niedziela, 1 marca 2026

HAMNET ****


Praktycznie każdy film o Williamie Szekspirze był w gruncie rzeczy wariacją na temat życia słynnego Stradfordczyka. Wszystko dlatego, bo o jego życiu praktycznie nic nie wiadomo (co poniektórzy negują nawet autorstwo jego najbardziej znanych dramatów, jak „Romeo i Julia” czy „Makbet”; w odpowiedzi Kenneth Branagh – rozsławiony adaptacjami sztuk dramaturga – nakręcił wymownie zatytułowany film „Wszystko o Szekspirze”). Z racji ubogiej wiedzy o Szekspirze filmowcy na dobrą sprawę mogli się pobawić jego życiorysem, robiąc zeń choćby bohatera komedii romantycznych („Zakochany Szekspir” Maddena) lub filmu opartego na teoriach o jego życiu („Anonymus” Emmericha).

Chloe Zhao proponuje nam doszukiwanie się konotacji między życiorysem Szekspira, a fabułą jego dramatów. A konkretnie jednego dramatu: „Hamleta”. Nie spodziewajcie się tylko wariacji na temat legendy o Ogierze Duńczyku, na wpół legendarnym władcy Kronborgu w mieście Helsinor (czyli szekspirowskim Elsynorze). Już na samym początku częstuje widza informacją jakoby na przełomie XVI-XVII w. w Anglii stosowano zamiennie imiona Hamlet i Hamnet, które miały być tym samym imieniem. W założeniu ma to być film o przebytej żałobie po śmierci syna, tytułowego Hamneta, które to wydarzenie miało mieć wpływ na pisany przez Szekspira (Paul Mescal) dramat „Hamlet”.

Tyle że pod kątem scenariusza, film nie powala. Ma zbyt rozbudowany wstęp (przez pierwsze siedemdziesiąt minut obserwujemy jak Szekspir zawiera związek ze swoją żoną, tu nazwaną Agnes), a sam wątek żałoby w filmie pojawia się dopiero na czterdzieści minut przed końcem filmu. Po prostu w tym filmie o żałobie jest za mało żałoby. Być może dałoby się uniknąć tego problemu, gdyby film był niejako podzielony na dwie równe części (tym bardziej, że trwa 120 minut): związek Szekspira z Agnes (bardzo dobra Jessie Buckley) i żałoba po śmierci syna. Tymczasem film, który powinien wzruszać i wywołać fontannę łez, który powinien być głosem na temat żałoby, okazuje się oscarowo wyjątkowo przehajpowany (a podobno Oscar dla „Zakochanego Szekspira” był bardziej pretensjonalny). Aż współczuję Zhao, że po sukcesie „Nomadlandu” za dobrze sobie nie radzi w kinie.

Film w jej reżyserii jest reklamowany jako głęboko emocjonalny, poruszający najczulsze struny u widza. Każdy w swoim życiu przebył jakąś żałobę (niżej podpisany był wielokrotnie, choćby po śmierci Terry`ego Pratchetta albo Wesa Cravena; że już o osobistych tragediach nie wspomnę), a oglądanie tego filmu miało być rodzajem katharsis jak w teatrze (obojętnie, z jakiej epoki). Ukazanie żałoby na ekranie nie należy do prostych rzeczy, choćby dlatego, bo łatwo można wpaść w ckliwość. Zhao unika ckliwości, jednak nie czyni z filmu arcydzieła, co najwyżej poprawnego filmu zachwycającego od strony technicznej i, w mniejszym stopniu, aktorskiej. No i może jeszcze naprawdę poruszającą, finałową (blisko 20-minutową) sekwencją prapremiery „Hamleta”. Na fontannę łez to jednak za mało. A na samego Oscara za scenariusz adaptowany ten film jednak nie zasłużył.

Bardziej prawdopodobne jest, że film zgarnie statuetki za zdjęcia i kostiumy, a może nawet sprzątnie Oscara scenografom pracującym przy „Frankensteinie” del Toro (chociaż tamtejsza była bardziej powalająca). Zdjęcia Łukasza Żala plastycznie zachwycają, a kostiumy Małgosi Turzańskiej wiernie oddają realia XVI-XVII-wiecznej Anglii. Oscara pewnie zgarnie także Jessie Buckley, wiarygodnie ukazująca ból po śmierci syna (chociaż nienominowany Paul Mescal jako Szekspir, na swój sposób, również sugestywnie ukazuje żałobę). I może jeszcze statuetkę dostanie Max Richter za liryczny soundtrack. Reszta, że zacytuję samego Szekspira, „reszta jest milczeniem”.

Moja powściągliwie pozytywna opinia nie powinna dziwić, bo film mocno podzielił i widzów i krytyków. Jedni faktycznie ronią łzy, drudzy wzruszają ramionami. I sami, pewnie, się dziwią tej oscarowej nominacji w głównej kategorii. Podejrzewam, że film i tak zgarnie Oscara za Najlepszy Film, byle tylko nie wygrała antytrumpowa „Jedna bitwa po drugiej”, lub „Grzesznicy” zrobieni przez afroamerykańską ekipę. W mojej opinii byłoby szkoda, bo gdyby scenariusz był lepszy i bardziej zagłębiałby się w aspekt żałoby, być może powstałby o wiele ciekawszy film (co najwyżej poprawnie wyreżyserowany), wykorzystujący fakt historyczny (lub teorię biograficzną, zależy od punktu widzenia), by coś przekazać. A ja, z kolei, nie kręciłbym tak bardzo nosem. W mojej skali ocen film zasłużył na słabą czwórkę.


Reż. Chloe Zhao

Czas trwania: 120 min.

Gatunek: kostiumowy

Tytuł oryg. Hamnet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz