nad aktorską wersją „One Piece’a” - mangi uznawanej za nieadaptacyjną z powodu ogromu wątków i abstrakcyjnego humoru - nawet najwierniejsi fani przyjmowali to z politowaniem. Tymczasem „One Piece” w wersji live action stał się ogromnym przebojem i tylko kwestią czasu było, kiedy powstanie drugi sezon (i to pomimo odbywającego się w międzyczasie strajku scenarzystów).
FABUŁA
Grand Line wita wszystkich was, zapewniając moc atrakcji. W programie wycieczkowym mamy Reverse Mountain okupowaną przez wieloryba Laboona, westernową Whiskey Peak zamieszkaną przez wielbiących piratów mieszkańców, Little Garden z dwoma walczącymi od stulecia olbrzymami, wreszcie: mroźne Drum Island zamieszkaną przez Dr Kurehę i jej tajemniczego pomagiera. Naszymi przewodnikami niezmiennie pozostaną załoganci Monkey D. Luffy’ego, po których piętach depczą tym razem członkowie organizacji Baroque Works.
OCENA
Rok 2026 niewątpliwie należy do „One Piece’a”. W styczniu zakończono adaptację storyarcu „Egghead” (tym samym anime przeszło w tryb sezonowy, a nowy storyarc - „Elbaph” - zadebiutuje na początku kwietnia; co, w sumie, jest o tyle zabawne, bo dla Amerykanów „One Piece” od początku jest podzielony na sezony i liczy ich - bagatelka - 25). Nim jednak postawimy stopę na wyspie olbrzymów, otrzymaliśmy z dawna wyczekiwany drugi sezon aktorskiego „One Piece’a” adoptujący pierwsze storyarci obszernej sagi „Alabasta”). Tym samym Netflix znów dowiózł, wprawiając w osłupienie zarówno sceptyków w kwestii adaptowania mang i anime jak i antyfanów samej platformy wytykających jej promowanie wątków LGBT.
Podobnie jak poprzednio, ostatnie zdanie zależało od autora mangi, Eiichirō Ody, który decydował, co ma zostać, co usunąć; co uprościć, a czego nie. W efekcie sezon drugi z dodanym podtytułem „Into the Grand Line” utrzymał poziom swojego poprzednika, a chwilami nawet go przebił. Ma o wiele szybsze tempo niż w pierwszym sezonie i bardziej dopracowane sceny walk. Showrunnerzy - Steve’a Maedę zastąpił tu Joe Tracz, co nie zaniżyło poziomu produkcji - dorzucają tu easter eggi odnoszące się do poźniejszych sag: postaci (poznajemy m.in. Bartolomeo i Brooka), historie (dostajemy zalążek backstory Sanji’ego ze storyarcu „Whole Cake Island”) czy artefakty. Wszystko by późniejsze historie uprościć, a dla poźniejszych bohaterów wylać odpowiedni fundament. Podobnie też jak w poprzednim sezonie, z innych postaci albo rezygnują albo przedwcześnie je uśmiercają. Z kolei te, które występują, mają albo bardziej rozbudowany wątek niż w anime (Stoker i Tashigi), albo są bardziej poprawione. To drugie najlepiej widać na przykładzie Wapola, który w mandze i anime był przeraźliwie irytujący (nie mówiąc już o tym, że zjedzony przez niego Diabelski Owoc miał turbo absurdalną moc, nawet w ramach „One Piece’a), a tu nabrał większej głębi i autentycznie przerażał swoim charakterem. Z kolei realizatorzy znacznie lepiej oddają charakter backstories niż miało to miejsce w anime: historia Choppera w tej wersji złamie serca o wiele bardziej niż w adaptacji od Toei Animation. Widać więc w dalszym ciągu, ile włożono serca w adaptowany materiał źródłowy i jak godną podziwu postawę przyjął jej autor - nie to, co w przypadku takiego Sapkowskiemu, który adaptatorom „Wiedźmina” dał zbyt wolną rękę, bo najwyraźniej bardziej mu zależało na dolarach.
Dotychczasowa obsada jak zwykle spisuje się świetnie, a nowo nabyci aktorzy wiernie dotrzymują im kroku. Szczególne wrażenie robi Smoker, kapitan marynarki i użytkownik Diabelskiego Owocu o dymnej mocy. Patrząc na grającego go Calluma Kerra odniosłem wrażenie, że lepiej pasowałby na następcę Henry’ego Cavilla w roli Geralta niż Liam Hemsworth. Były, oczywiście, kontrowersje castingowe, czepiano się koloru skóry Charithry Chandrany i narodowości Lery Abovy oraz tego, że Julia Rehwald w roli Tashigi za bardzo przypomina Velmę ze „Scooby-Doo”. Nie mają jednak znaczenia, bo Oda bronił tych decyzji, uzasadniając np wybór Chandrany i Abovy stwierdzeniem, że gdyby „One Piece” rozgrywałyby się w realnym świecie, Vivi pochodziłaby z kraju arabskiego, a Nico Robin z Rosji.
Oddzielny akapit należy się Dr Kurehy. Początkowo w postać tą miała wcielić się Jamie Lee Curtis, prywatnie fanka zarówno mangi „One Piece” jak i adaptacji anime. Musiała jednak zrezygnować z roli, a jej miejsce zajęła Katey Segal (dla niezorientowanych: Peggy Bundy z sitcomu „Świat według Bundych”). Nie wiem jaki ma stosunek do mang i anime, ale słynną Doktorinę zagrała na tyle przekonująco, że Curtis powinna żałować, że zrezygnowała z roli w adaptacji anime za którą odpowiada ekipa szanująca materiał źródłowy na rzecz kuriozalnej adaptacji gry „Borderlands”, która za namową wytwórni filmowej z ultra brutalnego materiału źródłowego zrobiła przygodówkę typu family frendly (co skończyło się nie lada klapą finansową 2025 roku).
Pojawiły się również zarzuty co do słabszych efektów specjalnych i tu jestem skłonny się zgodzić. Rozciąganie się Luffy’ego nadal robi wrażenie, Chopper w wersji podstawowej jest (że użyję japońskiego sformułowania) kawaii, ale poza tym CGI wypada zaskakująco sztucznie. Trudno dać wiarę, że showrunnerzy potrzebowali większego budżetu by bardziej zagłębić się w przedstawiony świat (chyba, że postanowili go spożytkować na sezon trzeci adaptujący storyarc „Alabasta” - jeśli ktoś to zauważył, w podróży Słomkowych nie bierze udział pewna urocza kaczuszka…). Jeszcze charakteryzacja wypada bardzo dobrze (choć złośliwcy prawdopodobnie przyrównaliby Choppera w formie reniferoludzkiej do Chubacci z „Gwiezdnych Wojen”). Miejmy nadzieję, CGI wypadnie lepiej w przyszłorocznym sezonie trzecim.
Tak jak można mieć nadzieję, że włodarze Netflixa będą w dalszym ciągu słuchać się wytycznych Eiichirō Ody i będą dostarczać widzom nieznającym ani anime, ani mangi w miarę przystępną adaptację, która jednocześnie odda klimat i charakter materiału źródłowego. Cieszmy więc z tego, co mamy, bo nie wiadomo jak długo będzie to trwać (oby jak najdłużej, a najlepiej do samego końca).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz