PROJEKT HAIL MARY *****
Od momentu wydania „Marsjanina”, programista i inżynier informatyki Andy Weir stał się jednym z najbardziej topowych pisarzy science fiction. Sytuacja jeszcze bardziej wzrosła po błyskotliwej adaptacji Ridleya Scotta (dość wspomnieć, że dla wielu wieszających psy na Scotcie, tamten film był uznawany za najlepsze dzieło SF w jego reżyserii od czasu… „Łowcy androidów”). Gdy tylko Weir opublikował - jak dotąd ostatnią w swoim dorobku - książkę „Project Hail Mary”, wytwórnie dosłownie biły się między sobą o prawa do sfilmowania.
Punkt wyjściowy jest podobny do „Marsjanina”. Główny bohater (Ryan Gosling) zostaje sam w kosmosie. Różnica jest taka, że budzi się z amnezją: nie wiadomo, jak ma na imię i czemu w ogóle tam trafił (pojawiające się w toku filmu retrospekcje stopniowo odsłaniają odpowiedź). Kiedy w końcu prawda wychodzi na jaw, reputacja bohatera się nie polepsza, a wręcz pogarsza się (jest z zawodu nauczycielem biologii, a został wysłany w kosmos z misją zbawienia świata. Jaja sobie robią w tym NASA, nie ma co…). Jednak w najbardziej krytycznym momencie bohater może liczyć na pomoc tajemniczej istoty, której nadaje wdzięczne imię Rocky (nie tylko z uwagi na skamieniałą cerę).
Phil Lord i Christopher Miller odnieśli sukces animowanym, przebojowym filmem o klockach Lego („Lego: Przygoda”). Z powodzeniem też przełożyli niegdyś popularny serial „21 Jump Street” na pełny metraż (zastąpili tylko Johnny’ego Deppa Channingiem Tatumem). Obaj czują komedię (pewnie nawet bardziej niż Ridley Scott, niczego nie ujmując „Marsjaninowi”…), a Weir potrafi być humorystyczny (wręcz sarkastyczny) w swoich książkach. Sukcesu „Projektu Hail Mary” na dużym ekranie można było się w zasadzie spodziewać. I faktycznie: obaj panowie odnieśli sukces, dokonując przy okazji tylko nielicznych zmian względem książki (zakończenie!). Zachowali bowiem wdzięk książkowego pierwowzoru, rezygnując z informatycznych dywagacji autora. Zresztą, za scenariusz odpowiada Drew Goddard, który odpowiedzialny jest także za scenopisarski sukces „Marsjanina”, więc jak można było zwątpić w powodzenie tego filmu?
O tym, że Ryan Gosling, z początku specjalizujący się w nieoczywistych rolach w niezależnych filmach (pamięta ktoś „Fanatyka” opowiadającego o Żydzie-neonaziście?), posiada vis comica można było się przekonać nie raz, nie dwa (ostatnio w bardzo dobrym „Kaskaderze” będącym listem miłosnym eks kaskadera do swojej profesji). Ostatnimi czasy jednak wyraźnie odnajduje się w wysokobudżetowych produkcjach za cysterny dolarów („Blade Runner 2049”, „Barbie”, w kolejce czeka już „Star Wars: Starfighter”). Tutaj jeszcze jego talent komediowy zrównoważono wzruszającymi momentami (sama relacja z Rockym przywodzić może skojarzenia z „E.T.” Spielberga; niżej podpisanemu w pewnym momencie nawet zaschło w gardle z emocji), w których wyraźnie bryluje jak na salonach.
Technicznie film to ekstraklasa. Efekty specjalne robią wrażenie (sekwencje w przestrzeni kosmicznej niby dostarczą oczopląsów, ale pod kątem wizualnym zachwycą tak, że oczy widzów zrobią się duże jak pięciozłotówki). Pochwalić też trzeba soundtrack, chociażby za trafioną w punkt playlistę („Sign of the Times” Harry’ego Stylesa, a zwłaszcza „Two of Us” Beatlesów), chociaż kompozycje Daniela Pembertona w niczym nie ustępują soundtrackowi Harry’ego Gregsona-Williamsa z „Marsjanina”.
To co, kto ma ochotę na lot w kosmos?
Reż. Phil Lord, Christopher Miller
Czas trwania: 155 min
Gatunek: film SF
Tytuł oryg. „Project Hail Mary”

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz