Cykl na blogu „CultureZone”: „PROGRAM W ODCINKACH”
Cześć wszystkim. Przed wami czwarty tegoroczny odcinek „Programu w odcinkach”, w którym tym razem wyładujemy na bezludnej wyspie zarządzanej przez dwie zwaśnione ze sobą grupy nastoletnich chłopców, dla których pojęcie władzy i hierarchii praktycznie nie istnieje. Brzmi znajomo? Nic dziwnego. Oto recenzja serialowej adaptacji „Władcy much”. Zaczynamy.
„WŁADCA MUCH” *****
twórca: Jack Thorne
obsada: Winston Sawyer, Lox Pratt, David McKenna, Ike Talbut, Daniel Mays, Rory Kinnear, Rochelle Neil, Tom Goodman-Hill, Ralph Allwood
Znakomita powieść Williama Goldinga „Władca much”, podszyta biblijną alegorią metafora utraty autonomii i kształtującego się zła w człowieku (zwłaszcza niewinnym dziecku), doczekała się jak dotąd dwóch kinowych adaptacji. Pierwszą z nich nakręcił w 1963 r. teatralny reżyser Peter Brook (co było czuć w jego wersji). Druga, mniej popularna, adaptacja powstała w 1990 roku. Żadna z nich nie zagłębiła się za bardzo w problematykę zawartą w powieści Goldinga. Udało się to dopiero w najnowszej, tym razem serialowej, adaptacji.
FABUŁA
Grupa brytyjskich chłopców trafia na bezludną wyspę, na której starają się ustalić pewną formę autonomii. Jednak to, co z początku było namiastką utopijnego raju, stopniowo zamienia się w antyutopię, a między chłopakami nagle zaczyna dochodzić do brutalnej rywalizacji.
OCENA
Kolejne podejście do powieści Goldinga może zrobić spore wrażenie. Miniserial Jacka Thorne’a jest bowiem dowodem na to, że aby móc stosunkowo wiernie zaadaptować jakąś powieść, lepiej jest to zrobić w formie serialu. Tak, nie zawsze się to udaje (ekhem, ekhem, „Wiedźmin” od Netflixa, lub „Pierścienie władzy” od Amazon Prime Video…), ale jeśli podejdzie się do materiału źródłowego z głową i szacunkiem do materiału źródłowego („One Piece” od Netflixa), to fani mogą być usatysfakcjonowani. A sądzę, że jeśli ktoś czytał powieść Goldinga, ten będzie właśnie usatysfakcjonowany. Z kolei jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zapoznać się z książkowym „Władcą much”, ten po obejrzeniu serialu (w sam na modny ostatnio bingwatching) za pewne sięgnie po samą książkę.
Serialowy „Władca much” jest bowiem o tyle wierną adaptacją, ponieważ nie ogranicza się tylko do, skądinąd równie mocnej, warstwy psychologicznej książki. Jasne, showrunner dodaje od siebie kilka nieobecnych w książce elementów (np. prawdziwe imię Piggy’ego), ale nie zaburzają odbioru serialu (jeśli ktoś obawiał się, że wśród chłopców znajdą się jakieś dziewczynki, co byłoby dość prawdopodobne w dzisiejszych czasach, uspokajam: nic takiego nie ma). Sercem książki Goldinga były bowiem biblijne metafory, które w dotychczasowych adaptacjach (a przynajmniej w filmie z 1963 roku, bo wersji z 1990 roku nie widziałem) pojawiały się w ilościach śladowych. Bezludna wyspa jako Eden, który czeka upadek i w którym dzieci tracą niewinność na rzecz okrucieństwa. Koncha (rodzaj muszli) jako symbol demokracji i porządku. Wreszcie głowa upolowanej maciory zwabianej przez chmarę much jako symbol diabła, tytułowego Władcy Much (w języku hebrajskim: Belzebub, brzmi znajomo?). Golding nie daje w powieści wprost wskazówek, co do biblijnych sensów w niej zawartych, funkcjonują one raczej jako subtelne aluzje. I, dzięki Bogu, Jack Thorne bezbłędnie te aluzje wychwycił.
Trudno mu się również dziwić, co go pociągnęło do powieści Goldinga. Thorne zdobył popularność dzięki netflixowemu serialowi „Dojrzewanie”, które podejmuje nieco podobną tematykę (punkt wyjściowy: trzynastolatek zostaje oskarżony o morderstwo koleżanki z klasy). Od razu widać, co pociąga początkującego producenta i dlaczego zdecydował się na adaptację powieści, w której nie jedno, ale cała gromada dzieci na skutek utraty niewinności i autonomii zamienia się w grupę żądnych krwi dzikusów.
Bezbłędny okazał się również dobór aktorski. Dziecięcy aktorzy spisują się znakomicie, jednak całe show kradnie Lox Pratt w roli buntowniczego i najbardziej okrutnego ze wszystkich Jacka. Zresztą, wystarczy poszukać jego zdjęć w Internecie, by przekonać się, że za tym blondynem w loczkach kryje się niemalże diabeł (chociaż od premiery serialowego „Harry’ego Pottera” dzieli nas dopiero pół roku, już mogę z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że chłopak przebije Toma Feltona w roli Draco Malfoya). Jego burzliwa relacja z Ralphem (bardzo dobry Winston Sawyer) dosłownie rozsadza ekran. To samo się tyczy Ike’a Talbuta w roli dobrodusznego Simona (będącego w książce metaforą Jezusa) czy Davida McKenna w roli Piggy’ego. Zresztą, każdy odcinek nosi tytuł od czterech głównych bohaterów i skupia się na każdym z nich, co daje możliwość młodym aktorom do popisania się aktorstwem, a showrunnerowi do pogłębienia ich warstwy psychologicznej.
Nas, z kolei, może utwierdzić w przekonaniu, że powieść Williama Goldinga w końcu doczekała się satysfakcjonującej adaptacji. Zresztą, miarą tego jak udana jest to adaptacja, niech będą słowa córki autora książkowego pierwowzoru, która przyznała, że jej ojciec byłby z tej adaptacji bardzo zadowolony. Jako wielbiciel książki, sądzę że byłby nawet więcej niż „bardzo zadowolony”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz