piątek, 25 września 2020

HOBBIT : NIEZWYKŁA PODRÓŻ ( wersja rozszerzona ) ***

Kończąc pracę nad „Władcą Pierścieni”, Peter Jackson poinformował media, że bynajmniej nie opuszcza jeszcze Śródziemia (statek w Szarej Przystani, póki co, stoi zacumowany) i zadeklarował, że chciałby zekranizować także „Hobbita”. Prace nad ekranizacją debiutanckiej powieści Tolkiena przeszły jednak burzliwą ewolucję: najpierw Jackson oznajmił, że w tym przypadku będzie tylko producentem, a reżyserię odda Guillermo del Toro. Później fabuła miała obejmować dwa filmy, z czego pierwszy miał być ekranizacją książki Tolkiena, a drugi miał stanowić „pomost” między „Hobbitem”, a „Władcą Pierścieni”. Ostatecznie zapadła decyzja o nakręceniu kolejnej trylogii, opartej na… wyłącznie jednej, konkretnej książce, do której dodane byłyby wątki opisane przez Tolkiena w późniejszych latach twórczości. Jaki z tego powstał efekt końcowy?

Niestety, rozczarowujący. Przez wielu „Niezwykła podróż” uznawana jest za najlepszą część „trylogii Hobbita”, ale ja należę do tej mniejszości, które uważają tą część za zdecydowanie najsłabszą. To właśnie w tej części najlepiej widać jak chybionym pomysłem było filmowanie 300-stronicowej książki Tolkiena w postaci trylogii. Jackson próbuje urozmaicić akcję, dodając sceny spisane przez Tolkiena w późniejszych latach, ale daremnie. W dodatku tylko nieliczne epizody są wiernym odzwierciedleniem tego, co kiedyś Tolkien napisał (słynne „zagadki w ciemnościach”). Poza tym „Niezwykłą podróż” przepełniono zapychaczami, co najlepiej widać w scenach dodanych w wydaniach DVD: zamiast polepszać jakość, tylko pogorszyły. Efekt końcowy jest gorszy niż we „Władcy Pierścieni: Dwóch Wieżach”: środkowej części filmowej trylogii „Władca Pierścieni” można było co najwyżej zarzucić, że w wielu miejscach bardzo odbiega od pierwowzoru. Z kolei pierwsza część „Hobbita”, poza tym że odbiega od książki, to jest zwyczajnie nudna. Jeden Gollum, nawet w jak zawsze bezbłędnej interpretacji Andy`ego Serkisa, ciekawego filmu nie uczyni.

Dlaczego? Ano dlatego, bo wszyscy czekają tu na o wiele większy punkt programu: smoka Smauga. Niestety, podobnie jak na Szelobę we „Władcy Pierścieni”, tak na złotego smoka strzegącego skarbu Ereboru zmuszeni jesteśmy czekać do następnego filmu. Do tego czasu krasnoludy spotykają na swojej drodze ledwie trolle i gobliny, a po piętach depczą im z kolei orkowie (nawiasem mówiąc, można było się bez nich obejść, skoro tolkienowskie gobliny to ich tzw. podgrupa). Szczerze, to trochę za mało na porywającą akcję... Prócz tego Jackson urozmaica obsadę kilkoma aktorami znanymi z poprzedniej trylogii: przed kamerę powracają: Ian McKellen, Hugo Weaving, wspomniany Andy Serkis, czy Cate Blanchett i Christopher Lee, a nawet Elijah Wood. O ile obecność Elronda, Gandalfa, czy Golluma była tu konieczna, bo pojawiają się również w książce, o tyle obecność Galadrieli i Sarumana jest mocno dyskusyjna. Zostali wprowadzeni do filmu przez uwagę na Białą Radę, która jednak w uniwersum Tolkiena odbyła się na wiele lat przed wydarzeniami w „Hobbicie”. Tu, z kolei, wyraźnie widać że ta sama Rada odbywa się podczas pobytu Kompanii Thorina w Rivendell. Z kolei Frodo pojawia się tylko na kilka minut i to tylko po to, by służyć za kolejną zapchajdziurę. No i co tu porabia Radagast Bury (jego obecność w filmowym „Hobbicie” jest równie dyskusyjna, jak pominięcie Toma Bombadila we „Władcy Pierścieni: Drużynie Pierścienia”)?

Wreszcie nie mogę nie zganić Jacksona za spaprane sceny akcji. Sceny batalistyczne, które pojawiają się w retrospekcjach, są mało angażujące i pozbawione klimatu. A przecież mowa tu o reżyserze, który bezbłędnie zainscenizował Bitwę o Helmowy Jar, lub Bitwę na Polach Pelennoru. Oglądając sceny akcji w „Niezwykłej podróży”, widz może mieć lekkie obawy o to, jak będzie wyglądała Bitwa Pięciu Armii w finale „Hobbita”. I na pewno nie uwierzyłby, że tu opowiada za nie adaptator „Władcy Pierścieni”. Wystarczy popatrzeć na scenę bitwy w dolinie Azanulbizar: pomijając fakt, że nie zgadza się ocalenie orka, Azoga Plugawego (który w czasie tej bitwy tak naprawdę poległ…), to jest ona za krótka i za mało dynamiczna. Fakt, że stanowi jedynie retrospekcję, jest marną pociechą...

Żeby nie było, plusy również się znajdą. Powrót do filmowego Śródziemia opłacił się o tyle, by móc podziwiać przepiękne krajobrazy Nowej Zelandii. Zdjęcia do „Władcy Pierścieni” zachwycały urokliwymi pejzażami, nasyconymi baśniowością – nawet momentami mroczną. Podobnie jest w „Hobbicie”, Tak jak zdjęcia zachwycały na początku XXI wieku, tak samo zachwycają blisko dekadę później. Znów ma się ochotę spakować walizki i lecieć na wakacje do Nowej Zelandii.

Podobnie zachwyty można słać do Howarda Shore`a wracającego z nową, „tolkienowską” partyturą. Być może nie wszystkie kompozycje są trafione, ale większość wpada w ucho. W pamięci zaś pozostaje nastrojowa, najlepsza w całej trylogii „Hobbit”, piosenka zatytułowana „Song of Lonely Mountain”: o tyle udana, bo za tekst służy tu wiersz Tolkiena wpleciony do pierwszego - najnudniejszego (!) - rozdziału powieściowego „Hobbita”. Książka była pisana z myślą o dzieciach, dlatego Shore będąc tego w pełni świadomy, nasycił soundtrack nie tylko magią i urokiem, ale również radośniejszymi nutami. Przynajmniej jemu – i części obsady – udał się powrót do tolkienowskiego Śródziemia.

To, rzecz jasna, dopiero początek historii Bilba. Być może Jackson celowo rozpoczął tak skromnie, by najlepsze zostawić na dwie odsłony nowej trylogii. Nie zmienia to jednak faktu, że po tak widowiskowej produkcji jak „Władca Pierścieni: Powrót Króla” ponowną podróż po Śródziemiu rozpoczął nazbyt skromnie i rozczarowując niektórych fanów...


Reż. Peter Jackson

Czas trwania: 182 minut

Gatunek: fantasy

Tytuł oryg. The Hobbit : An Unexpected Journey

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz