sobota, 20 czerwca 2026


WŁADCY WSZECHŚWIATA *****

Nigdy nie byłem fanem He-Mana. Nawet nie z powodu samej postaci (chociaż inny popkulturowy mięśniak, Conan o aparycji Arnolda Schwarzeneggera, również średnio mnie jarał), co z powodu gatunku, do którego należał serial animowany z lat 80 „He-Man i Władcy Wszechświata”. Do dziś niespecjalnie mnie interesuje science fantasy, będące połączeniem fantasy i science fiction. Dla mnie fantasy to fantasy (ze fantastycznymi stworami i rycerzami), a science fiction to science fiction (z kosmitami i statkami kosmicznymi). Jedyne łączenie z innymi rodzajami fantastyki, jakie akceptuję to horrory science fiction i dark fantasy (a także pokrewne im podgatunki). Zaraz pewnie odezwą się głosy, że w takim razie „Gwiezdne wojny” też nie powinny mi się podobać, bo to także jest science fantasy (baśń fantasy w konwencji science fiction). Tyle że opus magnum George’a Lucasa dla mnie zawsze była space opera. Tymczasem na nowej wersji „Władców Wszechświata” bawiłem się wyśmienicie.

A mimo to muszę przyznać, że na „Władcach Wszechświata” bawiłem się całkiem nieźle, jak na kogoś kto nigdy za tym mięśniakiem nie przepadał. Być może to zasługa zdrowo-rozsądkowego podejścia do materiału źródłowego. Ale po kolei.

Mattel ostatnimi czasy ma się wyraźnie dobrze. Podobnie, zresztą, jak estetyka lat 80, ale do tego przejdę za chwilę. Pomijając „Transformersy”, które z części na część stawały się coraz bardziej niezdatne do oglądania (chyba że za kamerą stawali inni reżyserzy niż Michael Bay), słynna firma zabawkowa z powodzeniem podbija na nowo kinowe ekrany. Zaczęło się od przebojowej „Barbie” o aparycji Margot Robbie, teraz przyszła pora na mięśniaka broniącego rodzinnej planety przed zakusami kościotrupa paradującego w szykownej pelerynie z kapturem (nie, nie chodzi mi o Śmierć). Co ciekawe, He-Man już raz pojawił się w wersji aktorskiej, jednak wersja z Dolphem Lundgrenem (który zalicza w tej wersji autoironiczne cameo), przywodząc na myśl kuriozalnego „Herkulesa w Nowym Jorku” ze Schwarzeneggerem, zalatywała kiczem (nie mówiąc już o tym, że He-Man Lundgrena paradował z zupełnie innym wdzianku niż ten z kreskówki z tej samej dekady).

Nie bez powodu przywołałem „Transformersów” (i tu przechodzimy do powodu, dlaczego tak dobrze na filmie się bawiłem), bo za reżyserię tak „Władców Wszechświata” jak i jednego z filmów o Autobotach i Deceptikonach (konkretnie cudownie odświeżającego spin offu „Bumblebee”) odpowiada Travis Knight. Reżyser, który doskonale wie (inaczej niż Michael Bay, dla którego liczy się tylko rozwałka, rozwałka i jeszcze raz rozwałka), że jak kręci się filmy inspirowane serią zabawkową, to ma dostarczyć takiej samej frajdy, jak same zabawki (żeby nie było, Bay również o tym wiedział, ale… tylko przy pierwszej części „Transformers”). Nowe przygody He-Mana, przywodząc na myśl marvelowego „Thora” (zwłaszcza pierwszą i trzecią część), a także „Dungeons and Dragons: Złodziejski honor”, dostarczą rozrywki widzom w niemal każdym wieku (tym bardziej, że jego animowane przygody wciąż z powodzeniem są realizowane, więc współczesne dzieciaki nie będą odosobnione w tym fan serwisie).

Travis, tak jak Taika Waititi przy „Thorze: Ragnaroku” oraz Jonathan Goldstein i John Francis Daley przy „Dungeons and Dragons: Złodziejskim honorze” świetnie czuje estetykę l. 80, słyszalną zwłaszcza w muzyce Daniela Pembertona współtworzoną z Brianem Mayem (w pewnym momencie z głośników pobrzmiewa się nawet utwór Queen „Princes of the Universe”. Przypadek? Nie sądzę). Jest więc kolorowo, lekko campowo, a fabuła z jednej strony wciąga akcją, a z drugiej bawi gagami. W ogóle dobór piosenek wywoła banana na twarzy widzów, bo Knight bawiąc się zabawkową franczyzą, nawiązuje m.in. do słynnego memu z He-Manem śpiewającym „What’s Up” 4 Non Blondes albo do jego okrzyku „I’ve got a power!” („The Power” zespołu Snap!). Wspomniane cameo Dolpha Lundgrena również jest mrugnięciem oka do współczesnych 40-kilkulatków…

Jego następca, Nicholas Galitzine, świetnie sprawdza się w roli odrobinę niezdarnego He-Mana, a chemię między nim, a Camilą Mendez w roli Teeli da się wyczuć. W ogóle nowa obsada, bawi się swoimi rolami, ale wszystkich bije na głowę (głównie swoim głosem) Jared Leto. Dubbingowany przez niego Szkieletor jest tak kreskówkowo zły, że aż śmieszny.

Jak widać więc, firma Mattel ma się dobrze, ale również jak widać, estetyka lat 80 nie straciła swego renesansu. Skoro więc jedna aktorska wersja kreskówki z tamtej dekady się sprawdziła (jak nic, będzie sequel, w którym za pewne spotkamy She-Rę, a być może pojawiają się postaci, których tu zabrakło), to może warto zainwestować w inne tytuły (np. „ThunderCats”; myślę że dzisiejsi 40-kilkulatkowi pisaliby z zachwytu…). Całkiem dobry popcorniak 2026 roku. I pisze to ktoś, kto nigdy nie lubił He-Mana.


Reż. Travis Knight

Czas trwania: 130 min

Gatunek: film SF

Tytuł oryg. „Masters of the Universe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz