piątek, 16 października 2020

Cykl na blogu CultureZone: KĄCIK LITERACKI.


Witam serdecznie. „Kącik literacki” to mój nowy cykl na blogu CultureZone. Jego tematem będzie beletrystyka, zajmująca w moim sercu miejsce równorzędne z kinem. Co piątek będę wam polecał najciekawsze, lub klasyczne pozycje. Znajdziecie tutaj recenzje premierowych wydań, jak i wznowień. Na początek zagłębmy się razem w „KRAINĘ LOVECRAFTA” od Matta Ruffa. Zaczynamy.


Matt Ruff, KRAINA LOVECRAFTA (tł. Marcin Mortka) *****

rok wyd. oryg. 2016; rok wyd. pl.: 2020

Howard Philip Lovecraft był pisarzem, który wywarł ogromny wpływ na kulturę popularną. Odniesienia do jego opowiadań składających się na słynną Mitologię Cthulhu można znaleźć zarówno w filmach („Coś” Johna Carpentera), jak również w literaturze. Nie tylko doczekał się wiernych kontynuatorów (i to niedługo po swojej śmierci), ale również niemniej wiernych naśladowców, pożyczających sobie od Samotnika z Providence motywy i postaci. Omawiana tu książka to jeszcze jeden dowód, że Lovecraft jest wciąż modny.

FABUŁA

Matt Ruff to kolejny autor czerpiący garściami ze spuścizny Lovecrafta. Choć nie ma tu zbyt wiele potworów znanych z Mitologii Cthulhu, to i tak nad książką unosi się duch Samotnika z Providence.

Wystarczy popatrzeć na konstrukcję książki. Choć de facto jest to powieść, Ruff napisał ją w formie zbioru opowiadań, gdzie jeden rozdział to oddzielna historia skupiająca się na jednym z bohaterów. Są to jednak opowiadania ściśle ze sobą powiązane, w kolejnych widać również odnośniki do swoich poprzedników. Innymi słowy, czytanie rozdziałów na wyrywki, tak jak w przypadku „Gry w klasy” Julio Coltazara, nie byłoby chyba właściwym wyjściem.

Fabuła, najkrócej mówiąc, odnosi się do perypetii 22-letniego czarnoskórego weterana wojny w Korei, Atticusa Turnera, jego rodziny (ojca, wujka), koleżanki (Letycji) i przyjaciół, którzy muszą zmagać się nie tylko z istotami nadprzyrodzonymi jakby wziętymi z prozy Lovecrafta, ale również ze wszechobecnym rasizmem. Bo akcja powieści rozgrywa się w Ameryce lat 50, kiedy w południowych stanach rasizm nadal kwitł w najlepsze (przypomina się w tym miejscu oscarowy „Green Book” podejmujący podobny temat, tyle że bez zjawisk paranormalnych). Jak słusznie zauważa autor powieści (nawiasem mówiąc: biały, ale szanujący Murzynów), od fantastycznych maszkarad gorszymi potworami mogą być tylko zwykli ludzie.

OCENA KSIĄŻKI

Właśnie to założenie Matta Ruffa jest największą zaletą „Krainy Lovecrafta”. Owszem, autor nawiązuje do konwencji grozy, odsyła do klasyków literackiego horroru (nie tylko Lovecrafta, ale też, chociażby, do Roberta Louisa Stevensona i jego „Dr Jekylla i Pana Hyde`a”), a nawet do wierzeń haitańskich i afrykańskich. Znalazło się także miejsce na elementy stricte science fiction. Krótko mówiąc, autor zaserwował czytelnikom szwedzki stół.

Najważniejszymi rzeczami w książce są jej forma, oraz wspomniany wcześniej rasizm. Obie jej cechy są ściśle powiązane z postacią Howarda Philipa Lovecrafta. Powieść Matta Ruffa swoją formą przypomina zbiór opowiadań powiązanych postaciami głównego bohatera i jego bliskich. Taka forma nie powinna dziwić, ponieważ Lovecraft miał w swoim dorobku literackim opowiadania („Zew Cthulhu”, „Kolor przestworzy”, „Koszmar w Dunwich” „W Górach Szaleństwa”), czasem wręcz obszerne i przypominające mini powieści. Także rasizm, choć obecny w Ameryce lat 50, jest tu przede wszystkim ściśle powiązany z osobą Lovecrafta. Twórca tzw. Mitologii Cthulhu był bowiem skrajnym rasistą (prócz opowiadań, zostawił również po sobie wiele wierszy, z czego jeden nosi tytuł „Czarnuch” i jest bardzo krytycznym obrazem Murzynów).

Forma, w jakiej powieść została napisana, jest jej zaletą, ale też wadą. Matt Ruff bezbłędnie nawiązuje do twórczości Lovecrafta, to trzeba przyznać. Paradoksalnie jednak forma książki spowalnia nieco narrację historii rasizmu i potworów drzemiących nie tylko w twórczości Lovecrafta, ale również w nas samych (czytaj: białych ludzi). Chociaż książkę czytałem na bieżąco wraz z oglądaniem nowego serialu HBO na jej podstawie i obeznany byłem z jej fabułą, jej czytanie przebiegało zaskakująco wolno. Trzeba więc przygotować się na formę w jakiej została napisana i zaakceptować jej ostateczny kształt. Od razu też dodam, że nie każdy rozdział oparto dokładnie na poszczególnych rozdziałach (np. najlepszy w całym sezonie 1. odcinek 8, nawiązujący poniekąd do „Chaty wuja Toma”), jest nawet jeden w ogóle nic nie mający wspólnego z książką Ruffa. Ale, z drugiej strony, twórcy prawdopodobnie zostawili kilka rozdziałów na planowany – kto wie? – sezon 2…

PODSUMOWANIE

Autor z jednej strony kapitalnie nawiązał do klasyków literatury grozy, a z drugiej: równie bezbłędnie ukazał największy koszmar jaki nawiedził Stany Zjednoczone, czyli rasizm. Tym samym bezbłędnie lawirował między horrorem, a wątkami obyczajowymi. A przy okazji też pokazał, że rasiści są większymi potworami od stworów wykreowanych w niesamowitej wyobraźni H. P. Lovecrafta. Krótko mówiąc książkę, chociaż czyta się wolno, zdecydowanie warto polecić i to nie tylko wielbicielom horrorów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz